Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

W obronie Sary Kerrigan (przed Blizzardem)


gry · komentarzy 11

Można wiele powiedzieć o Blizzardzie, ale nie to, że potrafią opowiadać historie, które nie obrażają inteligencji odbiorców. Ale mimo to, w najnowszym „Heart of the Swarm” udało im się przekonać mnie, że Sarah Kerrigan jest jedną z najciekawszych postaci kobiecych w historii gier wideo.

Ten tekst miałem napisać wcześniej, ale jak zwykle międliłem zdania w głowie zamiast na klawiaturze. Wreszcie jednak przeczytałem recenzję „Heart of the Swarm” autorstwa Tomka Wiklińskiego na Polygamii i stwierdziłem, że czas wskoczyć na konika i pognać na odsiecz księżniczce. Chciałbym na starcie zaznaczyć, że nie mam absolutnie nic przeciwko temu, co Tomek napisał, to jego zdanie, jego opinia na temat drugiego rozdziału StarCrafta 2 i w zupełności je akceptuję. To jednak jest strasznie dla mnie ciekawe, że odebraliśmy fabułę kampanii Zergów tak kompletnie inaczej. Zamiast więc poprawiać Tomka czy wytykać mu jakieś tam błędy (tych nie stwierdziłem, to w końcu jego opinia!), chciałbym napisać, czemu tak dobrze bawiłem się podczas tych dwóch dni spędzonych z Kerrigan i jej robalami.

Uprzedzam jeszcze tutaj, że poniżej znajdą się szczegóły dotyczące fabuły dotychczasowych gier z serii, więc jeśli jeszcze nie graliście i chcecie być czymś tam zaskoczeni podczas grania, to nie jest tekst, który chcecie przeczytać.

Wystartowałem, więc czas na wyznanie wiary: jestem fanem uniwersum StarCrafta. Co prawda nie na tyle zatwardziałym, aby czytać książki napisane na licencji gry, ale na tyle dużym, aby wielokrotnie skończyć pierwszą grę i przeżywać historie w niej opowiedzianą. Jestem jednocześnie jednym z tych fanów, którzy uważają, że są w stanie zrobić lepszą robotę niż sami twórcy i nie jestem do końca zadowolony z tego, co Blizzard robi (a właściwie – w jaki sposób). Gdybym miał robić sobie tatuaż inspirowany moim stosunkiem do tej serii, to byłyby te oklepane jaskółki trzymające w dziubkach zwoje z napisem „MIŁOŚĆ” i „NIENAWIŚĆ”.

Te słowa brzmią o wiele lepiej niż „love” i „hate”. Jak pięść.

No ale.

Gdy sięgamy pamięcią wstecz w historie gier wideo, do zakładki „silne postacie kobiece”, to zazwyczaj wyjmujemy z niej Alyx Vance z „Half-Life 2” i Jade z „Beyond Good and Evil”. Niektórzy, tonem obowiązku, przebąkują, że była jeszcze Samus Aran, ale po pierwsze, pięć osób grało w Metroida w tym kraju, po drugie, „Samus Aran” rymuje się z „anus anal”, dyskwalifikacja. Ktoś wspomni o Nariko z Heavenly Sword, ktoś będzie próbował przekonywać, że Shepard była kobietą, no i przecież jest też Lara Croft.

Ale rzadko kiedy wspomina się o Kerrigan.

Jest wiele powodów, dla których Kerrigan, mimo, że obecna w świecie gier od tylu lat, nie pojawia się zbyt często w tych wyliczankach. Po pierwsze, rządzący światem gier, amerykański konsolowy mainstream, nie za bardzo wnika w to, w co się dzieje w rtsowym skansenie. Po drugie, gdy mówimy StarCraft, myślimy „esport”, a nie „fabularne wykwity trzeciorzędnych scenarzystów”. Po trzecie, gdy pozostałe bohaterki składały się już z więcej niż kilkunastu trójkątów, Kerrigan była zapisana w pamięci jako pikselowy placek z doczepionym animowanym portretem.

Niemniej w 1998 roku to na mnie działało.

