Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

telewizja

Lie to me


telewizja · komentarzy 47

Lie to me
„Colombo”, „Dexter”, „Dr House”, „Californication”… co łączy te seriale? Jeden prosty i skuteczny zamysł: kołem zamachowym jest magnetyzująca postać, posiadająca jakiś specjalny talent, który sprawia, że jest bardzo dobra w swym fachu. Jedną z takich postaci jest Dr Cal Lightman, główny bohater serialu „Lie to me”.
więcej…

Arrested Development


telewizja · komentarzy 25

Gob - Arrested Development
G.O.B., profesjonalny magik wannabe i Franklin – śpiewająca kukła.

Pamiętacie Portię de Rossi? Tak, chodzi o aktorkę grającą tę prawniczkę o kocim spojrzeniu, która powodowała świszczenie nosa Johna z „Ally McBeal”. Nie wiem jak Wam, ale bujne loki Nelle potrafią mi się przyśnić po dziś dzień, prawie 10 lat po emisji tego serialu w Polsce. Szkoda, że wtedy Polsat nie emitował ostrzeżenia dla napalonych nastolatków, że Portia jest lesbijką. Zaoszczędziłbym sobie wtedy wielu niepotrzebnych uniesień… platonicznych rzecz jasna. Całe szczęście, że końska dawka humoru w „Arrested Development”, w którym Portia gra jedną z ważniejszych ról, przysłania mi tę traumę.
więcej…

It’s raining TV shows! Hallelujah!


telewizja · komentarzy 38

True Blood
Odpowiedź na pytanie „Scena seksu czy morderstwa?” jest tu chyba oczywista.

Jesień to czas zmienionych ramówek, nowych programów i wznowień najbardziej lubianych przez telewidzów serii. TVP wprowadza do ramówki „Fort Boyard”, a TVN leci z kolejną edycją „Tańca”, z takimi gwiazdami jak Steve Allen. „Fort Boyard” ze zmanierowanym Gonerą i nieśmiesznym Weissem mógłby mnie emocjonować jakieś dziesięć lat temu, bo od takiego czasu format „Fortu” jest mi znany. O „Tańcu z gwiazdami” dowiaduję się naturalnie z jedynego rzetelnego źródła informacji i to mi wystarczy. W Stanach Zjednoczonych już zaczęła się ramówkowa wojna, a front rozciągnie się znacznie pod koniec września. Zapoznałem się z paroma premierami (niech boski Jarosław błogosławi pre-airy), o czym za chwilę napiszę. Jesień, czyli z amerykańska fall, to raj dla takiego maniaka jak ja, bo seriale wprost spadają z telewizyjnej chmury.
więcej…

Penn & Teller: Bullshit!


telewizja · komentarzy 12

Penn & Teller: Bullshit!

„Penn & Teller: Bullshit!” jest moim ulubionym TV-Show, który nie jest serialem. Właśnie wystartował szósty sezon tego bezkompromisowego programu i myślę, że warto powiedzieć o nim parę słów. Będziecie mieć też dużo oglądania, zachęcam.

Penn Jillette i Teller zdobyli sławę w Las Vegas jako profesjonalni magicy, żonglerzy i komicy (próbki tego co robią – 1, 2, 3, 4, 5). Swoją sławę wykorzystują w przeróżny sposób, lecz najbardziej rozpoznawalni są teraz dzięki „Bullshit!”. Aha, Teller naprawdę nazywa się tylko Teller, zmienił imię i nazwisko na „Teller” i jest jednym z niewielu Amerykanów, których tożsamość opisywana jest przez jedno słowo. Penn i Teller są duetem od kilkudziesięciu lat i wciąż pokazują triki w Las Vegas. Opracowali pewną rutynę – Penn gada ile wlezie, Teller nie mówi nic. Nic. Przez ponad pięć sezonów „Bullshit!” nie powiedział ani słowa, tak samo jest na scenie. Jego głos usłyszałem dopiero po dokładnym przejrzeniu youtube’a. Ich sposób bycia został wypracowany jeszcze zanim się poznali, Penn by przyciągnąć uwagę publiki przekrzykiwał ją, Teller milkł. Tak zostało do dziś, Penn gada i krzyczy (albo robi tak), Teller robi w tym czasie sztuczki i posługuje się mimiką.

