Chuck Palahniuk – Uchodźcy i wygnańcy

Mikołaju, mikołaju...
Portland znane jest jako miasto, w którym odbywa się marsz pijanych Mikołajów.

Najnowsza książka Chucka Palahniuka wydana przez Niebieską Studnię to „Uchodźcy i wygnańcy” – przewodnik po Portland w stanie Oregon. Na początku lat 80 ubiegłego wieku Chuck przeniósł się do tego miasta i zakochał się w nim, w jego absurdalnych obrzędach, szalonych mieszkańcach, wielorakości nocnych barów i bezpruderyjności. Na książkę tę czekałem odkąd przeczytałem „Dziennik”, a mniej więcej wtedy na stronie wydawcy pojawił się tajemniczy napis „już za tydzień palahniukowa niespodzianka”. Cóż, na niespodziankę przyszło poczekać pięć miesięcy, a ja zapomniałem o niej do tego stopnia, że „Uchodźców i wygnańców” kupiłem zupełnym przypadkiem, sporo po premierze. Czy warto było czekać? Chyba nie do końca.
Continue reading

Chuck Palahniuk – Dziennik

Dziennik
Kiedy ostatnio czytaliście jakiś dziennik bądź pamiętnik? Ja wielokrotnie twierdziłem, że czytałem pamiętnik mojej siostry, a znajdywanie go traktowałem jak sport. Oczywiście doń nie zajrzałem, ale co nawkurzałem młodsze rodzeństwo to moje. Chodzi mi o książki w formie dzienników. Pewnie, wszędzie jest pełno travelogue’ów, niektórzy znają pewnie „Dzienniki” Gombrowicza, ale szersza publiczność niewiele ich sobie przypomni. Aha, brać komiksowa zna travelogue Guy Delisle’a oraz quazi-pamiętnik Śledzia. Ale dziennik nie jest formą bardzo popularną, szczególnie gdy chodzi o fikcję. „Przypadki Robinsona Cruzoe” Defoe, „Dracula” Stokera czy ostatnio „Dziennik Bridget Jones” Fielding to wyjątki, które są rozpoznawalne. Pora poznać „Dziennik” Chucka Palahniuka.
Continue reading

wypisy z księgi niedzieli, rozdział 142.

142.
Znów przyszło mi redagować niedzielę samotnie. Mam nadzieję, że ilość linków to wynagrodzi – jak będziecie dawkować, to starczy na cały tydzień. Wielkie dzięki dla Haku, za podesłaną ośmiornicę.

Ø Umknęło mi wcześniej, że Arcz z Kolorowych Zeszytów postanowił dać upust swojej miłości do Erika Larsena, a jednocześnie nie męczyć dłużej czytelników KZ nawałem wpisów o nim. Tak powstała Larsenofilia, co brzmi jak nazwa choroby… I coś w tym chyba jest, gdy patrzę na tempo dodawania wpisów. Ale jeśli jesteście fanami jaszczura z grzebieniem, to macie nowy dodatek do ulubionych lub rssów.

Ø O dziwo na pewnym forum dyskusyjnym o komiksach zdarza się też znaleźć merytoryczne informacje. Tym razem o planach krakowskiego wydawnictwa Post, które z rozmachem wraca do gry. Na początek pojawiły się trzeci i czwarty tom „Lupusa”. Niedługo powinien wyjść też nowy „Corto Maltese: Złoty dom w Samarkandzie”. Zbiorczy „Maus” na początku 2010 w okolicy WSK, nieco później „Kot Rabina” – tomy 3. i 4. oraz dodruk 1. i 2. Są za to problemy z powtórką „V jak Vendetta”, więc póki co rządzi rynek wtórny. Więcej w podanym linku, a czas zweryfikuje – mam nadzieję że pozytywnie – wszelkie plany.
Podobny ruch zapowiedziało też Manzoku i od stycznia mają niczym feniks z popiołów i tak dalej… I want to believe.

