Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Diefenbach – Zanim wzejdzie świt


varia · komentarz: 1

W minionym tygodniu zorientowałem się, że cierpię na niedosyt. Niedosyt mrocznych światów fantasy, pozbawionych przyjacielskich trolli z maczugami czy krasnoludów ze szkockim akcentem. Wniosek ten naszedł mi do głowy kiedy jednego dnia doznałem gry Dark Souls i komiksu Benedykta Szneidera pt. „Diefenbach – Zanim wzejdzie świt„.

„Zanim wzejdzie świt” jest tym dla kolorowych historii spod znaku magazynu „Fantasy Komiks” tym samym, co „Dark Souls” dla niby mrocznych gier fabularnych studia BioWare. Abstrahując od upierdliwego poziomu trudności będącego wyznacznikiem gry From Software, to co ją odróżnia jest naprawdę ciemny i ponury świat. Wystarczy sam początek, gdzie zamiast matki budzącej głównego bohatera ze snu w ciepłym łóżku, Dark Souls oferuję możliwość sterowania postacią zawieszoną gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Bez tłumaczenia o co chodzi, ani dawania jasnych wskazówek, jak poprawić zaistniałą sytuację.

„Dark Souls” jest bardzo jesienną grą, w której stoisz na murach zamieszkałej przez nieumarłych fortecy i patrzysz na znajdujący się w oddali zielony świetlik, oznaczający miejsce, gdzie zginąłeś poprzednim razem. Nikt Ci nie pomoże, musisz jeszcze raz przebić się przez potwory, które zdążyły się od czasów Twojej poprzedniej próby odrodzić. Bardzo melancholijnie.

Zbiegiem okoliczności tego samego wieczoru przeczytałem też „Diefenbach” Szneidera. To kameralna historia, która równie dobrze mogłaby się rozgrywać właśnie w świecie Dark Souls. Na dogasającym polu bitwy złodziej wpada w łapy tajemniczego łowcy, który wykonuje pewną ponurą misję. W innym komiksie przeżyliby masę śmiesznych przygód, kilka razy nawiązali do innych dzieł popkultury, aby na końcu odlecieć na smoku w stronę zachodzącego słońca. Tutaj jednak nikt nie cacka się z bohaterami. O których zresztą trudno powiedzieć, czy są w ogóle ludźmi. Jeśli to ma jakiekolwiek znaczenie.

Podoba mi się oszczędność Szneidera przy zarysowywaniu bohaterów czy wkładaniu im w usta jakichkolwiek dialogów. Zamiast tworzyć postacie, pozwala, aby same rodziły się w mojej głowie. Tym samym nie są to już jego „ludzie”, lecz moi, więc autor nie ma żadnych skrupułów przed sprowadzaniem na nich wszelkich smutków i problemów. Nie obchodzi go czy przeżyją, ani to kim tak naprawdę są. To już problem czytelnika.

Kolejna rzecz, która odróżnia „Diefenbacha” od losowych Trollów z Troi jest spokój i cisza wylewająca się z kolejnych stron komiksu. Jeżeli historia sprawia wrażenie oszczędnie poprowadzonej, to miejscem w którym autor zaszalał jest warstwa graficzna. To właśnie ona „robi” tę historię. Te wszystkie smutne sosny, leśne ostępy, przerażone spojrzenia i śmierdzące szczury. To działa, wysyłając jako całość jeden spójny komunikat: wszyscy zginieeeemy.

Jako bonus, jednozdaniowa recenzja Marty: „ooo przemijanie. idę spać”.

varia

komentarz: 1

  • tytuł wpisu trochę mylny, nie uważacie?

    też ostatnio przeczytałam Diefenbacha. niewiele słyszałam o tym komiksie, ale na trzy obejrzenia trailera raz zrobił on na mnie takie niesamowite wrażenie, że stwierdziłam, że muszę go mieć.
    zupełnie nie wiem czemu ubzdurałam sobie, że jest to dość pokaźna książka, a ja lubię mieć grubasy na półce. a akurat taki format, jaki ma diefenbach, nieodmiennie kojarzy mi się z książkami o Polskich Wieszczach rozdawanymi na koniec roku szkolnego i póki co nie jestem w stanie wykrzewić z siebie tego tandetnego skojarzenia.
    sama historia – ciekawa, oryginalna, mroczna, ale dość krótka. też miałam poczucie nienasycenia.
    a cena okładkowa sugerowała, że jednak będę nasycona.
    no i graficznie – bardzo, bardzo ładna rzecz, zdecydowanie do pooglądania (ma co prawda w sobie parę szczegółów, przy których dostaję cholery, ale, będąc laikiem, nie powinnam w ogóle się odzywać). dlatego też ogólne wrażenia były na plus, a że trochę ponarzekałam, to nie szkodzi. przecież jest jesień, a ogólnie melancholia czyni mnie marudną.

Dodaj komentarz