„Bullshit!” jest programem sceptycznym. Penn i Teller są nastawieni sceptycznie do wszystkiego: religii, rządu, wszelkiego new age, nadprzyrodzonych zdarzeń i organizacji, które wciskają ludziom kit. Można powiedzieć, że podobnie jak „Pogromcy mitów” obalają co się da. Różnica polega na tym, że Penn i Teller atakują całe społeczności, systemy, przekonania, a nie jak Adam i Jamie, urban legends.

„Penn and Teller: Bullshit!” jest więc o wszechobecnym kicie, wciskanym nam przez kulturę, rząd, organizacje, prywatne osoby, które na ludzkiej naiwności chcą zbić kasę. Penn i Teller podchodząc do tematu spotykają się z ludźmi z obu stron barykady, z właścicielami firm, naukowcami, psychologami, przedstawicielami organizacji i politykami. Temu co ci ludzie mówią towarzyszy dosadna narracja Penna, który z tymi, którzy są w opozycji do niego, robi głupków oraz bezkompromisowo miesza ich poglądy z błotem. Ich zresztą też. Oto przykłady określeń z losowego odcinka: asshole (najczęściej używane określenie), sickfuck, motherfucker, power-junkie. Penn i Teller naśmiewają się nawet z ludzi, którzy trzymają ich stronę. Umiejętnie edytują materiał, humorystycznie komentują ich wypowiedzi, śmieją się z ich ubioru. Twórcy „Bullshit!” sami się przyznają do tego, że są dupkami.

Penn & Teller: Bullshit!

Nic dziwnego, że „Bullshit!” jest emitowany przez Showtime. Jest kontrowersyjny, obrazoburczy, antybushowski, antyestablishmentowy, ateistyczny i bardzo dosłowny. To program, w którym zobaczysz jak facet rozciąga sobie napletek, gdy jest mowa o obrzezaniu. Zobaczysz jak ludzie depilują sobie strefy bikini, gdy odcinek traktuje o histerii na temat włosów. Inne rzeczy przekraczające granice to np. lewatywa, kolonoskopia Penna i gwiazdy porno. Zresztą, Penn i Teller lubią kląć i pokazywać nagie ciała. Czasem na ekranie pojawiają się cycki, tylko po to, żeby przyciągnąć ludzi do telewizora, albo żeby pokazać, że mogą bez skrępowania je pokazać. Odcinek „Breast Hysteria” zaczyna się od widoku pięknych, piegowatych piersi, głosu Penna tłumaczącego o czym jest odcinek i takiego tekstu:

Yep! Boobs, tits, knockers and junks. Fuck! Is this the best show on TV or what?! In your face „Dancing with the stars”!

Ale najfajniej jest jak Penn i Teller robią ludzi w konia. Zbierają podpisy od hippisów(sic!) by zbanować wodę, wciskają ludziom bezsensowne leczące gadżety i najnormalniej oszukują. Teksty w stylu „Good job, lesbians!” miażdżą.

Ciężko jest opisać z czym dokładnie je się „Bullshit!”, to trzeba obejrzeć. To jest taki sceptyczny, komediowy paradokument ze sztuczkami magicznymi w tle. Najlepiej jak obejrzycie parę odcinków. Na szczęście są na youtube. Odcinek „Profanity”, w trzech częściach: 1, 2, 3. Odcinek „Detoxing” (polecam!): 1, 2, 3. Odcinek o jodze, tarocie i tantrycznym seksie też jest świetny: 1, 2, 3.