Ø A tymczasem Michał „Śledziu” Śledziński potwierdza niejako, że zbiorcze „Osiedle Swoboda” jeszcze w grudniu.

Ø Niewielki to news, ale wart wspomnienia – śliczna praca Igora „Iq” Wolskiego doczekała się niedawno tytułu Digarta Dnia – dowód na to, że społeczność serwisu Digart też miewa gust.

Ø Niezłomny donosiciel sensacji i prawdziwych wiadomości – program „Uwaga” pochylił się ostatnio nad tematyką komiksu w Polsce. Dziesięciominutowy materiał nie jest tak zły, jak się spodziewałem, choć pewnie czytelnicy Motywu nie dowiedzą się z niego za wielu nowych rzeczy. Streszczając: Maus, Tytus, komiks historyczny, Jeż Jerzy, Przemek Truściński, komiks ambitny, medium komentujące rzeczywistość. Coś więc miło mnie łechce w środku, że głos rozsądku na temat naszej pasji, trafił pod strzechy. Z rzeczy ciekawszych dla miłośników komiksu – na minutę przed końcem pojawiają się króciutkie fragmenty filmu „Jeż Jerzy” i Monika Olejnik zmagająca się z nagrywaniem dialogów. O animowanym Jeżu powstał zresztą osobny materiał.

Ø Na podobny, ale jednak inny temat – artykuł o kondycji komiksu na świecie w epoce social media i o tym, co się stanie po wywalczeniu sobie należnego miejsca w kulturze.

Ø Czytnik Kindle po cichu wkroczył do Polski. A ja nie tracę nadziei na jego edycję wyświetlającą obrazy w kolorze. Pojawia się coraz więcej plotek o tablecie Apple i rzekomej dystrybucji komiksów przez iTunes. Zakup Marvela przez Disneya wyraźnie sprawie pomógł. Dziennikarz serwisu Gizmodo zrobił więc małe rozeznanie. Mogliby to wreszcie ogłosić oficjalnie, żebym mógł zacząć oszczędzać. Informację podesłał czytelnik Łukasz, dzięki.

Ø Wkraczając do świata gier. Coś dla osób, którym podobały się animacje wspomnień w Prototype i posiadających konta na Facebooku – aplikacja, która cwanie wykorzysta wasz profil, by zrobić z Was głównego bohatera rzeczonej gry. Warto rzucić okiem.

Ø Odstresowująca gra na niedzielę – „Star Guard” – Ty, twój laserowy karabin, tony obcych i zły czarownik do pokonania. Co prawda nieskończona liczba żyć pozwala na przejście pewnych fragmentów metodą „na rympał”, a grafika wymaga olbrzymiej wyobraźni, ale całość jest wciągająca i pocieszna.

Ø Fani „Fight Clubu” – uznawanego w zbliżonych do Motywu kręgach za film kultowy – obchodzą 10. rocznicę jego powstania. Jeśli ktoś chciałby nabyć specjalny plakat stworzony z tej okazji, to ma taką możliwość na stronie Kevina Tonga, jego twórcy. Dla zbieraczy koszulek też coś się znajdzie. Zabawne, że piszę o tym, bo galerię z pracami Tonga dostałem ze względu na sympatyczną ośmiornicę, którą narysował.

Ø Nie jestem może na bieżąco z kolejnymi produkcjami filmowymi opartymi na komiksach, ale zdarza mi się zerknąć na jakiegoś newsa. Tym razem padło na dwóch aktorów proponowanych do filmów – o ile Anthony Hopkins jako Odyn w „Thorze” to widoczny gołym okiem strzał w dziesiątkę, to Clancy Brown jako Lobo będzie potrzebował solidnej charakteryzacji. Im dłużej myślę o ekranizacji przygód Czarnianina, tym bardziej nie przychodzi mi na myśl żaden sensowny odtwórca tej roli. Leave Lobo alone!

