Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

import

Black Metal


import · komentarze: 10

black metal

O „Black Metal” wspominałem dawno temu. Jakiś czas temu miałem okazje przejrzeć albumik, więc jeszcze bardziej zauroczony postanowiłem nabyć własny egzemplarz.

Shawn i Sam Strongarm mają dwanaście lat i kochają black metal. Żyją na marginesie szkolnego społeczeństwa, nikogo nie lubią, zwłaszcza, gdy ktoś na nich patrzy. Na pytanie „który z was jest złym bliźniakiem?” odpowiadają „obaj nimi jesteśmy„. A już największy afront, to nazwanie ich gotami. Pewnego dnia kupują płytę norweskiego zespołu Frost Axe, która opowiada o losach pewnego miecza wykutego dla jednego z władców piekła na potrzeby wielkiej wojny. Po pierwszym odsłuchaniu chłopcy, zgodnie z dobrym zwyczajem, puszczają ją od tyłu…

black metal

Gdy na początku przeczytałem zamieszczony w internecie fragment, byłem urzeczony samym pomysłem takiego opowiadania o muzyce. Mimo że jest był to jedynie tekst i rysunek, mimo że nie słucham black metalu, czułem gdzieś w tle złowrogie brzmienie gitar i diaboliczny rytm. Sam komiks jest jednak po prostu zwariowaną komedią z cyklu „zgraja dzieciaków na tropie przygody„.

W gruncie rzeczy, „Black Metal” jest gotowym materiałem na kreskówkę dla Cartoon Network. Dzieciaki wciągają się w przebieg akcji, a starsi, choć nadal młodzi duchem, śmieją ze słownych żartów i zakręconych pomysłów. Rysunki też są jakby wyrwane prosto z kreskówek.

Świetna, rozrywkowa lektura, na dodatek komiks został wydany w kieszonkowym formacie, więc można go praktycznie wszędzie ze sobą zabrać.

W drugim tomie dzieciaki zmierzą się z samym Szatanem.

DMZ #2 – Body of a Journalist


import · komentarze: 10

D M Z

O czym opowiada DMZ przedstawiłem po przy okazji pierwszego tomu. Tak też, szybkie przypomnienie: w Stanach Zjednoczonych trwa wojna domowa, do Nowego Jorku, który leży bezpośrednio na linii frontu przybywa młody fotoreporter, Matthew Roth, który ma za zadanie przygotowywać reportaże dla dużego koncernu informacyjnego. Jako jedyny przedstawiciel mediów na wyspie Manhattan, Matt musi zachowywać równowagę w kontaktach ze wszystkimi stronami: rządem, powstańcami oraz mieszkańcami miasta.

W tomie drugim, zawierającym w sobie zeszyty od 6 do 12, Matt występuje w roli posłańca w negocjacjach dotyczących uwolnienia pewnego jeńca. Mamy też krótką historię, rysowaną przez Kristiana Donaldsona, ukazującą wcześniejsze losy sanitariuszki Zee oraz dłuższy reportaż Matta z codzienności Manhattanu. Słowem główne danie pcha fabułę do przodu, a przystawki poszerzają wątki poboczne i naszą wiedzę o świecie komiksu.

Poprzednim razem wspominałem o logicznych babolach, i choć „Body of a Journalist” wyjaśnia kilka rzeczy, to ogólna wizja wydarzeń, jak też i zachowań bohaterów, serwowana przez Wooda jest strasznie dziurawa. Nie wiem, może to kwestia nastawienia. Jak oglądam Gwiezdne Wojny czy czytam Władcę Pierścieni, to nie czepiam się szczegółów, bo wiem, że to fantastyka i bajka i realizm nie jest najważniejszy. Tylko miecze świetlne.

Z DMZ popełniłem ten błąd, że na początku przypisałem je sobie do political fiction i oczekiwałem wiarygodnego i logicznego przedstawienia konfliktu. Tymczasem Wood bardziej niż faktami operuje emocjami. Żołnierze są źli, miasto jest zrujnowane, losowy zamach terrorystyczny dobrze wygląda. Ten komiks to niestety bajka i tak należy go traktować. Z drugiej strony, jak czytam 100 Naboi, to Azzarello jest na tyle sugestywny, że jestem w stanie uwierzyć, że przy odpowiednim spisku wszystko może ujść na sucho. W przypadku Wooda, gdy czytam o scenie muzycznej i modnych knajpkach w zdewastowanym mieście to zgrzytam zębami. Lekko.

