Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Blaki. Paski


papier · komentarzy 9

Blaki

Znacie „niewielkiego, wiecznie czymś zatroskanego facecika”? Blaki z „Pasków” nim nie jest. „Blaki. Paski” jest kolejnym komiksem o zabawnym zwolenniku mody Wujka Festera i kolejny raz ta postać ma inny charakter. Jaki? Ciężko powiedzieć – okazało się, że przy pomocy pasków trudno jest nadać wyrazistość, do której jesteśmy przyzwyczajeni, najbardziej charakterystycznemu polskiemu bohaterowi komiksowemu ostatnich lat.

Paski zostały podzielone na trzy części: „Blaki”, „Blaki na urlopie”, „Pan i pani Blaki”. Najtrudniej jest się doszukać osobowości postaci w tym pierwszym rozdzialiku. Składa się on z pasków, które powstały dość dawno temu, z myślą o nieodżałowanym wrakowym konkursie. W związku z tym, nie uzyskujemy pewnej spójności, która pojawia się w dwóch następnych częściach. Paski z części „Blaki” są pozbawione pewnego lejtmotywu i choć wydawca we wstępie napisał, że tutaj Blaki „pozostawiony jest sam sobie”, tworząc niejako dla nich wspólny mianownik, to niczego więcej się z nich nie wyciśnie. Są to luźne, z założenia (i czasem) zabawne historyjki konkursowe, którym nie potrzeba dorabiania tematyki poza już istniejącą. Z tego powodu uważam, że możnaby zostawić tytuły poszczególnych pasków, co korzystnie wpłynęłoby na ich odbiór (mam tu na myśli chociażby „Wiosnę”).
więcej…

The Arrival


papier · komentarze 23

The Arrival
W najnowszym „Przekroju”, jak zawsze świetny Marek Raczkowski zamieścił taki rysunek, był to dla mnie znak, że pora napisać o „The Arrival” Shauna Tana. O tym tytule pisałem mimochodem w paru miejscach – na przykład okraszając grafikami zeń ten wpis. „The Arrival” wyjść ma w Polsce nakładem Kultury Gniewu, w jeszcze nieogłoszonym terminie, ale podobno trwają starania, by wyrobić się do końca tego roku. Jaką będzie miał cenę i czy zostanie przechrzczony na „Przyjazd” (patrz tydzień 22.), nie wiem.

„The Arrival” opowiada o mężczyźnie, który w poszukiwaniu lepszego świata opuszcza rodzinę i udaje się w nieznane. Sytuacja w jego kraju nie jest najlepsza, co wnioskujemy po górujących nad głowami mieszkańców czarnych mackach bliżej niezidentyfikowanego monstrum. Kraina docelowa pełna jest dziwnych zwierząt, owoców, przedmiotów i, co dla naszego biednego bohatera najważniejsze, jest całkowicie niezrozumiała i magiczna. Towarzyszymy mu w próbach znalezienia dla siebie własnego miejsca, w tej nieodgadnionej i obcej przestrzeni. Na swojej drodze spotyka wielu pomocnych ludzi, także imigrantów, z których każdy ma swoją własną historię ucieczki.

W tym komiksie zachwyca rozmach, z jakim fabuła została opowiedziana. Nie chodzi tylko o wspaniałe rysunki Tana, ale też wszelkie surrealistyczne motywy. Plansze „The Arrival” są inspirujące, piękne, zabawne, ale też mroczne zarazem. W gruncie rzeczy, nie ma co za bardzo pisać o stylu Tana, wystarczy spojrzeć na jego stronę i powiedzieć „wow!”. Humor zaserwowany w „The Arrival” jest subtelny, nienatarczywy i opiera się na gagach sytuacyjnych, które wynikają np. z nieznajomości języka przez bohatera. Dzięki prostym zabiegom, jakie stosuje Tan, w trakcie lektury uciec można w świat dziecięcych fantazji, które zawierają np. latającą windę i śmieszne stworki. „The Arrival” to zdecydowanie pozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.
The Arrival
To, co stworzył Shaun Tan, pod płaszczykiem niesamowitej, bajecznej opowieści skrzy się od nawiązań i alegorii. Można od razu zadać sobie pytanie, czy opowieść ta jest pochwałą, czy krytyką imigracji i idei ziemi obiecanej. Co symbolizują poszczególne elementy? Czy kraina, do której trafia bohater, jest odpowiednikiem Stanów Zjednoczonych? Znajome są nam przecież sceny przyjazu imigrantów (daleko nie szukając – „Ojciec Chrzestny II”). W Stanach przybywających statkiem witała Statua Wolności, tutaj witają dwaj inni kolosi. Idąc dalej – jakie prawdziwe kraje kryją się za ikonicznymi krainami strawionymi wojną, zarazą, nienawiścią czy wyzyskiem? Czy to właśnie symbolizują, czy są to tylko i wyłącznie moje skojarzenia? Siła „The Arrival” tkwi w tym, że te pytania można mnożyć i mnożyć, zapewniając sobie godziny rozmyślań.

