Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Marvel autoironiczny – Who won’t wield the shield


import · komentarzy 10

Zasada jest prosta – im więcej ich czytamy, tym rzadziej udaje się komiksom Marvela czymś nas zaskoczyć. A jednak bywają takie momenty – jak niepozorny zeszycik „Captain America: Who won’t wield the shield”, wydający się prostą parodią „Who will wield the shield”.

Marvel Comics dawno już z inicjatywy kilku kolegów przeistoczył się w wielką korporację nastawioną na zarabianie na komiksach dużych pieniędzy. Jak każda wielka korporacja ma swoje wady, właściwie to masę was, które nieustannie wytykają czytelnicy, nie zaprzestając jednak kupowania komiksów. Mnożenie serii, miniserii, podserii; rozbuchane crossovery z setkami tie-inów, liczne wersje tych samych herosów i uniwersów, masowe przywracanie postaci do życia, wciskanie wszędzie Wolverine’a i Deadpoola – to tylko nieliczne z przewinień. Okazuje się, że szefowie i pracownicy Marvela mają ich świadomość i nawet potrafią z tego żartować.

W dziwnie znajomych, tajnych magazynach rosyjskiej armii, trzymana jest tajemnicza postać. Postać, która po przebudzeniu zapragnie przeczytać komiks Marvela, jaki pamięta z dawnych czasów – z kolorowymi, pozytywnymi bohaterami. Próżne nadzieje, bowiem dookoła tylko śmierć bohaterów i mroczne rządy. Zamaskowany mściciel rusza więc, by pomścić swój ukochany gatunek – zacznie od ukarania Eda Brubakera za zabicie idola Ameryki. I skończyłoby się tragicznie, gdyby w odpowiedniej chwili nie wkroczył Matt Fraction prezentujący dwa zeszyty – dowody na to, że Marvel potrafi robić zabawne, staroszkolne komiksy. Czy ich lektura jest w stanie odciągnąć myśli starego fana od wymordowania włodarzy Marvela?

Who won't wield the shield - Doctor America

Tu kończy się pierwsza część ramy fabularnej, a zaczyna ostra jazda. Zeszyty to dwie wariacje na temat Marvelowskich standardów. „Doctor America” jest pastiszem Srebrnej Ery, namalowanym w jaskrawych kolorach i kształtach złego tripa na LSD. W takim świecie Stephen „BRO” Rogers zostaje wybrany przez Kithotepa, kota nieskończoności, by zaciągnąć się tajemniczą formułą doktora-satanisty Saxa Erskine i stać się najdziwaczniejszym bohaterem, jakiego potrzebuje Ameryka. Na jego tarczy – okultystyczne symbole, jego towarzyszem – chłopiec-kozioł Baal Lebute, a jego wrogiem Richard Milhous Manson znany też jako Crimson Euphemism. Czy bohater podoła zadaniu, czy jego towarzysz wyjdzie z tego cało? I co z tym wszystkim wspólnego ma mantra „DITKIRBANKO” wzywająca na pomoc Starych Mistrzów? Dowiecie się nabywając tabletkę u lokalnego dilera lub ten komiks.

Nie pasują Wam hippisowskie tripy z początków wielkiego M? No to przenieśmy się w czasy pierwszej wojny światowej, gdzie rodzi się „The Golden Age Deadpool”. Okazuje się, że da się zakpić nawet z największego kpiarza świata Marvela. Wade Wilson już w swojej współczesnej wersji jest zakręconym charakterem z niewyparzoną gębą, tu zaś absurdalne wydarzenia z jego udziałem przekraczają wszelkie granice. Zwłaszcza, kiedy zobaczycie jak wygląda i przeczytacie jego odpowiednio przekręcony origin.

Co urzekło mnie tak dalece w tym pojedynczym zeszycie? Dawka humoru i ironii, której próżno szukać w wielkich crossoverach. Olbrzymi dystans do bohaterów i ich przygód – coś co prawie zaniknęło w epoce ostatecznych, nieodwołalnych, przełomowych dla uniwersum wydarzeń, z wepchniętym na się tryliardem herosów.