Ø Dawno nie było jakichś starwarsowych zboczeń, na szczęście fandom nie zawiódł i udało się dwie ciekawostki znaleźć. Szczęśliwcy, którzy będą w San Francisco, mają szansę załapać się na koncert zespołu z kantyny Mos Eisley. Zaś prawdziwy fan Gwiezdnych Wojen na urodziny dostaje tort, którego pewnie nie tknąłby nikt inny, choć wykonany jest perfekcyjnie. This cake is not a lie.

Ø Skoro już mowa o fanach przez duże „F”- niektórzy zrobią wszystko, by być jak ukochany bohater. Podziwiam miłośnika Wolverine’a – całkiem niezłe szpony skonstruował sam. Opis jest na tyle dokładny, że aż kusi, aby spróbować. A jak apetyt wzrośnie – pokusić się o takie wysuwane. Ale przecież wiadomo, że posiadanie prawdziwych wcale nie jest zabawne. Uwaga, ostatni filmik jest krwawy i głupawy.

Ø Liczba na dziś. Czy wiecie ile dzieciaków przychodzi w Halloween do Białego Domu prosić o cukierki? 2000.

Ø Znam pewnego człowieka, którego fascynują ładnie wykonane wykresy i infografiki w ogóle. Zakładając, że może być Was więcej, znalazłem dwa – oczywiście związane z popkulturą. Jeden opublikowany w znanym komiksie „XKCD” – rozpisuje kilka filmów na dzieje poszczególnych postaci i ukazuje ich powiązania. I drugi – wizualizacja podróży w czasie w wybranych filmach. Sheldon Cooper byłby zachwycony.

Ø A ja sam jestem zachwycony pewnym projektem artystycznym – niezwykłą animacją, która hipnotyzuje wykonaniem i pozwala poznać wielu ciekawych rysowników na raz.

Ø Inny filmik, bo z dziedziny cyfrowej etnografii, ale też zrobił na mnie wielkie wrażenie celnością obserwacji na temat natury internetu – jako sieci osób operujących między sobą treściami. Niby nic nowego, ale atrakcyjnie podane, a duch „Neuromancera” unosi się gdzieś w tle.

Ø Jakiś czas temu sklep z koszulkami Threadless ogłosił konkurs z dość powalającymi nagrodami (m.in. X-box, 10 gier, Zune HD i 2000 dolarów) na koszulkę będącą symbolem prawdziwego geeka. Wygrał projekt, który urzekł mnie prostotą i zgrabną syntezą symboli różnych zajęć, które można uznać za geekowe. Ludzie uważający geeków za śmieszną modę mogą nie klikać

Ø „Focus” opublikował ostatnio nieduży – biorąc pod uwagę ilość tekstu, a nie zdjęć – artykuł o modzie na steampunk. Przy okazji nawinął się tam zespół Abney Park – muzycznie gdzieś w okolicy symfonicznego lekkiego rocka, a wyglądem steampunk pełną gębą. Fajne mają gitary.

Ø A na bonus dla miłośników (i miłośniczek) XIX wieku w oparach pary – biuro wzorowane na wnętrzach Nautilusa.

Ø W grudniu do Warszawy i Krakowa przyjeżdżają cygańscy punkowcy – Gogol Bordello. Będzie grubo.

Zgubione w przekładzie

Scarlett
By obejrzeć sekwencję początkową „Lost in Translation”, kliknij w nagłówek.

Być tłumaczem to prawdziwe wyzwanie. Tłumaczony tekst jest odbierany przez tłum ludzi, a w tym tłumie zawsze znajdzie się ktoś, kto od tłumacza lepiej zna język polski, angielski czy jakikolwiek inny, który wiąże się z przekładem danego dzieła. Wśród tego tłumu zawsze też znajdzie się ktoś, kto jest zapaleńcem ornitologii, futbolu amerykańskiego, tematyki genderowej i owsianki. Tłumacz nie musi być ekspertem w tych dziedzinach, musi umieć zrobić research, by w razie potrzeby dokonać precyzyjnego przekładu. Naszym rodzimym tłumaczom nie brakuje sprawności językowej, potknięcia wynikają raczej z nieuwagi, niewystarczającej ilości czasu, nieumiejętności rozeznania się w dziedzinie, której dotyczy dany termin. To jest moje małe podsumowanie różnych translatorskich wpadek w 2008 roku.
Continue reading