„Bullshit!” nigdy nie zostanie wyemitowane w Polsce. Jest zbyt wulgarne, zbyt obrazoburcze i przede wszystkim, zbyt amerykańskie. Penn i Teller poruszają się czasem w tematach, które nie zainteresują widza spoza Usa, jak Wallmart albo Mt. Rushmore. Niemniej, naprawdę warto się wciągnąć w ten TV-Show. W programie goszczą interesujący ludzie, sławni – Chomsky, James Randi (pogramoca Uri Gellera), nobliści; wykonujący niecodzienne zawody – astronauci, prostytutki; i wszystkie świry twierdzące, że porwało ich ufo, że potrafią czytać w umyśle, że umieją rozmawiać ze zwierzętami. „Penn and Teller: Bullshit!” dostarcza wielu radości, wątpliwości i jest rajem dla sceptyka oraz libertarianina.

Six Feet Under


telewizja · komentarzy 8

Six feet under
Stało się – obejrzałem drugi raz całość „Sześciu stóp pod ziemią” i drugi raz poryczałem się przy zakończeniu. „Six feet under” to porządna dawka serialu, 5 serii – 63 odcinki, co daje ponad 50 godzin oglądania. Zdobył 9 nagród Emmy, 3 Złote Globy i uznanie widzów w czterdziestu krajach. Umiera w nim ok. sto osób. Liczba śmierci wyjątkowo duża jak na serial obyczajowy – nie w tym przypadku. „Six feet under” to serial niezwykły, oryginalny i genialny w prostocie zamysłu. Alan Ball (scen. American Beauty) pomyślał: „Hej, skoro były już seriale o lekarzach, policjantach, ratownikach, prawnikach, agentach i pastorze z dużą rodziną, to czemu nie pójść w stronę przedsiębiorców pogrzebowych?”. Jak się okazało, trafił w sedno.

„Sześć stóp pod ziemią” to, jak już powiedziałem, serial obyczajowy, który utrzymany jest w konwencji czarnej komedii. Opowiada o życiu w przygnębiającym domu pogrzebowym w Los Angeles, tłem perypetii rodziny Fisherów są śmierci ich klientów, albo lepiej powiedzieć – śmierci bliskich ich klientów. Praktycznie każdy odcinek zaczyna się od zgonu – a jak to z nimi bywa, jedne są ciekawsze, drugie zwyczajniejsze. Dlatego mamy piękny przekrój śmierci: od naturalnych, poprzez morderstwa, wypadki z udziałem zwierząt, po te zasługujące na nagrodę Darwina. Zadaniem zakładu Fisherów jest nadanie denatowi jak najbardziej naturalnego wyglądu i przeprowadzenie pożegnalnej ceremonii. To z kolei nie jest takie proste, gdy chce się jednocześnie mieć trochę czasu dla siebie, a klienci są markotni.