„The Arrival” miejscami denerwowało mnie za cukierkowatość wizji obczyzny. Wszyscy są uśmiechnięci, wszyscy pomocni i sympatyczni, pracę znaleźć jest dość łatwo. To oczywiście w idealny sposób koresponduje z ogólnym przesłaniem oraz bardzo sympatycznym zakończeniem, co nie zmienia faktu, że miejscami czułem przesyt tej zaczarowanej atmosfery i byłem wdzięczny za niezbyt optymistyczne przerywniki, jakimi są historie imigrantów. Wydanie, które trzymam w ręku, jest wysokiej klasy, bardzo podoba mi się wypukła grafika na okładce oraz wewnętrzna jej strona, na której są rysunki kilkudziesięciu twarzy imigrantów. A każdy z nich ma pewnie swoją własną opowieść…

Numer 73304-23-4153-6-96-8


papier · komentarzy 14

Numer 73304-23-4153-6-96-8

Dawno nie pisałem o niemych komiksach, czas to nadrobić. Tym razem w kontekście ostatniego komiksu Thomasa Otta, wydanym przez Kulturę Gniewu w czerwcu, wraz z „NSS 1990-2000”.

Z „Exitem” i „Cinema Panopticum” miałem do czynienia gdy te wchodziły na rynek. Nie kupiłem ich wtedy – to był mój błąd, który naprawiłem niedawno. Wymagało to ode mnie trochę wysiłku w poszukiwaniach, oraz większych nakładów finansowych w przypadku „Exita”. Te dwa lata temu Ott nie zachwycił mnie też do tego stopnia, by zakupić te albumy, czytałem egzemplarze kolegi. Co się zmieniło od tego czasu? Byłem na slajdowisku „Cinema Panopticum” stworzonym przez Dada Kombinat. Pozwoliło mi ono na nowo odkryć Otta. Muzyka akompaniująca komiksowi była świetnie dobrana, co zaowocowało fascynacją Ottem, a z „Numeru 73304-23-4153-6-96-8” uczyniło najbardziej przeze mnie wyczekiwaną premierę czerwca.

Tytułowy, zagadkowy ciąg cyfr zapisany jest na skrawku papieru, który zostaje znaleziony przez pewnego kata. Ten w pewnym momencie zauważa, że ten numer kieruje jego życiem. Liczby, które spotyka, numer telefonu pod który dzwoni, linia autobusu – wszystko jest częścią 73304-23-4153-6-96-8. „Skoro numer kieruje moim życiem, to czemu nie pokierować życiem tak, by mieć z tego korzyści?” – myśli sobie bohater. I w tym momencie, jak zawsze gdy bohaterowie Otta przejmują inicjatywę, zaczyna się robić niedobrze…

Historia jest zbudowana w typowy dla Otta sposób. Bohater zachowuje się tak, że od jego działań nie ma odwrotu, a czytelnik wie, że coś złego na pewno się stanie. Zmierza się do nieuniknionego. „Numer 73304-23-4153-6-96-8” jest fabularnie bardzo zbliżony do historii z walizką pieniędzy z „Exita”, co jest trochę zabójcze dla komiksu. Mimo sprawnie poprowadzonego opowiadania, dość dużej dawki humoru (także czarnego) i paru ciekawych twistów, czytelnik może czuć dyskomfort związany z tym, że w pewnym momencie da się dopowiedzieć to, co się stanie. Z drugiej strony – czyż Ott nie tak właśnie buduje atmosferę i relację z czytelnikami? Pomimo prostoty i tej potencjalnej przewidywalności, w komiks trzeba się zaangażować, bezwiednie tworząc w wyobraźni alternatywne wątki. Dzięki elementom, które pozornie są wadami, komiks najnormalniej w świecie wciąga.