niedziela 67

wiadomosci

Konrad:
* Ilość zgłoszeń jakie otrzymaliśmy w ramach konkursu na logo Motywu Drogi srodze mnie zaskoczyła. Spodziewałem się dwóch-trzech, a otrzymaliśmy kilkanaście. Jako że w tym tygodniu nie mam czasu nawet na machnięcie nogą, to przedłużamy czas nadsyłania prac o tydzień, powiedzmy do piątku. W czwartek zdam egzamin i będę widział na oczy więcej, niż tylko Wiosnę Ludów lub Gruszkę Besamera.

* Wiadomością tego tygodnia jest zdecydowanie premiera zwiastunu drugiej części „Beyond Good and Evil”, jednej z najlepszych i najbardziej niedocenionych gier w historii. Po kiepskich wynikach sprzedaży części pierwszej niewielu wytrwało do dziś w wierze w kontynuacje. Ale wierni się doczekali. Harr. Dopiero oglądając zwiastun w wyższej rozdzielczości zauważyłem, że Wujek ukrywa znamię pod bandażami.

* Sprawdźcie demo warszawskiej Kanwy, kawałek „like boats” mnie niszczy.

* Fajnie grają też Right? z Milanówka, ale szukają wokalisty. Bu.

* W angielskojęzycznym kącie internetu trwa właśnie dyskusja na temat umów jakie podsuwa do podpisania twórcom wydawnictwo Tokyopop. Dla zainteresowanych na blogu Bryana Lee O’Malleya, autora przygód Scotta Pilgrima czy niedocenionej u nas przez rynek „Zagubionej duszy”, zamieszczony został obszerny komentarz do tej sprawy, który powinien w miarę wyjaśnić, o co chodzi.

And now… podrzędny bloger o imieniu Łukasz:
# Kamil Śmiałkowski na swoim blogu napisał:

I już oficjalnie mogę powiedzieć, że Nasza Księgarnia szykuje się do wydania “Complete Peanuts” (tego wielkiego wypasionego wydania z Fantagraphic Books) i zaproszono mnie do napisania wstępu do pierwszego tomu.

Tak, tego wypasionego wydania. To jest jedna z fajniejszych wiadomości tego tygodnia.

# Zeszły tydzień przebiegł pod znakiem dyskusji nt. Alei Kopistów. Sprawy chyba nie zamierzam dalej ciągnąć i mam nadzieję, że odbije się ona stosownym echem. Dziękuję wszystkim czytelnikom za solidarność, w tym netKolektywowi, Przemkowi i Dolnej Półce. No i Lewarowi.

# Uaktualniłem galerię wpisu o konkursie na autobiografię. Można tam zapoznać się z komiksem Pawła Piechnika i Tomasza Kontengo – „Dziadek”, do czego zachęcam.

# Co słychać w międzyczasie w filmie? Całkiem sporo. Pokazano concept art i fajne foto Minutemenów ze „Strażników”, klikać w żółte linki. Goście od „The Dark Knight” też nie próżnują – na przykład pokazują nowe bannery. Trailer wyczekiwanego przeze mnie „Choke”, na podstawie Palahniuka, również niczego sobie.

# Macie wolne 2800 euro? To kupcie projektor i odtwarzacz R2-D2. Jeżeli jesteście fanami „Gwiezdnych Wojen” i obejrzeliście filmik, to w tym momencie czujecie ciepełko w spodniach.