„Six feet under” tworzy kupę wyrazistych, sympatycznych postaci, które razem tworzą swoisty kalejdoskop. Mamy Davida – syna założyciela domu pogrzebowego Fisherów, który najbardziej poczuwa się do obowiązku sprawowania pieczy nad interesem, gdy jego ojciec nie jest już w stanie tego robić. David jest porządnym facetem i jest gejem. Genialna kreacja Michaela C. Halla (o którym jeszcze wspomnę gdy będę pisał o serialu „Dexter” – gdzie Hall gra tytułową rolę) – chodzi o to, że ja mu kompletnie wierzę. Czasem oglądając, szczególnie polskie seriale, dochodzę do wniosku, że ci aktorzy nie do końca wierzą w to co robią, a jak mawiał mój instruktor teatralny, pierwszym pytaniem jakie trzeba sobie zadać wychodząc na scenę jest „Co ja tu robię?” – Michael C. Hall z pewnością to robi. Mamy Nate’a (Peter Krause – znany z „The Lost Room”) – brata Davida, raczej buntownika, który nie do końca jest pewien co ma robić w życiu, przez co zdarza mu się miotać w te i we wte. Claire (Lauren Ambrose) – uroczą rudowłosą siostrę ww. o duszy artystki, dziewczynę popapraną, antybushowską konsumpcjonistkę, która zdolna jest wykraść stopę poćwiartowanego trupa, by zwrócić na siebię uwagę. Nathaniela (Richard Jenkins) – ojca powyższej trójki, który, nie będę tego dalej ukrywał, umiera w pilocie, a na ekranie pojawia gdy jego bliscy go sobie wyobrażają. Jest przedłużeniem ich emocji, jego ustami wyrażane są czasem najbardziej skrywane myśli. Postać ta jest najbardziej cyniczną i ironiczną, jaką do tej pory spotkałem w świecie seriali. Mamy inteligentną Brendę (Rachel Griffiths), która da się poznać zarówno jako nimfomanka, jak i kochająca mama, Ruth (Frances Conroy) – niepozorną głowę rodziny Fisherów, czy psychicznie chorego brata Brendy – Billy’ego (Jeremy Sisto). To tylko początek.
Six feet under
Co mnie urzekło w „Six feet under”? Po pierwsze – estetyka. Zaczynając od niepokojącej wejściówki napakowanej symboliką, całe to poprawianie śmierci, make-upowanie truposzy, robienie z nich manekinów jak na wystawie. Następnie – minimalistyczne wnętrza, wyposażenie domu Fisherów rodem z lat 60. tworzy tę ni to żałosną, ni komiczną całość. Po drugie – chwytliwość, tak jak grywalność w Diablo. Chce się więcej i więcej, dlatego przy lepszych momentach 2. czy 4. serii potrafiłem obejrzeć 7-8 odcinków pod rząd. „SFU” przedstawia pewne problemy bez skrupułów, które jeszcze do niedawna były nagminnym grzechem telewizji. W bardzo wiarygodny sposób obrazuje seksualność człowieka i nie mówię tu o wszędobylskim seksie, który ma przyciągać masy – bo nie o to chodzi. To jak ten serial pokazuje homoseksualistów, ich uczucia i problemy, czy potrzeby pięćdziesięciokilkuletniej kobiety skłania mnie ku refleksji, że może nie jesteśmy skazani na „Sex w wielkim mieście” jeżeli chodzi o przełamywanie wstydu. Dalej – duży dystans do śmierci. Jest ona prezentowana jako coś normalnego, czasami zabawnego, odnawiającego zdrowe podejście do życia osób, które się z nią zetknęły. Serial pozwala się zrelaksować, podejść do życia bardziej na luzie. Problemy bohaterów nie są wydumane – przynajmniej do 3. serii, która była chyba najgorszą, ze względu na raczej nieudane epizody z Lisą. Autorzy „Six feet under” bardzo mądrze prowadzą każdy odcinek, gdzie początkowa śmierć antycypuje pewne wydarzenia związane z głównymi bohaterami, lecz nie do tego stopnia by zostać znudzonym biegiem opowieści. Metafora dopełnia się dopiero przy zderzeniu uczuć wywoływanych przez danego klienta w Davidzie czy Nate’cie ze stanem uznanym za ustalony. Reszta otoczenia jest „zarażana” przez osoby, które bezpośrednio uczestniczą w obsłudze. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się to trochę z „Czerwoną Różą” Stephena Kinga, albo „Lśnieniem”. Cała otoczka związana z pogrzebami, szczególnie gdy trzeba na nią patrzeć z przymrużeniem oka, jest podobnie niepokojąca, tak jakby to dom był ośrodkiem przenoszenia pewnego stanu mentalnego. No i te postaci, z którymi się najnormalniej zżyłem. Czuję, że w przeciągu paru lat kolejny raz przyjdzie mi posiedzieć przy ich perypetiach.