Prostota historii wcale nie oznacza, że nie jest zastanawiająca. W trakcie lektury nasuwa się parę dość oczywistych, ale dających duże pole do rozmyślań, skojarzeń. Przede wszystkim chodzi tu o, charakterystyczną dla Otta, nietzscheańską (lub pitagorejską jak kto woli) koncepcję wielkiego powrotu. Wszystko jest zamkniętym cyklem, tak jak świat skupiony wokół obiektów-fetyszów. Kolejnymi moimi skojarzeniami są filmy: „Numer 23” z Jimem Carreyem i „Pi” Darrena Aronofsky’ego. Oba traktują o obsesyjnej numerologii, o liczbach, którym jest podporządkowane życie. Po przeczytaniu „Numeru” myśli wędrują w dwóch kierunkach, pierwszy jest magiczny, dopuszczający sytuację, która jest opisana w komiksie. Drugi jest wyrażony w taki sposób, pod adresem genialnego matematyka, przez jednego z bohaterów „Pi”:

Posłuchaj siebie! [..] Jeśli będziesz chciał znaleźć liczbę 216 w otaczającym cię świecie, znajdziesz ją wszędzie. 216 kroków od rogu ulicy do drzwi twojego bloku, 216 sekund które spędzasz jadąc windą… Jeżeli obsesyjnie czegoś szukasz, twój mózg przefiltruje rzeczywistość w taki sposób, że odnajdziesz to gdziekolwiek. Nieważne jaka liczbę wybierzesz: 22, 34, 315… ty wybrałeś 216 i teraz doszukujesz się jej wszędzie! Max, jeżeli odrzucisz metody naukowe przestaniesz być matematykiem, staniesz się numerologiem!

W kontekście tych skojarzeń i samego komiksu, tutaj pojawiają się rozważania o zewnątrz- i wewnątrzsterowności, zawodności ludzkiego umysłu, skłonności do mitologizacji. To tylko początek, bo te myśli są sprawnie obudowywane nowymi koncepcjami, przy kolejnym zapoznaniu się z komiksem. Ale, tak jak mówiłem, to wymaga zaangażowania czytelnika.

Numer 73304-23-4153-6-96-8

Sam nie wiem, czy jest potrzeba, by mówić o grafice Thomasa Otta. Idealnie oddaje ona ciężki i gęsty klimat komiksu. Sekwencja z rozdziału VII, w której są przedstawione wyobrażenia bohatera, jest nie do przebicia. A jeżeli ktoś nie wie czym jest scratchboard odsyłam do Wikipedii i scratchboardowego tutoriala. O „wydrapywaczach” Marek Turek zechciał napisać na swoim blogu.

Do samego Otta mam dwa zastrzeżenia, które dotyczą właśnie rysunków. Pogubił się gdy rysował celę. Ott daje do zrozumienia, że cele ze stron 9, 17 i 133 są tą samą, lub mają przynajmniej identyczny plan. Ta ze strony siedemnastej różni się od pozostałych tym, że widoczna jest część drzwi na samym dole. Raczej niedociągnięcie, póki co, nie znalazłem wytłumaczenia, że mógł to być celowy zabieg. Drugą sprawą jest coś, co wpisuje się w „grzęźnięcie w stylu”, o którym pisał Turek. Bohater „Numeru” wygląda praktycznie tak samo jak bohater opowieści „Prorok” z „Cinema Panopticum”, mają nawet ten sam kapelusz! Najlepiej zestawić stronę 83. „CP” i okładkowy kadr „Numeru”. Różnice są doprawdy minimalne.

W przypadku „Numeru 73304-23-4153-6-96-8” należy zwrócić szczególną uwagę na jakość wydania. Tak samo, jak przy poprzednich komiksach Otta, okładka jest twarda, strony grube i wręcz ociekające tuszem. Nowością jest materiałowy grzbiet z tłoczonym tytułem, tak jak w wydaniu zagranicznym.

