in telewizja

Pine Gap

Od dłuższego czasu najciekawsze szpiegowskie historie to dla mnie te, których bohaterowie nie ruszają się zza ekranów swoich komputerów. Dokładnie takie jak „Pine Gap”.

Netflix, sześć odcinków, oglądałem po jednym przez tydzień.

Gdzieś w północnej części Australii znajduje się miasteczko Alice Springs. W jego najbliższym sąsiedztwie znajduję się amerykańsko-australijska baza nasłuchowa Pine Gap. Myślałem, że to fikcja, oparta na motywach z życia, ale zarówno miasto jak i szpiegowska instalacja istnieją naprawdę.

Serial koncentruje się na codziennej pracy analityków i operatorów jednego z zespołów pełniących dyżury w dużej sali wypełnionej komputerami z obowiązkowym gigantycznym ekranem z mapą świata na samym środku. W pierwszym odcinku twórcy pozwalają się widzowi z nimi zapoznać, to grupa sympatycznych młodych ludzi, którzy muszą podejmować decyzję o zamordowaniu tych czy tamtych Wrogich Zasobów przez drony.

A potem zostaje zdetonowana bomba. Któreś z nich jest szpiegiem, które zainstalowało w serwerowni backdoor służący do wykradania danych. Przez następne pięć odcinków podejrzenie będzie padało z jednego na drugie, a całą intrygę komplikują dodatkowe knowania obu sojuszniczych administracji, które mają w Pine Gap swoje własne interesy do załatwienia. A wokół instalacji krążą Chińczycy, którzy rzecz jasna też knują.

Dlaczego to on miałby zdradzić? Przecież był sympatyczny? Czy aby na pewno ona mogłaby to zrobić? Przecież miała swoje problemy, ale żeby aż tak…

Po spędzeniu jesieni z polskimi serialami („Nielegalni”, „Ślepnąc od świateł”, „1983”) w których zawsze coś do końca mi nie działało, niesamowicie odświeżającym doświadczeniem było obejrzenie serialu, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Kamera nie trzęsie się aby budować napięcie, bo i tak siedzi się na jak na szpilkach. Bohaterowie są autentyczni. Aktorstwo świetne. Intryga wciągająca.

Stwierdzić, że 90 proc. tego serialu to gadające głowy w słuchawkach wystające zza monitorów to lekka przesada, ale „Pine Gap” to idealny dowód na to, że można zrobić trzymający w napięciu dreszczowiec bez wybuchów, strzelanin czy scen grupowego seksu w klubowym kiblu.

Poszukiwania kreta przebiegają według metody MICE. Money. Ideology. Coercion. Ego. Każdy z bohaterów ma swoje motywacje, które mogłyby go lub ją popchnąć do zdrady. Ich problemy są bardzo przyziemne, a przez to autentyczne. To nie jest partia trójwymiarowych szachów w rodzaju „Tinker, Tailor. Soldier. Spy”, gdzie geniusze wywiadu zastawiają na siebie sidła i pułapki. Mamy zamiast tego dosyć autentyczny obraz biurokratów, którzy w obawie o losy swoich krajów, muszą knuć i wymyślać fortele nie wychodząc ze swoich gabinetów.

Jedną z największych wartości „Pine Gap” jest australijska perspektywa serialu. Zwłaszcza geopolityczna. To nie jest amerykański serial o dzielnych szpiegach i analitykach, to zazwyczaj kończy się źle. Tutaj twórcy mogą pozwolić sobie na znacznie większy dystans, skoncentrować się na lokalnych problemach jak choćby rola Chin w południowo wschodniej Azji. I na kąśliwe uwagi. Jak wtedy, gdy australijska szefowa placówki tłumaczy swojemu amerykańskiemu odpowiednikowi, że może już czas, aby Amerykanie przestali żyć w XX wieku, bo świat poszedł do przodu i ich model przywództwa się skończył

Pierwszy sezon stanowi konkretną zamknięta całość i szczęśliwie nie katuje widza szczególnie upierdliwymi zawieszeniami akcji. Czy będzie kontynuacja na razie nie wiadomo, ale póki co uważam, że te sześć odcinków wyczerpało temat i lepiej nie psuć dobrego wrażenia.

Skomentuj

Comment