„Six feet under” jest czasem rozczulające, zabawne, smutne oraz mądre. W tym serialu każdy znajdzie coś dla siebie – czy to romantyk, ktoś nastawiony na przełamywanie tabu bądź lubiący mocne akcenty i zwroty fabularne. Na tle wielu seriali obyczajowych ten jest godzien polecenia, szczególnie do oglądania z bliską osobą. Jeżeli masz kilkadziesiąt wolnych wieczorów – zobacz to koniecznie.

The Lost Room


telewizja · komentarzy 7

lost_room.jpg
Czytaliście „Nigdziebądź” Gaimana? Mówię oczywiście o książce, komiks zniechęcił mnie okładką i ceną. Jeżeli tak, to na pewno pamiętacie dziewczynkę o imieniu Drzwi. Drzwi posiadała pewną ciekawą zdolność – potrafiła otworzyć każde… drzwi. Pomyślcie, że macie taką moc, a nawet większą. Miniserial „The Lost Room” zaczyna się właśnie w mniej więcej taki sposób – detektyw Joe Miller, grany przez znanego z „Six Feet Under” Petera Krause, staje się posiadaczem tajemniczego motelowego klucza. Klucz ten pasuje do każdych drzwi, a każde drzwi otwarte tym kluczem prowadzą w jedne miejsce – do zawieszonego w czasie i rzeczywistości pokoju motelowego z 1961r., z którego możemy się dostać do każdego miejsca na Ziemi. Zły los sprawia, że córka Joe, w okolicznościach związanych z owym pokojem motelowym, znika. Oczywistą oczywistością jest, że Joe będzie chciał ją odnaleźć.

Serial składa się z trzech półtoragodzinnych odcinków i reprezentuje styl modern fantasy. Nie mogłem uniknąć skojarzeń z prozą Gaimana, bo tutaj też okazuje się, że jest jakiś drugi, magiczny świat, o którym nie śniło się zwykłym ludziom. Ten świat tworzą Obiekty, takie jak Klucz, wszystkie pochodzą z pokoju motelowego i mają niesamowite właściwości. By nie zdradzać za dużo, ale wzbudzić ciekawość, powiem, że Obiekty mają całkiem bezużyteczne właściwości – jak Zegarek, który gotuje jajka, ale także całkiem przydatne – jak Okulary, które przeciwdziałają zapłonowi w promieniu pięciu metrów. Obiekty są pożądane przez wszystkich, którzy wiedzą o ich istnieniu, co sprawia, że detektyw Joe nie będzie miał łatwego zadania.

lost1.JPG
„The Lost Room” spodobał mi się z paru przyczyn. Pierwszą jest przemyślane uniwersum, w którym m.in. tworzą się grupy – kabały, walczące między sobą o Obiekty. Jest zatem Zakon Ponownego Zjednoczenia, który wierzy, że Obiekty są częścią Boga; jest Legion, który chce by Obiekty były zapomniane i nieużywane; i na końcu – są prywatni kolekcjonerzy, którzy Obiektów używają dla własnych celów. Drugą przyczyną jest wielorakość postaci. Są zagrane z głową, a każda wprowadza do serialu coś nowego – jak Wally (Peter Jacobson) – świetna komediowa rola, albo Ruber (Dennis Christopher) – nieprzewidywalny policyjny laborant. Postaci drugoplanowe dopełniają całego obrazu, co sprawia, że historia jest opowiedziana z niezwykłą swadą, a serial ogląda się świetnie. Trzecią rzeczą – może i najważniejszą jest to, że serial pobudza wyobraźnię. Taką najlepszą, najbardziej naiwną jej część – marzeń. Bo co byście zrobili posiadając Klucz? Albo Parasol, który noszony przez was sprawia, że ludziom wydaje się, że was znają?

