in film

1983

Ostatnio sporo rzeczy mnie w życiu zaskakuje. Na przykład nie spodziewałem się, jak wciągającą karcianką okaże się „Keyforge”, nie sądziłem, że „Artifact” zaliczy tak zniechęcający początek, że w nowej „Sabrinie” będzie tyle krwi i rogatych demonów. A także, że „1983” spotka się z tak chłodnym przyjęciem.

Od paru dni przeglądam różne opinie i recenzje, czytam przedpremierowe wywiady z Holland, Longiem i Musiałem. Wychodzi mi lista następujących zarzutów, w losowej kolejności:

  • drętwe dialogi
  • słaby scenariusz
  • złe aktorstwo
  • akcja się wlecze
  • Maciej Musiał per se
  • nieczytelna fabuła

Zabawna rzecz. Z każdym z tych punktów do pewnego stopnia się zgadzam, ale nadal nie zmienia to faktu, że „1983” to jeden z moich trzech ulubionych seriali tego roku. 2018 w sensie. Hehe. he.

Może chwila przypomnienia skąd się bierze mój punkt widzenia i czemu nowy serial Netflixa tak przypadł mi do gustu. Z niepełnego wykształcenia, ale zawsze, jestem historykiem. Konkretnie takim, który najbardziej interesuje się historią drugiej połowy XX-wieku. Zastanawianie się co by było gdyby, bywa czasami bardzo rozrywkowym zajęciem. Dziwaczny retro-alt-futuryzm „1983” stał się wodą na młyn mojej wyobraźni już od pierwszych scen zwiastunu z antyterrorystami z „Milicja” na plecach.

Serial obejrzałem w tydzień, z dwiema osobami do towarzystwa, dzień po dniu, po jeden-dwa odcinki. Tyle w kwestii parametrów testu. Ostrzegę w którym momencie pojawią się spoilery.

Okej, już, spoilery. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

„1983” to dziwaczny serial. Zanim zabrałem się do oglądania przyswoiłem kilka negatywnych opinii, łącznie ze feralnym wątkiem u Najdera. Po skończeniu pierwszego odcinka spojrzeliśmy na siebie z teściową i niemalże jednocześnie stwierdziliśmy, że łojezu, ale dziwaczne. A te dialogi, jakie teatralne. A ci aktorzy momentami jacyś tacy dziwni. Ale oglądamy dalej? Oglądamy.

Nie lubię tego biadolenia o dialogach i słabej grze aktorskiej, bo choć rozumiem skąd się bierze, to sprawia, że ludziom nie chcę się potem dyskutować, o czym ten serial ich zdaniem jest. Odpalili komentarz, pośmieszkowali i tyle. To rzecz jasna wina twórców, że tworząc serial głównego nurtu robią to w taki sposób, że zniechęcają do niego odbiorcę, ale wydaje mi się, że „1983” zasługuje na więcej uwagi i zastanowienia.

Long wzbraniał się przed jasnym deklarowaniem politycznych tematów i nawiązań, Holland, w wywiadzie dla Guardiana była bardziej bezpośrednia. Uznaję więc, że pytania jakie, moim zdaniem, stawia ich serial nie są dziełem przypadku.

Jednym z mitów założycielskich 3 RP jest polskie „umiłowanie wolności”. Według niego PRL upadł nie dlatego, że państwo nie wytrzymało kryzysu gospodarczego i ludzie mieli dość niskich standardów życia, ale że w naszym DNA znajduje się ten brak przyzwolenia na autorytaryzm, zniewolenie, cenzurę, nadużycia władzy i tak dalej. Pamiętam, jak moja nauczycielka historii z ogólniaka lubiła nam podkreślać, że ludzie mieli dość tego zakłamania, dość obrzydliwości.

Jako urodzony w 1985 roku, nie pamiętający PRL-u z autopsji, facet, mam do tego dużo bardziej pesymistyczne podejście. I myślę, że Polacy, jak większość ludzi, genetycznie umiłowali sobie przede wszystkim święty spokój. Braki w sklepach to poczucie spokoju burzy. W bardzo dużym skrócie.

„1983” pyta więc, co by było, gdyby jakimś cudem doszło do przetasowania na szczytach partyjnej władzy i nowa zmiana dogadała się z kościołem oferując nadzieję spokoju po turbulencjach Stanu Wojennego i kolejne otwarcie? Kosztem kilkuset (kilku tysięcy? to nie jest do końca jasne) znikniętych opozycjonistów.

Dla Longa, Amerykanina, wybranie za punkt wyjścia pomysłu, że to władza przeprowadziła false flag operation i celowo zabiła własnych obywateli ma ekscytujący posmak herezji. W końcu jeszcze kilka lat temu teorie, że Stany same sobie zrobiły atak na WTC były egzotyką prosto ze skrajów politycznego spektrum. W Polsce, po okresie stalinizmu, po czerwcu 1956, marcu 1968, grudniu 1970, Stanie Wojennym, kilku ostatnich dekadach demonizowania PZPRu, nie robi to już takiego wrażenia. To czy kierowana przez Lisa i Trojana ekipa byłaby do czegoś takiego zdolna jest pytaniem retorycznym, nie stanowi, pomimo zabiegów twórców, interesującej osi intrygi.

Ale czy to by podziałało, gdyby wydarzyło się naprawdę?

Słowem, czy Ozymandiasz miał rację?

Być może.

