
Wydaje mi się, że zdecydowana większość ludzi publikująca swoje komiksy w sieci traktuje to jako hobby i zabawę. Skoro to zabawa, to można machnąć ręką na aspiracje i tworzyć sobie rzeczy, które gdyby nie internet, lądowałyby w szufladzie. Bo przecież, nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie wydał. No ale, zanim przyszedł internet, były ziny, gdzie wszyscy początkujący mogli się otrzaskać i się wystawić na, dosyć wąską, ale zawsze, krytykę. Oczywiście wydanie zina wymagało nieco większej dawki zapału i determinacji niż dzisiejsze wrzucenie swojej pracy do sieci.
W przypadku internetowych komiksowych przyjęło się uważać, że papier ma uszlachetniające właściwości. Oto, wyjmując z czeluści internetowej szuflady, pokazujemy bardziej tradycyjnemu czytelnikowi coś namacalnego. Wreszcie, spełniamy dziecięce marzenie i możemy dotknąć własnego dzieła. Teoretycznie więc, skoro już zdążyliśmy się otrzaskać w internecie, to wypływając na papier mamy już coś tam do zaprezentowania. Tymczasem w przypadku Kolektywu mam wrażenie regresu.
Ludzie, którzy od jakiegoś czasu, w internecie bo w internecie, publikują komiksy, wypuszczają zina sprawiającego wrażenie pospolitego ruszenia czego kto co miał w głębi szuflady, byle by było.

Netkolektyw, gdy powstawał, skupił w swoich szeregach niemal wszystkich polskich twórców komiksów internetowych, którzy wykazywali choć minimalną determinację w prowadzeniu swoich stron. W gruncie rzeczy, jedynymi aktywnymi twórcami, którzy się nie załapali do składu byli chłopaki z Bug City. Przyczyna tego jest dosyć prozaiczna, nasz rynek jest płytki i na dodatek obciążony kilkoma grzechami, z których najpoważniejszym jest nieczytanie innych komiksów.
Gdy czytałem pierwszy numer Kolektywu, byłem pełen życzliwości, i z perspektywy czasu oceniłem go nieco na wyrost. Po prostu z zasady jestem otwarty na nowe inicjatywy i pierwsze kroki. Drugi numer, mimo pewnego przesiewu autorów, przypomniał mi, czemu większości komiksów z Netkolektywu nie trącam nawet kijkiem.

Bo mi totalnie nie podchodzą.
W gruncie rzeczy, numer uratowali ci co zwykle, czyli Sienicki, Wolski, Dzitkowski, Kurowski oraz wyraźnie pracujący nad sobą Okólski. No i jeszcze „Dzień Chuligana”, który jest chyba pierwszym komiksem Biedrzyckiego, który mi się podobał. Bo miał fajny pomysł. Reszta numeru to ciągłe wprawki do szuflady.
Jasne, że wszystko jest kwestią gustu i własnych upodobań, ale może mi ktokolwiek wytłumaczyć, o co chodzi w „Sile Twórczej” Skarży? Bo nie jestem w stanie dociec, a próbowałem, serio. Że niby on przeżywa męki tworząc swoje komiksy? No w sumie się nie dziwie.
Nie czaje tych jedno planszowych żartów na poziomie piątej godziny jazdy autokarem na kolonie, gdy to wszystkim chce się już siku, ale stoimy w korku na Zakopiance, więc nie ma jak i trzeba jakoś zająć pęcherz. Nie jestem w stanie po prostu wyczuć intencji autorki „Uczynnego sąsiada”. Chciała rozbawić żartem, czy chciała rozbawić opowiadając betoniasty żart? Bo jeśli to drugie, to było to jednak za mało czytelne. Tak samo „Hymn Homarycki”. Przeklinający Homar. Ha ha. Ehh. Z szorciaków broni się jak dla mnie jedynie „S.O.P.S”
Komiksu niejakiego Fuzone nie czaję. Chyba za bardzo rozprasza mnie nadanie głównemu bohaterowi aparycji Bartka Biedrzyckiego. Łącznie z czapką. Boję się tego komiksu.
Z „Bańkami” mam ten problem, że obserwuję Maćka Wołosza niemal od początku jego internetowej kariery. I tak jak w przypadku gościnnych odcinków do KE byłem nim zachwycony, Umarlaki miały kilka zabawnych pomysłów, tak to co pokazuje w obu numerach Kolektywu jest jakimś strasznym krokiem w tył. Choć sam nie wiem, może po prostu jego komiksy zostały skrzywdzone od strony druku? Albo były przygotowane do mniejszego formatu?

Puenty „Królika” też nie czaję. Czy chodzi o to, że blondynce podoba się koleś w kapturze, który jest jej gburowatym sąsiadem przebierającym się za królika? No po prostu nie rozumiem puenty, królik uśmiecha się do pomysłu urwania komedii romantycznej w pół wątku?
Dębski w duecie z Okońskim w „Półpsie pasterskim” i z Zaremba w „Mroźnych Ogniach” mnie po prostu nie ruszył.
Ja rozumiem, wolny rynek, każdy ma swoje pieniądze i robi z nimi co chce. Rozumiem, że to zabawa, że jest entuzjazm i że wszystko wychodzi i tak raz na pół roku. Ale ja po prostu w obecnym kształcie Kolektywu nie widzę nic więcej, jak po prostu chęć wydania czegoś na papierze dla samego faktu wydania. I w takiej formie mi to średnio podchodzi. Netkolektyw ma zadatki na stanie się wizytówką kolejnej fali młodych twórców komiksów w Polsce. Tylko oni sami chyba muszą się najpierw zdecydować, czy na serio chcą nimi być.
Do trzech razy sztuka.