Who won't wield the shield - Golden Age Deadpool

„Who won’t wield the shield” kpi sobie nie tylko z komiksów Marvela – dostaje się także samym autorom. Ludzie śledzący newsy z życia kluczowych postaci wydawnictwa uśmieją się do łez widząc Briana „maszynkę do twittowania” Bendisa (choć ostatnio nieco odpuścił), zblazowanego i obwieszonego Eisnerami Eda Brubakera, czy też Toma Brevoorta, który nie jest pewien, czy Marvel wydaje „ten komiks o różnokolorowych pierścieniach”, który on uwielbia. Co ciekawsze, zeszyt stworzyli po części Ci ludzie, z których śmiejemy się przewracając kartki. Zabrakło chyba tylko obowiązkowego żartu z mariażu z Disneyem. Dla czytelników znających nieco historię i aktualne dzieje wydawnictwa, oraz mających nieco krytycyzmu, czytanie dialogów będzie przednią zabawą.

Oczywiście można zakładać, że „Who won’t wield the shield” to sprytny zabieg Marvela, mający na celu jasny komunikat: „Hej, śmiejemy się z siebie, jesteśmy fajni, kupujcie więcej!”. Bliższy jestem jednak założenia, że nawet twórcy Marvela musza czasem spuścić nieco pary, spojrzeć z boku na siebie samych, zaplątane dzieje uniwersum i bohaterów, których tworzą – co pozwala im dalej z pasją wykonywać tę robotę. A nam takie lektury pozwalają na chwilę zapomnieć o licznych wpadkach i tonach papki, przetykanej lepszymi historiami, którą karmi nas wielki M.

komentarzy 10

  • A ja bym chętnie przeczytał tekścik jak to kiedyś Marvel zaczynał jako inicjatywa kilku kolegów.

  • O, to to co Gonz.

  • Gonz – napisz, opublikujemy.

  • ja o tym właśnie nic nie wiem, poczekam aż rozwiniesz wątek.

  • Ach, czyli to był komentarz z serii:
    „Nie mam nic do powiedzenia o przedmiocie tekstu, więc poczepiam się sformułowań”.

  • nie, poważnie, ja naprawdę bym chętnie poznał tę część historii Marvela. jest to dla mnie dużo ciekawsze niż parodie historii o Kapitanie, które interesują mnie prawie tak samo jak historie o Kapitanie.

  • Niestety moja wiedza o tym okresie jest nie za duża – wiki + parę polskich opracowań. W czasie pisania magisterki ostrzyłem sobie zęby na to, ale jakoś skończyłem bez tego i spadło na dół listy priorytetów. Zresztą wcale nie ma gwarancji, że jest tam więcej informacji.

  • Szkoda, bo mnie też to zaintrygowało i autentycznie bym z chęcią poczytał o tych początkach Marvela.

  • Dobra koniec żartów. ;)
    Może przesadziłem z tą grupą kolegów – odniosłem się do informacji, że Timely Comics to była poboczna inwestycja Martina Goodmana, gdzie sam pełnił kilka funkcji, a Abraham Goodman (krewny? prawdopodobnie, nie znalazłem) był wydawcą. Do tego kuzyn żony Martina – niejaki Stana Lee. Co moim zdaniem, a może być spokojnie określone jako „inicjatywa kolegów”.

    Użyłem tego określenia specjalnie, by podkreślić różnicę między dawnym Marvelem, a dzisiejszą korporacją, która kopiuje trendy (wampiry) i robi kopie samej siebie, byle tylko zarobić więcej. Oczywiście, kiedyś Marvel także chciał zarobić, lecz nie było to robione tak ewidentnie i wszelkimi środkami, jak dziś. Ot, taka odrobina romantyzmu.

    Jeśli jako puryści wiedzący wszystko o Marvelu uważacie jednak, że to nieścisłość/nadużycie – kajam się.
    Co chyba kończy tę bezsensowną rozmowę.

    A tekstu o historii Marvela nie będzie, bo o tym za dużo już napisano. Zaś powyższy komiks jest świetny, mimo że to Kapitan A. :)

  • Ja, żeby nie było, nie mówiłem z ironią jak gonzo, tylko nie wiem nic o początkach Marvela i myślałem, że naprawdę to była inicjatywa kolegów i mnie zaciekawiło. Seryjnie.

Dodaj komentarz