# Z cyklu „magia liczb”. 67 to numer europejskiej drogi Via Baltica, której przebieg przez Rospudę był swojego czasu szeroko komentowany i oprotestowywany. Podobno około roku 1667 powstało to pismo, mieli pewnie chłopaki radochę, co widać również po obrazie. Na koniec, ponieważ zeszły tydzień był trochę pedalski, Elton John i jego „Old ’67”:

Paproszki, czyli małe piszczące ludziki

Paproszki
Jechałem sobie dzisiaj autobusem i postanowiłem coś przeczytać. W plecaku miałem „5 to liczba doskonała” Igorta, „Dziennik” Palahniuka i „Paproszki” Świdzińskiego. Po krótkim namyśle sięgnąłem po „Dziennik”. Dlaczego? „5” ma za duży format jak na autobus, a „Paproszki” wstydziłbym się czytać w środkach publicznego transportu. No, może nie „wstydziłbym”, ale staram się tworzyć pozytywny obraz komiksu w Polsce, a gdyby przy lekturze „Paproszków” ktoś mi spojrzał przez ramię to pomyślałby „głupie komiksy, bazgroły, crap”. Bo rysunki słabe, a wyrwane z kontekstu, spojrznięte przez ramię, żarciki spowodowałyby prostą myśl w głowie współpasażera – „aha, głupi komiks”. Z tego samego powodu nie czytałbym „Wilqa” w autobusie, mimo że „Wilqa” lubię – ale wyjęte z kontekstu wulgaryzmy w przypadkowym, statystycznym podglądaczu, niezaznajomionym z tematem wywołałyby pierwszowrażeniową, niesprawiedliwą opinię, której ów pasażer by nie zmienił, bo nie sięgnąłby po ten komiks. Oczywiście byliby też tacy, którzy sięgnęliby – bramki są dwie, każdy kij ma dwa końce, na dwoje babka wróżyła, ale piłka jest jedna – jak mawiał trener Piechniczek. Dlatego dość z tym przydługim wstępem o autobusach, zajmijmy się kopaniem piłki – „Paproszków, czyli małych piszczących ludzików”.

„Paproszki” to czterdziestostronicowy, czarno-biały albumik zbierający parę epizodów z życia paproszków, głowonogów i innych śmiesznych ludzików. Czterdziestostronicowy, nie 44-stronicowy jak pisze wydawca i Daniel na swoim blogu. Kiedyś „Produkt” podobnie liczył strony komiksu, ale ja już się na to nie nabieram. Autorem „Paproszków” jest Jacek Świdziński a.k.a. Głowonuk, który został okrzyknięty gwiazdą tegorocznego WSK. Moim zdaniem nie do końca zasłużenie, ale trzeba przyznać, że Głowonuk debiut miał dość udany – na WSK wydał również, tym razem w duecie – „Przygody Powstania Warszawskiego”. Tyle obowiązkowego wstępu.

„Paproszki” zniechęciły mnie jeszcze zanim się ukazały, a to za sprawą akcji promocyjnej, która miała być zabawna – zdaje się(?). Wyszła pretensjonalnie i w złym smaku, dobra – Kołodziejczak mnie rozbawił, co nie zmienia faktu, że akcja bardziej mnie zniechęciła niż zachęciła. Tak samo opis komiksu wykorzystujący „Poetykę” Arystotelesa. Bo czy poniższe ma sens?

Eisin oun „Paproszki czyli małe piszczące ludziki” mimesis praxeos spoudaias kai teleias megethos echouses, hedusmenoi logoi choris hekastoi ton eidon en tois moriois, dronton kai ou di’ apangelias, di’ eleou kai phobou perainones ten ton toiouton pathematon katharsin.

A teraz?

Są tedy „Paproszki czyli małe piszczące ludziki” naśladowczym przedstawieniem czynności poważnej, skończonej w sobie, o określonej wielkości, przedstawieniem wyrażonym w mowie ozdobnej, przy czym każdy rodzaj ozdób jest właściwy poszczególnym częściom, za pomocą osób działających, a nie przez opowiadanie, i dokonującym przez wzbudzenie litości i trwogi oczyszczenia tego rodzaju afektów.

