in varia

No Time To Die

Niemalże piętnaście lat temu w domu była awaria prądu i niemalże całą rodziną postanowiliśmy pójść do pobliskiego kina na „Casino Royale”. A dzisiaj proszę, pierwszy od wybuchu pandemii seans przed dużym ekranem z ostatnim Bondem w wykonaniu Craiga.

Stosunkowo niedawno odświeżyłem sobie „Casino Royale” i wygląda na to, że film za drugim razem podobał mi się bardziej niż dwie dekady temu. Tak teraz patrzę, czytanie swoich starych tekstów jest bardzo deprymujące. Ale muszę nieść ten krzyż.

Patrząc z perspektywy czasu, moja satysfakcja związana z oglądaniem craigowskich Bondów wygląda jak sinusoida: porządne „Casino Royale”; „Quantum of Solace” na którym śmiertelnie się wynudziłem; ulubione przez wszystkich „Skyfall”; znowu nudnawe „Spectre” i teraz „No Time To Die”, przy którym bawiłem się bardzo dobrze.

Chyba głównym wątkiem dookoła filmu jest kwestia zmiany warty? Spekulacje, czy następnym 007 zostanie kobieta grana przez Lashanę Lynch (której najlepszą sekwencję akcji kradnie Ana de Armas [która dopiero teraz się zorientowałem grała z Craigiem w „Knives out” co tłumaczyłoby, dlaczego tak dobrze grają razem]) czy może jednak będzie to kolejny mężczyzna, ale może tym razem czarny?

Nie jest to szczególnie istotne. Ta marka jest tak pojemna, że wszystko może pomieścić, tak długo jak suma product placementów się zgadza.

Doceniam jednak, że twórcy poszli po rozum do głowy i zamiast udawać, że czas stanął dla Craiga w miejscu, pokazują go w roli Bonda na emeryturze, lekko zramolałego, umieszczonego w otoczeniu, które non stop mówi mu, że ten czas, to właściwie mu się już skończył. Liczyłem, że jego rywalizacja z Nomi będzie bardziej podkręcona, ale i tak wyszło ok.

Są bardzo dobre sekwencje akcji (atak złoli na laboratorium, Kuba, klatka schodowa w bazie), jest trochę za dużo melodramatu wokół relacji Bonda i Madeleine, w którą nie byłem w stanie uwierzyć, nie udało mi się zapamiętać, czemu właściwie główny niemiluch robił to co robił. Najmocniejszym dla mnie punktem są jednak lokacje i scenografia. Główna baza złego przypominała mi czasy najlepszych starych filmów cyklu, kiedy to 007 musiał się przekradać między pomagierami w dziwnych, kolorowych ciuchach.

Marta powiedziała, że czuła się jakby to był film dla starych ludzi. Takich starych ludzi jak my.

Nawet piosenka główna w wykonaniu Billie Eilish mi się podobała.

Skomentuj

Comment

  • Related Content by Tag