Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Loveless #1 – Huczny powrót do domu


papier · komentarzy 26

huczny powrot

Przy okazji komiksu Janka Kłosowskiego z pierwszego numeru „Pirata”, zdałem sobie sprawę, że nieco tęsknie za dobrym komiksowym westernem. Przynajmniej takim poniżej 50 złotych, bo „Bouncera” z Egmontu nie miałem zamiaru kupować. No i tak głodnie ściskało mnie w żołądku, aż do momentu, gdy wziąłem do ręki pierwszy tom „Loveless” i się okazało, że to western. Na serio mnie to zaskoczyło, przez te ostatnie kilka tygodni jednym okiem śledziłem zapowiedzi i myślałem, że to jakiś sensacyjniak.

Wszystkie puzzle układają się zawsze w jedną całość, więc skoro przez cały maj wypruwałem sobie flaki przygotowując się do egzaminu z historii XIX wieku, to fakt, że „Loveless” przenosi nas w pierwsze lata po zakończeniu Wojny Secesyjnej nie mógł być przypadkiem.

To znak od opatrzności, że jednak nie marnuje się na tych studiach.

Akcja toczy się w Blackwater, małym miasteczku w stanie Missouri, stanie o tyle szczególnym, ponieważ w trakcie trwania wojny nastąpił w nim rozłam i część samorządu opowiedziała się za Unią, a część za Konfederacją. Samo miasteczko jest raczej południowe. Główny bohater, Wes Cutter wraca po dwóch latach od zakończenia wojny z obozu jenieckiego i nie jest tu specjalnie mile widziany. Coś złego wydarzyło się podczas jego nieobecności, coś związanego z jego żoną i wiedzą o tym mieszkańcy miasta, wie o tym Wes, ale nie wiedzą o tym czytelnicy. Tak też im dalej w las tym poznajemy więcej zębów wyszczerzonej szczęki tajemnicy i orientujemy się, że Wes ma cwany plan, aby się odegrać na wszystkich i za wszystko.

east clintwood

Wiedzieliście, że to nie Samuel Colt wpadł na pomysł z rewolwerem bębenkowym? Ha, on go tylko nieco udoskonalił, cwaniaczek.

„Loveless” pełne jest zgorzkniałych i zarośniętych kowbojów, złych żołnierzy Unii, rozbestwionych Murzynów oraz nieco bezsensownej momentami przemocy w stylu „jestem tak zły, więc zabije psa bo szczeka”. Wes jest cwanym bohaterem, ale jakoś trudno go polubić przy pierwszym wrażeniu.

Jeżeli chodzi o dialogi, to w ostatnim zalewie komiksów ze scenariuszami Azzarello, „Loveless” najbardziej kojarzy mi się ze „100 nabojami”. Graficznie jest mocno średnio, najbardziej mnie chyba drażni gościnny udział Clinta Eastwooda, który użycza twarzy jednemu z bohaterów bliskiego planu. Wesowi w kilku kadrach również, co jest jeszcze śmieszniejsze. To co jednak zostało świetnie zrobione, to retrospekcje. Na przykład bohater idzie ścieżką i przypomina sobie jak to kiedyś nią szedł i ktoś go gonił i mija cienie tamtego zdarzenia, przebiegłe.

W Stanach wyszło już ponad 20 zeszytów „Loveless” i dwa zbiorcze albumy, z tego co widziałem, to Mucha w Danii wydała na razie tylko pierwszy. Nie wiem więc, kiedy możemy spodziewać się drugiego. Muszę jednak przyznać, że jestem ciekawy, co tam Wes dalej wymyśli.

Jakby ktoś był ciekaw, to ze strony Vertigo można ściągnąć pierwszy zeszyt.