Głównie dlatego, że naprawdę lubię słabe historie miłosne. Chłopak poznaje dziewczynę, chłopak traci dziewczynę, chłopak walczy o odzyskanie dziewczyny. Czyli kolejno: „StarCraft”, „Brood War”, „Wings of Liberty”. W roli chłopaka Jim Raynor, oczywiście. Tak, StarCraft to historia miłosna, uczucia pomiędzy szeryfem z zapadłej planety, a parapsychiczną agentką specjalną, która zostaje przerobiona na morderczą królową robali, bo wielka gałka oczna tak chciała. Raynor walczy więc o to, aby odzyskać Sarah i przywrócić ją ludzkości.

Heart of the Swarm przynosi kolejny rozdział w tej historii, dramatyczny zwrot, który powinien spodobać się Anicie Sakessian, która ostatnio zajmuje się płciowymi tropami w grach wideo. Zazwyczaj męski bohater musi ratować księżniczkę, która jest w innym zamku. Tym razem jednak, to Raynor zostaje porwany, a księżniczka? Oh, księżniczka jest wkurwiona.

I to była pierwsza rzecz, która mnie przykuła do historii w „Heart of the Swarm”.

Nie chodzi tylko o to, że Kerrigan „mści się na Mengsku”, ale dlaczego to robi. Powodów do nienawiści ma wiele: wystawił ją Zergom, kilka razy próbował zabić, normalka. Ale tym razem przeholował: zabrał jej jedyną osobą, która wierzyła w jej człowieczeństwo.

Tutaj muszę zrobić wtrącenie na zanurzenie się w żenujące szczegóły fabuły StarCrafta: otóż, Kerrigan, od momentu przemiany w pokemona z czułkami na plecach, nie była sobą. Była zdradziecką, niszczycielską suką, ale nie dlatego, że tak chciała, ale dlatego, że opętał ją Zły Ludek z Nicości, Który Knuje. Pod koniec „Wings of Liberty” Raynor wyprowadził ją z tego stanu, przy okazji rozbierając ją do naga. Cały Jim.

Najlepsze jest to, że Wielka Gałka Oczna też była pod wpływem Złego Ludka, ale wierzyła, że Kerrigan może być sposobem na niezależność Zergów. Co trochę nie wyszło, ale hej, przynajmniej spróbowała.

Tak też, Kerrigan jest znienawidzona przez wszystkich za coś, czego nie kontrolowała, ale jednocześnie lubiła poczucie mocy płynące z władzy nad Rojem. Na początku Heart of the Swarm wydaje się, że wszystko będzie tak, jak sobie to zaplanował Jim: będą biegać po łące trzymając się za ręce, a przed nimi będzie baraszkować stadko zerglingów. Kerrigan oczywiście ciągle paplała, że trzeba się zemścić na Mengsku (głównie za to, co wydarzyło się w misji New Gettysburg w pierwszym StarCrafcie), ale okej, niech jej będzie.

Mengsk oczywiście musiał się wtrącić, zabierając jej Jima. Oczywiście gracz ma myśleć, że Raynor zginął, ale na serio, kto w Blizzardzie pomyślał, że ktokolwiek uwierzy, że na początku kampanii pozbyto się najbardziej rozpoznawalnej postaci w uniwersum? Głupiutki Blizzard.

No ale Kerrigan uwierzyła w to, że Raynor nie żyje. Tym samym zdobywając kolejny powód do wściekłości, a jej zemsta przestaje być ograniczona urojeniami Jima. Może zemścić się tak, jak tego chce: rządząc Zergami. Istotne jest to, że Kerrigan, przy całym swoim uczuciu do Jima, nie czuje się już człowiekiem. Przede wszystkim jednak, nie czuje żadnej gatunkowej solidarności z ludźmi. Jest Zergiem z wszystkimi przyległościami. Choć przez pewien czas bez czułek na plecach.

„Heart of the Swarm” stawia więc na głowie wytarty schemat. Tym razem to babka ratuje faceta i jest wkurzona na cały świat i nie liczy się praktycznie z nikim. Wkurw na stratę Jima przekonuje mnie bardziej niż wkurw na wystawienie ileś tam lat temu. Koniec końców, gdyby Mengsk jej nie zdradził, to teraz nie rządziłaby milionami kosmicznych szarańczy. Być może też dlatego jestem w stanie wybaczyć część słabizn scenariusza.

Kerrigan trochę nie chce, ale musi. Jest postacią tragiczną, która po stracie człowieczeństwa buduje swoją nową tożsamość w oparciu o kosmiczne robale. Nie jest kimś, kogo trzeba ratować. Jest zagrożeniem. Jest terrorem. Jest „Queen Bitch of the Universe”. I za samą możliwość uczestniczenia w jej szale jestem strasznie Blizzardowi wdzięczny.