Ok, Świdziński przerabiał ostatnio Arystotelesa – ja przerabiałem dość niedawno C++, zatem „Paproszki” – -;
Paproszki

„Paproszki” mają parę fajnych pomysłów, rozumiem koncept, widzę tę intertekstualność, lecz zupełnie ona do mnie nie przemawia. Widzę te wszystkie odniesienia i mrugnięcia okiem, widzę „Dzień świra” Koterskiego i „South Park”, widzę żarcik o Stanisławie co się zamknie z zazdrości, kurde, widzę ten inteligentny dowcip i erudycję autora lecz komiks zupełnie mnie nie bawi. Humor wydaje się zbyt oczywisty, domniemana obrazoburczość zabawnie płytka. Cały komiks jest dla mnie okropnie wtórny – jakby Świdziński przez parę dni z rzędu przelewał na papier każdą swoją myśl i starał się na siłę uczynić popkulturalne odniesienie, za każdym razem gdy coś nowego obejrzał/przeczytał. Do tego dochodzą nieszczęsne głowonogi – komiks o komiksie w wykonaniu Głowonuka też do mnie nie trafia. Niestety Świdziński pod tym względem wygląda blado, szczególnie gdy zestawimy jego „komiks w komiksie” z ostatnimi perypetiami Człowieka Paroovki czy tymi panami z wysp. Może tu jest pies pogrzebany? Świdziński chciałby epatować absurdalnym humorem jak Pythoni, lecz jedyne co może osiągnąć to poziom gorszych odcinków „Allo, Allo”. Według niektórych ów absurd został osiągnięty, ja miałem problem by zmusić swój zygomaticus major (o „Dzienniku” innym razem) do napięcia – może przeszkadza mi znanie twórczości Pythonów na wspak i po bułgarsku? Tak czy siak – mój gluteus maximus nie ucierpiał, bo „Paproszki” to góra 20 minut czytania.

Co jest w „Paproszkach” dobrego? Znajdzie się parę rzeczy. Przede wszystkim konwencja – mimo że mnie nie pociąga to widzę jej spójność, konsekwencję – widzę dlaczego komiks może się podobać. Druga rzecz – humor. Jak już mówiłem – do mnie nie trafia, co nie przeszkadza mi w zanalizowaniu komiksu pod tym względem. Jest parę naprawdę fajnych momentów, z których wiem, że rżałbym rok temu. Bardzo spodobał mi się pasek z Kraszewskim oraz ostatni – „po napisach”. Gonzowi bardzo spodobał się dialog babć. To prawda – to bardzo fajna scena. Dlaczego mnie nie rozbawiła? Cóż – na śniadanie oglądam „Dom wariatów”, na obiad „Życie wewnętrzne”, a przy kolacji przypominam sobie „Six feet under”. Trudno mnie zaskoczyć takimi gadkami. Ostatnią rzeczą są rysunki (ale nie głowonogów) – Świdziński rysuje luźno i ze swadą. Cytowany przeze mnie kiedyś Jaszczu (nie Pałka, Przemku) stwierdził, że ten styl przypomina Butenkę. Podpisuję się pod tym obiema łapami i przy tej okazji polecam dwie pozytywne książki ilustrowane przez wyżej wspomnianego.

Nie wiem czy „Paproszki” polecać czy nie. Mam mieszane uczucia. Pół miesiąca temu Konrad napisał, że „Paproszki” są „jak na razie najzabawniejszym polskim komiksem 2008. roku”. To prawda – bo do tej pory, prócz Głowonuka, nikt jeszcze w tym roku nie wydał niczego, co w zamierzeniu miało być zabawne. To tak jak Fotyga o samej sobie kiedyś powiedziała, że jest najlepszym ministrem SZ od 1989r. I z takim zdaniem też bym się zgodził, gdyby powiedziała, że jest „najlepszą minister”. Ba! Wtedy to nawet mogłaby powiedzieć, że od Chrobrego! A co!