Na koniec zachęcam do zakupu „Numeru”, który jest dla mnie najlepszą rzeczą, jaką czytałem w ciągu ostatnich paru miesięcy. Aha! I jeżeli okaże się, że Wasz PIN jest zawarty w tytule, to nie zmieniajcie go szaleńczo, jak jeden facet z tego artykułu.

Zapraszamy na spotkanie ze Śledziem


imprezy, warszawa · komentarzy 39

Spotkanie ze Śledziem
Na Wraku, u Śledzia oraz w Schwingu wydało się już, że mistrzami ceremonii w trakcie spotkania z bożyszczem polskich fanów komiksu, ulubieńcem tłumów, ojcem poniedziałkowej publicystyki (ten żart mamy już za sobą), Michałem „Śledziem” Śledzińskim, będą dwie szare duszyczki prowadzące ten blogo-magazyn. Głupio by było nie zaprosić.

W imieniu swoim, wydawcy i Śledzia oficjalnie zapraszamy. Przybywajcie na Chłodną 25, dokładnie tutaj, w najbliższą sobotę o godzinie 13.00. W ramach spotkania: oczywiście tradycyjna (ale mamy nadzieję, że nie aż taka sztampowa) pogadanka, możliwość zakupu „Na szybko spisane 1990-2000” i zdobycia nań autografu Śledzia. Będzie też wydawca, który zapewne zadba o komiksową atmosferę i jakieś małe niespodzianki. Lokal jest bardzo przyjemny i everything-friendly więc nie krępujcie się przebrać za miśka, przyjść topless czy przyprowadzić swojego halibuta Eryka. Parę fanek i fanów obiecało postąpić w myśl tej piosenki.

Zapraszamy wszystkich czytelników razem wziętych i każdego z osobna, rozpuśćcie wici, zabawmy się dobrze w sobotę. Tak sobie pomyślałem, że po spotkaniu, kiedy kurz opadnie, możemy sobie przy soku czy piwku pyknąć w boule, bo dużo osób wyrażało taką chęć. Odzew w tej sprawie mile widziany. W każdej innej też.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o piłce…


papier · komentarze 22

Raczkowski
Euro 2008 jest dobrą okazją, by przypomnieć sobie wydarzenia sprzed dwóch lat. Nie mam oczywiście na myśli nieudanego dla nas Mundialu, lecz wydanie przez Kulturę Gniewu antologii o tematyce piłkarskiej. Zbiór wyszedł jako następstwo konkursu, a premiera odbyła się w kawiarni Chłodna 25 w dniu meczu z Ekwadorem. Można tam było spotkać się z autorami (np. Tomkiem Niewiadomskim w czepku), były też rzadko wydające sławy polskiego komiksu i jakiś zmarźlak, co w czerwcu chodzi opatulony w szalik. Wtedy też tam byłem, komiks nabyłem, piwo wypiłem. Co do komiksu – odświeżmy sobie pamięć, przypomnijmy te kilkadziesiąt komiksów i pogadajmy o nich w przerwie kolejnego meczu. Do zilustrowania wpisu użyłem rysunków Marka Raczkowskiego, którego komiks zdobi okładkę ww. wydawnictwa.

Po futbolową antologię sięgnąłem tuż przed meczem z Niemcami i był to najfajniejszy akcent zeszłej niedzieli. Mimo że, jak każdy zbiór, poziom jego jest nierówny (i nie odkrywam tu Ameryki) – warto było do niego wrócić. Mogłem zestawić niegdysiejsze prace autorów z tym, co wiem o nich dzisiaj.

Jednymi z ciekawszych rzeczy w „Wszystko…” są paski Roberta Trojanowskiego, które są umieszone pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, oraz jednoplanszówki Piotra Janowczyka i Krzysztofa Chimkowskiego pt. „Porady trenera Kazimierza”. Pierwsze operują zabawnymi skojarzeniami i nienachalnym humorem, wyszły z tego świetne shorty. „Porady…” są bardzo proste i śmieszne, a rozczulające „Kochane chłopaki” bierze mnie za każdym razem.