Co nie zmienia faktu, że komiks czyta się świetnie. Muszę chyba po prostu ostatecznie zmienić nastawienie.

DMZ #1 – On The Ground


import · komentarze: 10

dmz

Nazwa DMZ obijała mi się o oczy od dłuższego czasu. A to trafiłem gdzieś na jakąś recenzję, a to u buców z metra stał jakiś późniejszy tom. Ostatecznie do zakupu zachęcił mnie dziesiąty odcinek Shwinga, w którym Daniel Gizicki opowiadał o komiksie. Pierwszy tom był właśnie zawartością paczki, o której wspominałem parę dni temu.

Ogólne założenia są takie: w Ameryce od pięciu lat trwa wojna domowa. Nie wiadomo na razie czemu wybuchła, wiadomo tylko, że bunt wybuchł w środkowych stanach i zwrócił się przeciwko bogatym, liberalnym wybrzeżom. Skrót DMZ oznacza strefę zdemilitaryzowaną i odnosi się do obecnie funkcjonującej, potocznej nazwy Manhattanu. Wyspa leży pomiędzy terenami zajętymi przez obie strony konfliktu i żadna z nich nie jest w stanie przejąć nad nią pełnej kontroli.

Matthew Roth, młody stażysta w agencji informacyjnej zostaje wysłany jako asystent znanego reportera wojennego, który ma zrobić materiał o sytuacji na ziemi niczyjej. Wyprawa kończy się fiaskiem i chłopak, jako jedyny z ocalałych, musi radzić sobie sam w strefie wojny. Manhattan zmienił się nie do poznania. Zrujnowany przetaczającym się przez niego frontem pogrążył się w chaosie i anarchii, a jego mieszkańcy zorganizowali się w quasiplemienne grupy broniące własnego terenu.

Matthew postanawia zostać na miejscu i opisać to co dzieje się naokoło.

dmz

Na najbardziej widocznym poziomie „DMZ” jest krytyką wojny. Ukazuje jej brutalność, głupotę, cierpienia cywilów i tak dalej. Nieco niżej jednak, dla mnie ten komiks jest głównie pomnikiem wystawionym niezależności i odrębności mieszkańców Nowego Jorku. Scenarzysta, Brian Wood, sam od dłuższego czasu jest nowojorczykiem. Z jednej strony jest tu lęk przed zwariowanymi środkowymi stanami, z drugiej brak zaufania przed samym amerykańskim rządem. Mieszkańcy DMZ nie potrzebują niczyjej pomocy i radzą sobie sami.

Jest to też jednocześnie wyznanie wiary w potęgę wolnej prasy, która w dobie rewolucji amerykańskiej była jednym z czynników kształtujących świadomość mieszkańców przyszłych Stanów Zjednoczonych. Roth buntuje się swoim pracodawcom i chce robić reportaże na własną rękę, jak najbliżej prawdy.

Mimo że komiks ma sporo logicznych baboli, to nie przeszkadzają one zbytnio w chłonięciu atmosfery rozkładającego się miasta. Jeśli tak wygląda Manhattan, to jak może wyglądać reszta kraju? Podobna wizja była już Ucieczce z Nowego Jorku i nie jest to specjalnie odkrywczego. Jednakże Wood nawrzucał tam tyle różnych, ciekawych patentów i nawiązań, że całe danie jest świeże i smaczne. Fajny pomysłem jest na przykład przetykanie komiksu reportażami Matta lub doniesieniami prasowymi, które są utrzymane w innym graficznie stylu. Pierwsze pięć zeszytów, składających się na „On The Ground”, to zbiór widoczków z różnych stron „DMZ” i na razie nie ma tu jakiegoś wyraźnego, głównego wątku. Za jakiś czas sprawię sobie następny tom.

Na stronach Vertigo można przeczytać pierwszy zeszyt, a pasujący klimatem zwiastun „World in conflict” znajdziecie tutaj.

