Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Scott Pilgrim na ekranie – mniejszym niż oczekiwano


film · komentarzy 9


Mam wrażenie, że postrzeganie „Scotta Pilgrima” w Polsce przypomina nieco postrzeganie Yeti. Widziała go zaledwie grupka badaczy, ale krąży fama, że to coś niesamowitego. Co na to reszta Polski? Nie wiadomo, bo ani komiks, ani film nie dotarły do tzw. szerokiego grona odbiorców. I raczej na razie nie pojawią się w nadwiślańskim trzecim świecie, gdzie wchodzący na rynek brytyjski Amazon jest traktowany jak koloniści z paciorkami.

Miałem to szczęście zobaczyć film na dużym ekranie, jednak czekałem z podzieleniem się wrażeniami na okolice polskiej premiery. Miała się tylko „nieco” spóźnić i zamiast letnich, umilić nam listopadowe popołudnia. Niestety filmy o dobrych recenzjach i kiepskiej sprzedaży rzadko przekraczają ocean. Ponad tydzień temu „Scott Pilgrim” wyszedł na srebrnych i niebieskich krążkach. W Polsce cisza. Tymczasem kto miał widzieć, ten widział, bo Internet to jak wiadomo keine grenzen i kulturalna wolna amerykanka. Rzuciłem okiem drugi raz i chyba najwyższy czas napisać ze dwa słowa.

Moje oczekiwania co do „Scott Pilgrim vs. the World” były wielkie. Przenoszenie żywcem komiksowych kadrów na ekran, to już właściwie standard, jednak w zwiastunie filmu było coś jeszcze – obietnica zachowania języka gier komputerowych, animacji, teledysków, jakim operuje twórca w komiksie. I to się udało, zawiodło co innego.

„Scott Pilgrim vs. the World” wizualnie miażdży, urzeka, omamia – wychodząc z kina czułem się równie skołowany, jak po „Matriksie” lata temu. Reżyser mistrzowsko odwołuje się do poetyki gier komputerowych, zwłaszcza w nostalgicznej 8-bitowej wersji, która wszystkich rówieśników Scotta (20-kilka lat na karku) przyprawi o szybsze bicie serca. Jest to chyba jedyny film, w którym trailer mnie nie okłamał i całość utrzymała podobne tempo i poziom efektowności. Do tego w tle słychać znakomitą muzykę – nieco nastoletnich rozlazłych indie ballad, nieco młodzieńczo buntowniczych pop punkowych rytmów i dziadkowie Stonesi czy Beck. W sumie idealny soundtrack do filmu o burzliwym dojrzewaniu. Odtwórców ról dobrano z fanowską dbałością o szczegóły, choć Michael Cera nie wygląda na takiego cwaniaka jak komiksowy Scott, który był może pierdołą, ale z charakterkiem – Cera jest pierdołą uroczym, nieco zagubionym z rozbrajającym uśmiechem i potarganymi włosami.

Jednak kiedy już wyrwiemy się z amoku w jaki wprawia nas kanonada dynamicznych ujęć, pozostają pytania: ale o czym właściwie był ten film? O dorastaniu i konieczności radzenia sobie z przeszłością? Szukaniu swojego miejsca i respektowaniu w związku swoich, ale i cudzych potrzeb? Owszem, ale wszystko to ukazano dość pobieżnie.

Komiks dużo więcej miejsca poświęca wzajemnym stosunkom nastoletnich bohaterów, ich wzlotom upadkom, rozstaniom i cierpieniom. Jest długą, sympatyczną opera mydlaną o nieco starszych nastolatkach. Materiał lepiej nadaje się na 24-odcinkowy sitcom (tak po 4 epizody na tom), niż na dwugodzinny film. W obrazie kinowym tylko prześlizgnięto się po wielu tematach, wyciągając z fabuły tyle, ile potrzeba było do uzasadnienia kilku efektownych walk. Mam wrażenie, że z początku trzymano się komiksu co do joty – pierwszy tom przeniesiony jest niemalże słowo w słowo, zaś po pierwszej walce całość przyspiesza, jakby reżyser zorientował się, że przed nim jeszcze pięć tomów, a tylko 2/3 filmu. Nie ma tu bogatej historii związku Scotta z Kim, która nadaje sens rzuconym do dziewczyny tuż przed finałem słowom; nie ma dokładnej charakterystyki Gideona, która wyjaśnia, czemu poluje na Ramonę; nie ma scen z ojcem Knives, które zmieniły podeście Scotta do niej. A przede wszystkim przemiana wewnętrzna Pilgrima została znacząco skrócona, skupiona w kilku scenach – w efekcie zahacza o banał: „przegrał, zrozumiał błędy, wrócił, naprawił je, happy end”. Nic więc dziwnego, że historyjka może wydać się nudnawą bajeczką o miłości. Całość ratuje oprawa, choreografia walk i postacie poboczne – zwłaszcza Wallace Wells.

