Kwestia ceny – Zygmunt Miłoszewski

Nie było okładki w sensownym rozmiarze, to niech będzie fotka kłopotów na kontenerowcu.

Mam ogromne trudności z przypomnieniem sobie, o czym traktował „Bezcenny”. Pamiętam, że była scena na kolejce linowej w tatrach, odprawa z premierem w związku z zaginionym obrazem, a potem wyjazd do Skandynawii, nocowanie w publicznym domku turystycznym i ślizganie się samochodem po lodzie? „Kwestia ceny” zostawi mi w głowie pewnie niewiele więcej.

Któregoś wieczoru stwierdziłem, że nadrobię swoją styczność z twórczością Miłoszewskiego, bo właśnie wydany w 2013 „Bezcenny” był ostatnią okazją. „Kwestia ceny” to druga część przygód tej samej Zofii Lorentz, ale znajomość pierwszej nie jest do niczego potrzebna. To samodzielne powieści.

To tego typu literatura, która buduje napięcie między innymi przez zwroty akcji, więc jeśli lubicie podchodzić do książek na świeżo, to przestańcie czytać dalej. Popsuję kilka niespodzianek.

Jeszcze w 2008 roku Orbitowski, Dukaj i Szostak rozmawiali o książkach wydawanych przez Fabrykę Słów. Trafiłem na dyskusję stosunkowo niedawno i pod wieloma względami wydaje mi się ciągle aktualna. Zwłaszcza w tym fragmencie, gdzie Dukaj wspomina o „zastąpieniu wyobraźni literackiej wyobraźnią filmową, może także gierczaną”:

Ale np. w „Renegacie” mamy już 100% filmu w literaturze, rzecz jest tak konsekwentnie, krystalicznie aliteracka, że nadaje się na przedmiot opracowań teoretycznych. Począwszy od sposobu prowadzenia fabuły, przez rozegranie poszczególnych scen (prawie każda opiera się na schemacie konfrontacji), model narracji (są to wyłącznie didaskalia scenariuszowe plus dialogi plus monologi wewnętrzne głównego bohatera podane w stylu voice-overów filmu noir), prowadzenie rozmów (odzywki, one-linery, całe kwestie doskonale znane z kina, i dyskusje nigdy dłuższe niż na kilka minut czasu ekranowego), wyobraźnię wizualną (sekwencje przekopiowane wprost z hollywoodzkich filmów o wampirach w skórzanych płaszczach i gotyckich makijażach), aż po podany bezpośrednio w tekście soundtrack. Film na papierze!

Fabryka pisarzy https://kultura.onet.pl/wiadomosci/fabryka-pisarzy/rw10fkx

„Kwestia ceny” jest właśnie takim filmem na papierze. Ogląda się go bez większych problemów, czasami człowiek się uśmiechnie, czasem wzruszy, wszystko aż woła o ekranizację, jakby nie mieściło się w słowach i chciało przeskoczyć w obrazy. Ale to działa. Ostatecznie łatwiej jest napisać „wielkie pływające laboratorium” niż zbudować, nawet komputerowo, odpowiednią scenografię. Miłoszewski przez większość czasu bardzo udanie pisze scenerie dla przygód swoich bohaterów. Statek gdzieś na środku Atlantyku, wyspa Sachalin, Paryż jak w typowym amerykańskim filmie, bo nie ma innych miast w Europie. Pod koniec jednak już Abidżan sprawiał wrażenie przedstawionego po łebkach.

Najlepsze literacko są fragmenty o problemach z pamięcią męża Zofii Lorentz, Karola Boznańskiego. O tym, jak wspomnienia ich wspólnego życia przeciekają im przez palce, a on nawet tego nie wie, bo nie pamięta, o czym zapomniał. Bardzo wzruszające. Niestety cały ładunek emocjonalny zawarty w tym wątku zostaje zdetonowany przez prościutkie rozwiązanie wątku. Okazuje się, że to główny złol, Bogdan Smuga, uknuł następującą intrygę:

  1. Nie może znaleźć czegoś, czego szuka
  2. Dochodzi do wniosku, że tylko Zofia Lorentz może mu pomóc
  3. Stwierdza, że raczej nie zgodzi się ot tak, dlatego sprawia, że:
    • zostaje zwolniona z pracy
    • jej mąż zostaje na przestrzeni kilku tygodniu podtruty psychotropami umieszczonymi w podstawianej pod drzwi diecie pudełkowej
    • co wywołuje wspomniane wcześniej problemy z pamięcią, co zmusza Lorentz do szukania różnych alternatywnych sposobów leczenia
  4. Główny złol wchodzi cały na biało, proponuje Lorentz współpracę, która pomoże jej zdobyć środki na leczenie w drogiej, podstawionej przez niego klinice
  5. Razem wyruszają na przygodę, podczas której zakochuje się w Zofii, a ona, czując, że bezpowrotnie traci męża, sama nie wie co o tym myśleć

To dosyć naciągana operacja. Ale jednocześnie bardzo ciekawy pomysł na trójkąt miłosny. Choć Lorentz z początku nie jest świadoma machinacji Smugi (który zresztą nazwisko odziedziczył po jednym z bohaterów cyklu o przygodach Tomka Wilmowskiego), a domyśla się ich bo w sumie wypadałoby zdążyć przed końcem książki.

I właśnie.

Fakt, że problemy z pamięcią Boznańskiego były wywołane sztucznie i dały się cofnąć przez zaledwie parę dni odwyku, sprawił, że dla mnie cały melodramat ich małżeńskiej relacji został pozbawiony wcześniej przedstawionego ciężaru. Niczym w historii fantasy, czar prysnął i bohaterowie poszli dalej.