Musicie mi wybaczyć, że o tym serialu opowiadam w dość lakoniczny sposób, lecz ciągle w nim coś się dzieje, jest akcja, intryga, tajemnica i tak na zmianę – trudno jest po prostu nie spojlować. Jeżeli jest coś, co miałbym polecić na jeden (jeszcze) zimowy wieczór – to oprócz kakao i „Strażników”, byłby to właśnie „The Lost Room”. W Polsce serial został wyemitowany przez TVP1 i AXN jako „Zagubiony pokój”.

Jericho


telewizja · komentarzy 9

Jericho

Dzięki uprzejmości Bele obejrzeliśmy wreszcie z Martą pierwszy sezon Jericho. O serialu przeczytałem pod koniec zeszłego roku w Wyborczej. Od początku mnie zainteresował, ale jako, że nie mam kablówki, szybko o nim zapomniałem. Ostatnio okazało się, że znajoma Marty jest gorącą fanką Jericho i podarowała nam płytę z wypalonymi odcinkami. Która okazała się porysowana i udało nam się obejrzeć jedynie dwa odcinki, co tylko zaostrzyło nam apetyty. W końcu, w oparach dymu i siarki, w błyszczącej zbroi, ukazał się Bele z działającymi płytami.
więcej…

Taking Back Sunday – Liar


teledyski, telewizja · komentarzy 7

Jakiś czas temu ukazała się nowa płyta Taking Back Sunday, Lauder Now, i jest promowana przez ten teledysk:

Całkiem elegancki, fanki Lazzarry muszą być zachwycone, mi się osobiście najbardziej spodobał patent z liniami wykresu zamieniającymi się w kabaretki babki a następnie w pajęczą sieć, pomysłowe. Sam kawałek też jest bardzo sympatyczny. Jednakże dla mnie, to co najlepsze mogli zrobić członkowie TBS zrobili na pierwszej płycie, Tell All Your Friends. Łącznie z najlepszym teledyskiem we wszechświecie do Cute Without The E:

Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że kiedyś oglądałem inna wersję tego teledysku, z krótszymi przebiciami na grający zespół. To w sumie zabawne, ale polubiłem tą piosenkę w takim momencie swojego życia, który totalnie nie pasował do jej tekstu, i słucham jej z mniejszymi przerwami od dwóch lat. A gdy zobaczyłem teledysk już kompletnie oszalałem. Oczywiście ci, którzy nie wiedzą, do jakiego filmu on nawiązuje powinni szybko nadrobić braki w edukacji.

And will you tell all your friends
you’ve got your gun to my head
This all was only wishful thinkin,
this all was only wishful thinkin

Yeah

Święta święta


muzyka, telewizja, varia · komentarzy 5

Kończył się październik, i w firmie już zaczynano dekorować sztuczne choinki. Trzy tygodnie później pod Obi na Okęciu pojawiły się pierwsze świerki. Co roku mam wrażenie, że święta zaczynają się coraz wcześniej i kończą tuż po pierwszej gwiazdce, gdy sklepikarze zmieniają dekoracje na bardziej noworoczną.

Dla mnie święta zaczynały się od zawsze tą jedną, jedynie słuszną piosenką:

Nie ma co ukrywać, jest to absolutny mega hicior. Klasyk. Jako dzieciak uwielbiałem ten klip, marzyłem o takiej ilości śniegu na moich szarych Stegnach, nie mówiąc już o kolejce linowej. I te swetry! Ortaliony! I nawet jeżeli teraz słuchając tej piosenki mam wrażenie, że Goerge Michel chce się dobrać do mojego tyłka, pod jemiołą oczywiście, to nadal ją lubie.

Acz bezpieczniej się czuję przy innym szlagierze, zdecydowanie bardziej hetero, który dziś poleciał z rana w radiu, aż się zdziwiłem, że nie zaczęto sezonu od Whamu:

To chyba jeszcze z czasów przed operacją piersi.

Jednakże nie ma róży bez kolców, bo wiem, że gdzieś za rogiem zawsze czai się Shakin Stevens. Niestety.