Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Wanted & Astrópía


film · komentarzy 19

Astropia

Dzisiaj będzie krótko o dwóch filmach. W niedzielę przeczytałem tę notkę i przypomniałem sobie, że za chwilę skończą grać „Wanted”. Czym prędzej się zebrałem i wylądowałem w kinie. O czym jest „Wanted” opowiadać chyba nie będę, bo i tak pewnie wszyscy tu obecni z filmem są zaznajomieni. Podzielę się jedynie moimi wrażeniami, a w skrócie można je nazwać pozytywnymi.

W „Wanted” trzeba wciągnąć się w tę konwencję, tę samą, która z „Tylko strzelaj” robi film wyśmienity i tę samą, która nieumiejętnie poprowadzona zarżnęła „Transportera”. Nie przeszkadzały mi wobec tego podkręcone kule, ani ich się zderzanie. Mythbustersi udowodnili zresztą, że zderzenie kul, a nawet ich fuzja, nie jest tak nieprawdopodobna jak by się mogło wydawać. Przypuszam, że w swoim czasie Adam i Jamie spróbują podkręcić kule… ale wracając do „Wanted”. Dwie rzeczy, które mi w filmie nie pasowały to krosno przeznaczenia oraz jedna z pierwszych akcji, gdy Mr. X wyskakuje z budynku. Cóż, dobrze, że nie było więcej takich potencjalnych zarzynaczy.

Należy docenić soundtrack, a szczególnie ten utwór. Nie wiem jak Wam, ale mi się podoba. „Wanted” nie jest pozbawione humoru, którym parę razy mnie zaskoczono („Przeeeepraaaszam”, „Jedź szybciej, czy nie rozumiesz, że troszczę się o swoje życie”). Dorzućmy do tego parę naprawdę świetnych ujęć w kanionie, czy podążanie za podkręconą kulą w slomo, no i mamy dobry rozrywkowy film.

Jedna drobnostka w „Wanted” mnie wkurzała, a były to bez przerwy nasuwające się skojarzenia z innymi filmami. Najbardziej nachalnymi były te z „Gwiezdnymi wojnami” („I’m your father”), „Fight clubem” (nastrój biura, „Zrób coś k**** ze swoim życiem”) i „Matrixem” (wybraniec, zbieżność fabuły). No i końcowa scena z Fox, która wiedziała o wkręcaniu Wesley’a od początku, a dopiero na koniec zareagowała jak zareagowała. Trochę to się nie trzyma kupy. Ale cóż, można to jej wybaczyć, za pokazanie… pupy.

Wanted

„Astrópíę” widziałem we wtorek z Olą i Gonzem, który już zdążył napisać parę słów na temat tej islandzkiej produkcji. Moje wrażenia są zbieżne z jego, więc odsyłam do tego tekstu, a sam w telegraficznym skrócie dorzucę trzy grosze.

Plakat zdecydowanie nie zachęca, co zresztą ma potwierdzenie w mojej osobie. O filmie dowiedziałem się wczoraj, tytułu wcześniej nie słyszałem, a przed tym jak Gonzo zaczął mnie namawiać, widziałem ów nieszczęsny plakat. Długo się dlatego zastanawiałem czy film zobaczyć, niepotrzebnie. „Astrópía” okazała się być świetną satyrą na środowisko freaków i fanbojów, a w kinie czułem się tak jakbym po raz kolejny oglądał teledysk „Weird Ala” Yankovica – „White & Nerdy”. Było się z czego pośmiać, w sensie z siebie. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że w tym teledysku w równaniu Schrödingera jest błąd!

W „Astrópíi” (odmieniam jak entropię) spodobało mi się to drugie dno, o którym pisze Gonzo. Oprócz motywów, które on opisał, utkwił mi w pamięci napis na sklepie – „Dla klientów w kostiumach zniżka 20%”, komiks „The Matrix” w tle (bo tego samego dnia sprzedałem taki na Allegro), LARP oraz zakładanie gaci na głowę à la Maska. Świetnie się bawiłem i prawie nie przeszkadzały mi słabe obyczajowe sceny. Na deser, trzy trailery: 1, 2, 3. Islandzki lepszy od US.