in film

Aquaman w czterydeiks

Od wolności ludzie głupieją. Najlepszy przykład: gdy dziecko zostaje pod opieką dziadków, my postanawiamy wykorzystać ten czas na obejrzenie superbohaterskiego filmu. W kinie, w którym trzęsie. Z dubbingiem.

Jeśli byliście choć raz w kinie sieci Cinema City istnieje duże prawdopodobieństwo, że obejrzeliście reklamę ich sali „4DX”, oferującej „maksymalne kinowe przeżycie”. My mamy jedno CC zaraz pod nosem, jest podstawowym celem chodzenia na filmy, więc przez lata nasiąkaliśmy reklamowym przekazem aby w końcu ulec mu wczoraj.

4DX dostępne jest w sześciu kinach w Polsce, w Warszawie w Arkadii. W momencie w którym piszę te słowa jedynym filmem dostępnym w tej „usłudze”, czy też „formacie”, jest „Aquaman” i zasadniczo tylko kilka pozycji z repertuaru jest do niej przystosowywane. Jak się jednak okazało, nowe przygody Khala Drogo były idealną okazją do prezentacji możliwości sali.

Na atrakcje składają się m.in.:

  • trzęsące fotele, które potrafią się wychylać i przechylać, wibrować
  • ekran 3D z okularami
  • błyskające światła
  • dmuchawy
  • dziwne mniejsze dmuchawki, które puszczają powietrze gdzieś za uchem widza
  • psikawki rozpylające lekką wodną mgłę

Cinema City na swojej stronie informuje także o zapachach, których nie stwierdziłem i bańkach, których brakiem w filmie o podwodnych przygodach byłem mocno zawiedziony.

Przed właściwym filmem (płacisz 49 złotych za bilet i nadal oglądasz pół godziny reklam, yo) została wyemitowana krótka reklama sieci stacji benzynowych korzystająca z możliwości sali. Wydaje mi się, że większość osób na sali, tak jak i my była pierwszy raz na czymś takim, więc podstawową reakcją była ogólna wesołość. No bo siedzisz człowieku znudzony skondensowaną dawką przekazu reklamowego, a tu nagle twój fotel zaczyna podskakiwać razem z samochodem pędzącym po wydmach. Wszyscy się brechtali. O to chyba w sumie chodzi.

„Aquaman” zamiast podskokami rozpoczyna się sceną ponurego sztormu nocą. Fale roztrzaskują się o brzeg, samotny latarnik odnajduje coś na plaży. Fotele się trzęsą, dmuchawy nawiewają zimne powietrze, wodna mgiełka psika nam w twarze. Wszystko na raz. Efekt jest totalny. Na tyle, że myślę sobie, że to kompletnie idiotyczne. Nie chcę się przeziębić w kinie. Jakbym chciał chodzić po zimnie, to bym nie wchodził do ciepłego kina.

Ale chciałem co mam, rzeczywiście 4DX nie tyle wpływa na, co bombarduje zmysły. I o ile było to interesujące przez pierwsze pół godziny, tak im dalej w morze, tym robiło się to męczące. Łączny czas trwania: 2 godziny 23 minuty. W „Aquamanie” jest sporo scen walki, które są chaotyczne, mało emocjonujące i po prostu nudne. Jestem świeżo po obejrzeniu „Night Comes For Us”, po tym filmie choreografia bijatyk już nigdy nie będzie dla mnie taka sama. A tutaj nie dość, że akcja ginie pod nawałem komputerowych efektów, to jeszcze fotele miotają tobą jak szatan, od czasu do czasu coś ci psika powietrzem w ucho (często np. podczas strzelanin) i jest to po prostu rozpraszające.

Dodatkowo, coś, podejrzewam, że system odpowiadający za ruch foteli, regularnie musi wypuszczać czy zaciągać powietrze, więc filmowi towarzyszy regularny dodatkowy efekt dźwiękowy.

Ogólnie, 4DX to interesujący bajer, pokazujący, jak trudne jest przygotowanie pełnowartościowych efektów wirtualnej rzeczywistości. I co gorsza nie dający pewności, czy jest to w ogóle potrzebne. Nie jestem pewien, czy chcę być aż tak przeciążony zmysłowo podczas oglądania popkorniaka. Chcę się odprężyć, a nie zastanawiać czy mi zimno i czy przypadkiem nie spadnę z fotela. Albo obsuwam się w nim, aby mi nie przeszkadzały strzały powietrza po uszach.

A co do samego „Aquamana”…

Nie jestem kompletnie przyzwyczajony do oglądania filmów z dubbingiem, być może będę musiał, w obliczu dziecka, więc pisząc, że był dla mnie drewniany, nie napiszę nic odkrywczego. Największy żal, że został zniszczone żartobliwe nawiązanie do „Polowania na Czerwony Październik”, bo trudno aby polski aktor próbował grać jedną linijkę tekstu będącą żartem z akcentu Seana Connery’ego.

Nie byłem więc w stanie się wkręcić w tą dosyć standardową superbohaterską historię, ale Jason Mamoa jest zabawnym gościem, twórcy byli świadomi, że robią głupkowatą rzecz, a praca projektantów w wymyślenie podwodnego świata, strojów i stworów robi wrażenie. To bardzo ładny wizualnie film. Flash Gordon pod wodą.

Zaczynam już być jednak zmęczony modą na cyfrowe odmładzanie twarzy aktorów. Tym razem Dolina Dziwności zaatakowała mnie przy scenach z „młodą” Nicole Kidman i w pewnym stopniu także w sekwencjach z „młodszym” Williamem Defoe. Samego Aquamana na szczęście grało już pięciu aktorów, bo nikt jeszcze się nie odważył wygenerować cyfrowo kilkuletniej wersji Jasona Mamoa.

Po tym filmie widać, jak bardzo jest robiony cyfrowo. Co jest zarzutem o tyle, że gdy wiesz, na czym polega magiczna sztuczka, to nie robi już na tobie takiego wrażenia. Marvel też miewa z tym problemy, nawet w „Infinity War”. Z jednej strony byłem pod wrażeniem ile trzeba było się namęczyć nad animowaniem włosów aby sceny wyglądały na kręcone pod wodą, z drugiej, większe bitwy czy sekwencje były mało emocjonujące, bo ile można patrzeć na średnio zrobione wielkie cyfrowe stwory? Z kolei kilka sekwencji walki korzystające z aktorów w prawdziwych kostiumach z wyglądało na wyjęte prosto z „Power Rangers”, więc i tak źle i tak niedobrze.

Ale to nadal lepszy film DC niż „Batman & Superman”.


Skomentuj

Comment