Joe and Monkey: Totally Boned/The Definition Of Awesome


import · komentarze: 7

Joe and Monkey... i Kleptobot

Dwa lata temu komiks Zacha Millera umilał mi co nudniejsze godziny stażu w pewnym poważnym wydawnictwie. Abstrakcyjny, ciepły humor, pasująca kreska oraz dosyć leniwa atmosfera przedmieść, słowem idealny sposób na odprężenie się w robocie po drugim śniadaniu.

W skrócie, bohaterami Joe and Monkey są, jak można się domyśleć Joe oraz Małpka. Joe jest dwudziestokilkulatkiem i pracuje w firmie kurierskiej. Małpka jest małpką, mieszka z nim i jest jego najlepszym przyjacielem, choć pewnie przez to, że jedynym. Oprócz nich w komiksie występuje Kleptobot – robot kleptoman, Megan – młodsza siostra Joe, oraz kilka pomniejszych postaci takich jak prowadzący kawiarnie Szatan, kolega Joe z pracy oraz tajemniczy skrzat, najprawdopodobniej irlandzkiego pochodzenia. Większość odcinków powiela ten sam schemat: Joe wpada na jakąś absurdalną myśl, dzieli się nią z Małpką, od czasu do czasu pojawia się Kleptobot aby coś ukraść. Joe jest typem głupkowatego poczciwca, w stylu Jona z Garfielda, podobieństwa są szczególnie widoczne jeśli chodzi o ich relacje z kobietami, tylko że zamiast z gburowatym kotem mieszka z Małpkę, która sprawia wrażenie najrozsądniejszej w całym tym towarzystwie. Sam Kleptobot przypomina nieco Bendera z Futuramy, ale nie jest tak naprawdę zły.

Yeah right

Wspominam o tym komiksie nieprzypadkowo, ponieważ dwa tygodnie przyszła do mnie paczka z Lulu zawierająca dwa tomy papierowego wydania Joe and Monkey. Tom pierwszy, Totally Boned, obejmuje paski opublikowane w sieci w okresie od lipca 2004 roku do lipca 2005. Jest to okres, gdy Miller dopiero pracuje nad formułą komiksu i rysunkami. W środku znajdziemy między innymi pojedyncze perypetie dwójki bohaterów podczas doręczania kolejnych przesyłek, pomysł w przyszłości kompletnie zarzucony przez autora, oraz nieco dłuższą serię opowiadającą o procesie sądowym Joe oskarżonego o piractwo muzyczne. Ta trzydziestotrzy paskowa historia stanowi moim zdaniem opus magnum Millera i jest znakomitym przykładem humoru serwowanego w JaM. Wątek zaczyna się tutaj, jednakże jest przerwany kilkoma gościnnymi paskami.

Tom drugi, The Definition Of Awesome obejmuje kolejny rok istnienia komiksu i zawiera między innymi crossover z Nothing Nice to Say, o którym wspominałem kiedyś na łamach PCWKa. Jeśli mam być szczery, to pomimo bardziej wyrobionej kreski i wydaje się, że bardziej przemyślanych tekstów, jakoś bardziej do gustu przypadł mi tom pierwszy. Co nie zmienia faktu, że jest to nadal zabawny komiks, choć na nieco inny sposób.

Poza faktem chęci posiadania JaM na papierze, moje zamówienie było podyktowane w głównej mierze ciekawością co do jakości wydań oferowanych przez Lulu. I jest porządnie, gładkie okładki, gruby papier, nie ma pikselozy jak w niektórych polskich małych wydawnictwach. Niestety, pierwszy rok komiksu, który w internecie po części jest w kolorze, wydany został w czerni i bieli. Ale może to i dobrze, bo wówczas kolorysta z Millera był średni. Trochę szkoda, że papierowe wydanie jest pozbawione jakiś szczególnych dodatków, choćby szerszego wstępu od autora. Jedynie w pierwszym tomie jest dosłownie kilka odcinków No Pants Tuesday, poprzedniego komiksu Millera. John Allison wydając na papierze Scary Go Round pokazał, że można zrobić to ciekawie. No ale on to wydawał własnym sumptem, więc miał więcej wpływu na wygląd albumów.

Teraz szykuję się na zakup Platinum Grit, jestem ciekaw jak prezentuje się ten komiks gdy nie jest wyświetlany kadr po kadrze.