Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Malcolm Max – Porywacze Ciał


komiksy · skomentuj


O jezu

Miałem zacząć od tego, że znacie na pewno ten typ rysownika, co nauczy się robić kilka świetnych postaci, ale gdy przyjdzie co do czego i trzeba narysować dynamiczną scenę akcji, to wszystko się rozłazi, bo okazuje się, że nie ogarnia. Dlatego unika takich scen. Szczęśliwie skorzystałem z magii witryny internetowej Google i już wiem, że Ingo Römling to świetny rzemieślnik, który aktualnie produkuje ilustracje do historii ze świata Gwiezdnych Wojen.

Więc to nie wina Ingo, że ten komiks jest tak żenująco nudny.

Że coś jest nie tak zacząłem przeczuwać już na czwartej stronie, przeznaczonej niemalże w całości na przedstawienie dialogu pomiędzy Malcolmem Maxem i jego półwampirzą partnerką Charismą Myskiną. Plansza składa się z dziesięciu kadrów, z czego osiem zajmuje ta sama jedna rzeźba nagrobna przysłonieta zmieniającą się liczbą dymków. Max i Charisma rozmawiają, rozmawiają, rozmawiają i absolutnie nic się nie dzieje. Potem przez moment się coś dzieje. A potem cała reszta albumu przeznaczona jest na różne ujęcia twarzy bohaterów jak z sobą rozmawiają. Non stop.

Ale nie ma w tym żadnego napięcia. Chodzą po wiktoriańskim Londynie i gadają, teoretycznie prowadząc przewidywalne śledztwo w sprawie seryjnego mordercy, który dla odmiany nie jest takim-bezpośrednim-klonem Kuby Rozpruwacza. ALE CZY ABY NA PEWNO? No, powiedzmy. Za to ciągle widać twarze bohaterów. Ciągle. Ciągle. Bohater jeden coś mówi – pokażmy jego twarz. O a teraz bohater dwa. I znowu bohater jeden. A gdy trzeba popchnąć akcję do przodu, to daje się opis w ramce, żeby jeszcze bardziej zamulić. Jakby scenarzysta wcale nie chciał robić komiksu, ale pisać książkę.

Jak sobie pomyślę, ile rzeczy działo się na drugim czy nawet trzecim planie w „100 Nabojach” czy „Strażnikach”, to tylko żal bierze, że zmarnowano charakterystyczną kreskę Römlinga i coby nie było interesujący świat. Tutaj trzeba zaznaczyć, że pierwszy album cyklu wyszedł na rok przed pierwszym sezonem „Penny Dreadful”, które za jednym zamachem skorzystało ze wszystkich motywów na raz i póki co na parę następnych lat wyczerpało tę tematykę.

A i jeszcze.

O tym, że Charisma jest półwampirzycą dowiadujemy się z opisu, przez cały album nie dzieje się absolutnie nic z tym związanego. Wszystko co ciekawe przydarza się Malcolmowi. Który jest członkiem sekretnego bractwa. O którym prawie ani słowa.

I tak czytam sobie, czekając aż coś się zacznie dziać, GDY WTEM! Dwie strony łubudu i koniec albumu. Do zobaczenia w następnym tomie. Póki co stworzono dwa następne (drugi, „Zmartwychwstanie” już wydano po polsku nakładem Scream Comics). Dzięki, ale dzięki.

Dodaj komentarz