Kolejne mocne rzeczy to „Tymek i Mistrz” wiadomego duetu i „Dobra rada trenera” Frąsia. Frąś jak zawsze zachwyca mnie rysunkami, ale jednocześnie patrząc na jego ostatnie dokonania („Stan”, konkurs na komiks autobiograficzny) można powiedzieć, że pomimo tworzenia ciągle w tym samym stylu, wciąż się rozwija. Marek Lachowicz jak zawsze trzyma poziom swoją niemą i kolorową „Grand bandą”, tak samo jak „Finał fantazy” Śledzia i Krla. Zatem – znana i lubiana ekipa nie zawodzi. Do tego samego wora należy również wrzucić „Blakiego” Skutnika i Konwerskiego i komiksy Tomka Niewiadomskiego. Co ciekawe, Niewiadomski nie do końca trafiał do mnie ze swoim „Ratmanem”, teraz ujął mnie szczególnie „Kocimi snami i pucharem Afryki”.

Motywem dość oczywistym i pojawiającym się w paru komiksach, jest pomylenie piłki z głową a głowy z piłką, wkopanie głowy do bramki i umieszczenie piłki na karku. Mówię tu o komiksach Janka Kozy, Krzyśka Ostrowskiego i Tymka Jezierskiego. Wszystkim udało się mnie zabawić, mimo tak ogranego pomysłu. Są to komiksy lekkie i przyjemne. To samo można powiedzieć o pracach Asu, który wystąpił w czterech kilkuplanszówkach. Porównując je jednak z tym, co robi teraz, można powiedzieć, że są mocno średnie. Nietuzinkowo tematykę ogarnęli Bereźnicki swoim „Snem piłkarzyka” i Kubasik „Piłką nożną”.
Raczkowski
Prócz wymienionych powyżej, spodobały mi się historie „Zemsta” Będkowskiego, oraz „Fernenc” Kurca i Kosowskiego. Szczególnie ta druga, która bazuje na dość prostym pomyśle, ale jest bardzo sprytnie opowiedziana. Jest to jeden z tych „głębszych” komiksów i jeden z moich ulubionych z antologii.

Cóż poza tym? Empro udowadnia, że nie umie opowiadać i rysuje średnio. Daniel de Latour świetnie operuje medium, ale kreska jest do dopracowania. Surma robi dobry kolor, a Piechnik zna się na rysunkach. Truściński z Kłosem mieli swój – wyeksploatowany już wtedy, ale czasem fajny – styl, a Grzeszkiewicz, o którym było niedawno głośno, potwierdza, że ciska niesamowicie i potrzebuje scenarzysty.

Co z pozostałymi komiksami? Wszystkie mają swoje mocne strony, ale mają także te słabe, które zaważyły na moim odbiorze. Jak już kiedyś powiedziałem np. Sieńczyk do mnie nie trafia. Jest też parę takich totalnie amatorskich komiksów („Nadzieja osiedla”, „Mecz”), które pojawiły się chyba tylko po to, by podtrzymać powiedzenie o nierównym poziomie antologii.

Tak jak nie lubię piłki nożnej i mecze oglądam co dwa lata (Euro i Mundial), tak samo nie lubię wszelkich antologii. Ta jest na pewno warta przeczytania, tak samo jak warto jest oglądać tegoroczne Euro. Bo z takimi wydawnictwami jest jak z Mistrzostwami Europy, można trafić na takie nudy jak Francja – Rumunia, ale też na tak ciekawe komiksy, jak mecze Włochy – Holandia i Hiszpania – Rosja.

Bajabongo


papier · komentarzy 10

Bajabongo

Kultura Gniewu lubi komiksy nieme i bardzo dobrze! Jak dla mnie to mogą poprowadzić serię wydawniczą Bez Dymka (KG-BD), ponieważ prezentowane do tej pory komiksy Thomasa Otta i Łukasza Ryłki są strzałami w dziesiątkę. Mój apetyt na takie pozycje jest wilczy i czekam na zapowiedziany „Numer 73304-23-4153-6-96-8” Otta, oraz parę razy anonsowany „The Arrival” Shauna Tana. Jako przystawkę dostałem właśnie „Bajabongo” Marka Turka.