W pierwszym sezonie „1983” brakuje mięsa, które by tłumaczyło, jak to dokładnie się stało, że społeczeństwo zdołało przełknąć problemy pierwszej połowy lat 80. możemy więc się tylko domyślać, od kogo partia dostała kredyt. Moja hipoteza: Amerykanie, próbując w ten sposób wbić klin w Układ Warszawski, a zniecierpliwieni niemrawością „demokratycznej” opozycji. 

Zabieg aby zrezygnować z przedstawiania postaci historycznych jest logiczny i zrozumiały. To nie jest opowieść o „Solidarności”, nawet nie jest to do końca opowieść o „Polsce” jaką znamy, a o bardziej uniwersalnych wartościach i pytaniach. Które liberałowie zadają sobie coraz częściej, wraz z każdymi wyborami wygranymi przez autorytarystów.

Mamy więc 2003 roku i dziwaczny „socjalizm” z kapitalistyczną twarzą w rodzaju tego, jaki możemy znać z prawdziwych Chin. Tutaj znowu sporo zostaje niedopowiedziane. Nie wiemy, skąd się wziął dobrobyt nad Wisłą, po co Wietnamczycy chcieliby się przenosić z jednego państwa bloku do drugiego. Ale to nie jest istotne, bo pomimo dwudziestu filmów, nadal nie wiemy, w jaki sposób sika Chewbacca.

Są jednak ludzie, którzy mają stabilizację, święty spokój, dostęp do znajomych dzięki mediom społecznościowych. I ja tę wizję kupuję. Tak samo jak istnienie ruchu oporu, dzieciaków, które postanawiają to rozsadzić. Choć jak rozumiem, zostają do tego zainspirowane przez SB, bo pewne operacje trzeba powtarzać cyklicznie, aby kolejne pokolenia nie zapomniały. Wyjrzyjcie za okno i zapytajcie się któregoś gościa w bluzie z żołnierzem wyklęty, czy boi się wojny. No właśnie.

Smutna żaba.

To pod pewnymi względami właśnie taki niewesoły serial.

Jest Ofelia. Katnis Everdeen na miarę naszych możliwości. Femme fatale. Przywódczyni sterowanej z zewnątrz rewolucji, która orientuje się, że wszystkie jej emocjonalne matactwa, uwodzenie przegrywów i zmuszanie ich do poświęceń DLA SPRAWY, było na nic. Przegrała. I na dodatek twórcy mieli jaja, aby ją zabić.

Jest Anatol. Który po prostu chce być gliniarzem w państwie, które go mocno brzydzi, ale zbrodnia to zbrodnia, nie może się powstrzymać, aby za nią nie węszyć.

Te dwie postacie najmocniej mnie w serialu urzekły.

„1983” od strony plastycznej to pobudzający wyobraźnię koktajl scenografii, kostiumów, wygrzebanych z garaży maluchów i nysek. Szklanej nowoczesności aparatu represji zderzającej się z meblościankami na wysoki połysk w szarych domach. Twórcy objechali cały kraj w poszukiwaniu co bardziej ponurych budynków i mieliśmy sporo zabawy w zastanawianiu się, co jest czym. Niektóre elementy są przeszarżowane, jak choćby imperialne mundury SB, ale zracjonalizowałem je sobie jako jeden ze środków wyrazu nowego otwarcia po zamachach. Straszne czasy wymagają strasznych uniformów.

Można to zwalić na moją słabość do noir i opowieści o zmęczonych gliniarzach w deszczu, ale nie spodziewałem się, żeRobert Więckiewicz błądzący po scenografii z „Blade Runnera” to coś, czego tak bardzo brakowało mi w życiu. Zwłaszcza, że akurat zdążyłem się załapać na wyprawy na Stadion Dziesięciolecia i pamiętam tamten klimat bazaru centrum świata. Rzeczywistość była znacznie mniej neonowa, z większą liczbą stringów napiętych na okrągłych wieszakach.

No i jest Maciek Musiał. Aktor z blisko już 11-letnim doświadczeniem. Który jest w tym serialu ok. Jeśli komuś przeszkadza jego grzywka z pierwszych odcinków, kiedy to wygląda jak bohater serialu familijnego, to imaginujcie, że to celowy zabieg twórców, którzy w ten łopatologiczny sposób podkreślają wewnętrzną przemianę bohatera. W sensie, potem się już inaczej czesze.

Ale przypomnę, że 2018 rok przyniósł nam też ekranizację „Ślepnąc od świateł” i grę Kamila Nożyńskiego. Na jego tle Musiał jest jeszcze bardziej ok. 

hehe

Największym dla mnie zgrzytem jest odcinek ostatni, który najwyraźniej był tworzony bez pewności, czy drugi sezon w ogóle powstanie (moim zdaniem, nie ma bata, nie będzie kontynuacji, za bardzo to wszystko dziwne, za mało ugładzone i wyszlifowane). To ma swoje dobre strony, bo twórcy dzięki temu oszczędzili widzom cliffhangera w rodzaju Kajetan ucieka tunelem z obławy na Skrze. Ale także i złe, bo mieli czas dograć więcej epilogów niż było w „Powrocie Króla”. Wątek Skowrona przenoszą za Atlantyk, prosto w krainę what the fuck i czemu ona przeżyła, skoro widzieliśmy, że dostała w głowę daleko od cywilizacji i czemu ten agent i co właściwie wiedział Lis.

I przede wszystkim, wydarzył się ten zamach stanu przygotowany przez Świętobora, czy nie?

Nie mam pojęcia. Tego chyba nikt nie wie.

Skomentuj

Comment