Jesteś studentem/tką kulturoznawstwa i chcesz mieć coś na zajęcia? Protip: zergowstwo Sary to w tej historii metafora feminizmu. Patriarchalny Raynor stara się sprowadzić ukochaną na łono tradycyjnego modelu rodziny etc. Wam zostawiam interpretację, czy to dobrze, czy źle.

Towarzyszenie Kerrigan w jej zemście nie byłoby takie satysfakcjonujące gdyby nie to co, co w grze najważniejsze: mechanika. Z jednej strony, misje zostały skonstruowane tak, aby trzeba było kierować Zergami tak jak powinno się to robić – zasypując wrogami falami bezmyślnych stworzeń. Tak, czuję satysfakcję wiedząc, że wysłałem 30 zerglingów na śmierć, być może przeciwnik je wszystkie zabił, ale co po drodze rozszarpały, to moje. I hej, widzicie te kropki na mapie? To w stronę jego bazy biegnie kolejna fala.

Moc płynąca z władzy nad milionami – jest. To mi robi dobrze.

Druga strona to oczywiście system rozwoju umiejętności Kerrigan. Już na starcie jest potężna, ale z misji na misję, dzięki staraniom gracza, staje się coraz silniejsza. Jest obecna na prawie każdym etapie kampanii i robi praktycznie za jednoosobową armię, z całym zestawem umiejętności. Jak lepiej podkreślić, że ktoś jest silną postacią kobiecą, niż dać jej możliwość rozwalenia czołgu jednym pstryknięciem palca? Przy całym szacunku dla Jade czy Alyx, ale nie potrafiły tego.

Być może to proste sztuczki, ale zadziałały na mnie. Miałem kupę frajdy z pomagania Sarze w zdobywaniu kolejnych punktów doświadczenia i rodzajów jednostek do armii. bo z każdą misją była bliżej odzyskania Jima. Oczywiście bawiłbym się o wiele lepiej, gdyby Blizzard nie postanowił zamienić StarCrafta w historię o Kosmicznym Źle, Które Nadchodzi, a Kerrigan w Mesjasza z Przepowiedni, ale nie ma ludzi doskonałych.

Rozpisałem się potwornie, więc wyliczanie, co jest nie tak z uniwersum StarCrafta będzie musiało poczekać do kiedy indziej (a lista jest dłuuuuga). Tak czy siak, wiele złego o „Heart of the Swarm” jestem w stawie powiedzieć, ale…

Its still a better love story than Twilight.

gry

komentarzy 11

  • „pięć osób grało w Metroida w tym kraju”

    Wiesz, mnie się wydaje, że trochę więcej osób w tym kraju miało Pegasusa.

  • Serio serio.

  • Potraktuj to jako ostatnie ostrzeżenie.

  • Jak już dajesz protipa, to chociaż dobrze. Ona nie jest metaforą feminizmu, bo feminizm ma kilka fal i gazylion nurtów, jest rozkminą teoretyczno-ideologiczną, a nie jakimś abstrakcyjnym (nie)bytem o nieoczywistej ontologii. Metaforą można być jakiegoś stanu, jakiegoś czegoś metafizycznego, jakiegoś pojęcia. Feminizm nie jest żadną z tych (nie)rzeczy.

    Historia ze Starcrafta, którą opisujesz, Jest raczej narracją będącą odwróceniem jednej z dominujących w androcentrycznym modelu narracji na temat relacji płci, aka trop (topos?) księżniczki zamkniętej w wieży.

  • Paweł Kamiński

    @Misiael
    WHOOSH!

  • To tak żeby mieć pełniejszy obraz, polecam pierwszą część komiksu Kerrigan: Hope and Vengeance. Jest za darmo na comixology, amazonie i chyba w paru innych miejscach :)

  • Całkowicie szczerze – w tej grze jest najbardziej niewstrętny pocałunek, jaki widziałem (w grze).

    W RTSIE!

  • CheshireCat

    Miałem identyczne odczucia podczas gry oraz refleksje po.
    Bardziej wczułem się w Sarę niż w Jima, porównując tak te kampanie.
    Zobaczym jak to będzie z Legacy of The Void, protosi to dopiero dziwaki a Zertatul, to już mega emo hipster protos ever.

Dodaj komentarz