Miłoszewski podczas pisania „Kwestii ceny” wyruszył w kilkutygodniowy rejs statkiem towarowym przez Atlantyk, dzięki czemu wszelkie wstawki marynistyczne brzmiały bardzo przekonująco. Ogólnie, gdy przedstawia Ajnów na Sachalinie, to mu wierzę. Gdy opisuje procedurę tankowania statku na pełnym morzu, również. Solidny research robi porządne tło dla bombastyczności fabuły.

Problem mam natomiast z samą główną bohaterką, Zofią Lorentz. Wielu czytelników porównuje ten cykl do przygód Jamesa Bonda, ale moim zdaniem to są dwa odrębne gatunki. „Niezwykła jednostka w niezwykłych okolicznościach” kontra „zwykła jednostka w niezwykłych okolicznościach”. Przez pierwszą część książki możemy obserwować jak Lorentz korzysta ze swoich umiejętności. Jej specjalną mocą jest to, że ma rozległe kontakty w świecie muzealnym. Dzięki temu:

  1. Zdobywa kontakt w muzeum na Sachalinie, dzięki czemu może pojechać do następnej osoby i poznać dalszą część questa
  2. Dzięki czemu może wykorzystać swoje znajomości w Paryżu i poznać lokalizację istotnego dla questu przedmiotu
  3. Potem w bazie złych, dzięki własnemu sprytowi potrafi poznać ich sekrety
  4. Korzysta także z mocy swojego intelektu, aby przesłać zaszyfrowaną wiadomość, którą każdy w bazie złoli odszyfrowałby bez trudu, więc nie jestem pewien, po co była zaszyfrowana
  5. A wielkim finale przekrada się między strażnikami i wypełnia zadanie. W końcu już od „Uwikłania” wiadomo, że Miłoszewski jest fanem gier z serii „Splinter Cell”

Czyli może jednak dosyć niezwykła ta zwykła jednostka? Mimo to, nadal można spotkać tu sporo zbiegów okoliczności i drugoplanowym bohaterów, którzy pojawiają się w odpowiednim momencie aby uratować Lorentz. Czyniąc ją bardziej przedmiotem niż podmiotem historii. Narracja prowadzona jest z kilku różnych punktów widzenia, czasami bardzo dynamicznie, podczas sekwencji nawet z rzeczy czy czterech. W wielkim finale wszystkie te postacie zostają zredukowane do tła. Wyruszają z Lorentz do finałowej misji, a potem w sumie już nic nie robią. Siedzą i się o nią martwią.

Jest wreszcie w tej książce taka ilość ideologicznego wkurwienia, że czułem się jakbym czytał kolumny w punkowych zinach sprzed kilkunastu lat, czy choćby „Bez komentarza” Ivana Bruna. A tu proszę, mainstreamowa powieść lansowana przez środowisko związane z Newsweekiem. Co w sumie będzie dobrze pokazywać badaczom za te siedemdziesiąt lat, jak zmieniały się nastroje społeczne. O ile będą jeszcze jacyś badacze.

Miłoszewski wymyślił, aby intencje i plan Smugi były testem dla bohaterów, a tym samym i czytelników. Którzy do pewnego stopnia podzielają jego diagnozę kryzysu w jakim znajduje się ziemski ekosystem (cóż, sam ją podzielam), ale nie zgadzają się z jego metodami (ja? saaaaaam nie wieem…). Bond nie zastanawiał się, czy powinien powstrzymać organizację Widmo. Tak samo Avengersi. Ale umówmy się, Thanos był debilem – cała taka moc i jedyne co wymyślił abt rozwiązać problem z przeludnieniem, to unicestwienie połowy życia, jakby za jakiś czas nie musiał powtarzać całego procesu jeszcze raz.

Plan Smugi miał rozmach, został powstrzymany, bohaterowie wracają do swojej normalności. A czytelnik powinien zostać, przynajmniej przez pewien czas, z tą nieprzyjemną gulą. Jak u klasyka, oprócz dostarczania rozrywki, „Kwestia ceny” mami, tumani, przestrasza.

Aquaman w czterydeiks

Od wolności ludzie głupieją. Najlepszy przykład: gdy dziecko zostaje pod opieką dziadków, my postanawiamy wykorzystać ten czas na obejrzenie superbohaterskiego filmu. W kinie, w którym trzęsie. Z dubbingiem.

Continue reading

Pine Gap

Od dłuższego czasu najciekawsze szpiegowskie historie to dla mnie te, których bohaterowie nie ruszają się zza ekranów swoich komputerów. Dokładnie takie jak „Pine Gap”.

Continue reading

1983

Ostatnio sporo rzeczy mnie w życiu zaskakuje. Na przykład nie spodziewałem się, jak wciągającą karcianką okaże się „Keyforge”, nie sądziłem, że „Artifact” zaliczy tak zniechęcający początek, że w nowej „Sabrinie” będzie tyle krwi i rogatych demonów. A także, że „1983” spotka się z tak chłodnym przyjęciem.

Continue reading

Będziesz smażyć się w piekle


Jak gdzieniegdzie wiadomo, jestem strasznym nudziarzem o sztywno określonych nawykach. „Konrad idzie spać o 22” nie jest żartem, jest stwierdzeniem faktu. Dlatego z tym większym zdumieniem spojrzałem na zegar aby zorientować się, że jest grubo po pierwszej w nocy, a tym co przetrzymało mnie w tą nieboską godzinę była lektura „Będziesz smażyć się w piekle”. A to już coś znaczy.
Continue reading