Przyznam się, że twórczość Turka znam dość pobieżnie. Kojarzyłem go z paru zinów, a „Fastnachtspiel” kiedyś udało mi się przejrzeć. Ta niewielka znajomość wystarczyła mi jednak do tego, by wiedzieć w co się pakuję sięgając po „Bajabongo”. Tak – pakuję, ponieważ styl Marka wydawał mi się zawsze ciężkostrawny. Po lekturze ostatniego komiksu czuję się wyprowadzony z błędu.

„Bajabongo” opowiada o wycieczce do tajemniczego kurortu, w którym nie brakuje dziwaków i nadnaturalnych zdarzeń. Gdy zastanowię się nad głównym bohaterem i fabułą, narzuca mi się skojarzenie z „Alicją w Krainie Czarów” – bohater wpada do dziury, która przenosi go do innego świata, a i figura odpowiadająca ekscentrycznemu kapelusznikowi się znajdzie! Opowieści o urlopie zabawnego człowieczka nie brak polotu i lekkostrawnego, ironicznego humoru. Nie przeszkadza to jednak w tym, by historia była dość bogata w symbole i metafory. Ich obecność trochę mnie zmyliła w odbiorze komiksu, gdy zapoznawałem się z nim pierwszy raz, bo w założeniu ma być raczej lekki – o czym świadczy spojlerowa oferta na jego okładce, bądź sposób prezentowania go. I tu mnie zapytacie: „A można się zapoznawać wielokrotnie? Bez sensu”. Otóż można. Z „Bajabongo” nawet trzeba, choćby dla świetnych rysunków. Scena z tancerką jest moją ulubioną, gdzie Turek parę razy zmienia klimat i stylistykę (acz na pierwszy rzut oka nieznacznie). Najogólniej – „Bajabongo” czyta się lekko, a przegląda przyjemnie. Ponieważ od paru dni mam plażowy nastrój i chodzę po mieście na boso, to taki komiks zabrałbym właśnie na plażę.

Czy w ogóle trzeba pisać o tym, że pod względem edytorkim jest super? Czy potrzebny jest pean na cześć okładkowej grafiki? Nie, ślepi nie jesteście, a nawet ci co stylu Turka nie lubią, docenią te walory. Na samym początku użyłem słowa „przystawka”, z którego teraz się wytłumaczę. „Bajabongo”, mimo że mi się podobało, nie będzie moim ulubionym bezdymkowym komiksem, wydanym przez KG. Jak zauważył Szymon Holcman często wychodzę z założenia, które nazwał pozytywistycznym. Dla mnie komiks musi coś nieść, coś we mnie zostawiać, wywoływać refleksje, zakończenie muszę zrozumieć, a nie je po prostu przeczytać. Zakończenie „Bajabongo” było sympatyczne, groteskowe i estetyczne zarazem, ale nie zareagowałem na nie tak jakbym chciał, gdy w ręce miałem coś tak dobrego. Ott trafia do mnie w całości, dlatego „Bajabongo” traktuję jako przystawkę do „Numeru…”. Najnowszą premierę Marka Turka doceniam i mam nadzieję, że docenią ją nie tylko polscy czytelnicy. Bo „Bajabongo” jako komiks niemy, ba, jako dobry komiks niemy, ma okazję stać się towarem eksportowym. Czego, jak nielatania afgańskimi liniami lotniczymi, szczerze życzę.

Phenian


papier · komentarzy 7

Phenian

Sam komiks kupiłem niedługo po grudniowej premierze, jednakże jakoś dopiero teraz zebrałem się do napisania paru zdań na jego temat. O „Phenianie” przypomniałem sobie podczas zeszłotygodniowego grania w trzecią część „Splinter Cell”, gdzie to podczas skradania się po bazie północnokoreańskiej armii przesłuchiwaliśmy strażników biegle mówiących po angielsku, o Kim Dzong Ilu nie było ani słowa, nie mówiąc już o braku obrazów wodza w każdym pomieszczeniu. Jedyną wiedzę jaką można było wynieść o Korei z tej gry było to, że dysponuje bronią atomową i tylko czeka na okazję do zbrojnego zjednoczenia z Południem.
więcej…