Jak zwykle okazuje się, że internet jest bezlitosny, trzeba być szybkim, a nawet jeszcze szybszym – Tomasz „pstraghi” Pstrągowski zdążył napisać to, co od jakiegoś czasu kołatało mi się po głowie. Cieszy mnie, że mamy podobne odczucia i to film nakręcony także dla mnie. Choć także według mnie nie wynika z niego, czemu Scott wybiera Ramonę… (och nie, spoiler!)

Zdecydowanie warto odhaczyć sobie „Scott Pilgrim vs. the World” – to film co najmniej dobry, sferą wizualną wyznaczający nowe standardy dla ekranizacji popkultury. Nie zdziwcie się jednak, jeśli przy napisach pojawi się uczucie niedosytu – że to już, koniec, głębszych treści nie stwierdzono. Jeśli pragniecie więcej nastoletniej dramy, łez, porywów miłosnych i rozstań, to pozostaje jedno – przeczytać komiks! Wrócimy do niego, gdy Kultura Gniewu zdecyduje, czy wreszcie go wyda – choć póki co, nie wygląda to różowo. God save the Amazon!

film

komentarzy 9

  • Czyli co, lepiej przeczytać komiks przed filmem? Pytam, bo uniwersum zaczęłam poznawać trochę od dupy strony – od jednej z niewielu dobrych gier związanych z kinowymi hitami (i jednej z bardzo niewielu wybitnych), która mnie zachwyciła, no i od trailera filmu. Komiks trochę do mnie nie trafia kreską (mówię to jako fanka mangi), ale właśni, podobno warto?

  • Komiks jest świetny. Można się przy nim popłakać ze śmiechu, ale i momentami wzruszyć. Postaci i relacje między nimi są przedstawione w rewelacyjny sposób, nawiązania do klasycznych gier, komiksów i ogólnie popkultury pojawiają dodają smaku. Myślę że warto przeczytać przed filmem, ale jeśli zrobi się na odwrót to nie powinno wcale zaszkodzić.

    A film? Film moim zdaniem również jest świetny. Nie powala od strony fabularnej, ale podobnie jak komiks jest prześmieszny i powalający od strony wizualnej i muzycznej. No i ma idealnie dobranych aktorów (Kieran „brat Kevina” Culkin jako Wallace Wells niszczy wszechświat każdym pojawieniem się na ekranie).

  • Linka popraw do tego przenoszenia kadrów na ekran. Warto dodawać http:// na początku.

  • Film niezły do drugiego pojedynku, potem ciągle to samo ciągle to samo ciągle to samo ciągle to samo ciągle to samo ciągle to samo i zasnąłem.

  • a mnie sie wydaje, ze film stracil wlasnie troche na tej dokladnosci w adaptacji. Nie od strony wizualnej (ta jest zajebista, juz dawno nie widzialem nic tak dobrego i swiezego w kinie) ale od fabularnej. Mogliby z 7 bylych zrobic 5, a zyskany czas poswiecic na watek romansu (lol). Ale film jest zdecydowanie swietny, chujowo, ze nie wyjdzie u nas w kinach, bo na wielkim ekranie pewnie zapewnilby moim oczom wielokrotny orgazm.

  • przyznam, ze trochę dałam się nakręcić hypem narobionym przy trailerach, zakupiłam sobie najnowszą część komiksu i jakoś, przyznaję bez bicia, nie powaliła mnie. mimo to czekałam na premierę w kinie, czekałam i gówno. któregoś dnia nie wytrzymałam i po prostu obejrzałam.
    i byłam zachwycona.
    nie dlatego, że film jest zabawny, dokładny i „dla fanów”. właściwie to był dokładnym przeciwieństwem tego, czego się spodziewałam. i byłabym szczerze zawiedziona, gdyby nie okazał się być najlepszą komedia romantyczną, którą widziałam od lat. albo i w życiu. autentycznie życzę temu gatunkowi, żeby właśnie tak wyglądał. dawno nie byłam tak zachwycona jakikolwiek filmem.

  • nie czytalam komiksu. obejrzalam film. michael cera tak mnie irytowal, ze kibicowalam kazdemu z jego przeciwnikow, zeby udalo im sie ostro skopać mu twarz. odebral mi cala radosc z ogladania.

  • a przwaznie filmy malo zrozumiale sa tworzone przez ludzi ktorzy wpychaja w nich temat boga, szatana i jak mowi Gman na koncu filmu „Ancient history”
    Scott Pilgrim jest napakowany symbolika, podprogami i wierzeniami „oswieconych” dlatego film jest tak „tajemniczy” jak Scanner Darkly,Man who stare at goats czy Imaginarium of Doctor Parnassus

    Zabawne jest jak w tak niewinnym filmie mozna wplesc tyle informacji ktorych 99% ogladajacych nawet nie bedzie swiadoma co widziala.

    pozdrawiam/ Peace for all ya

  • X ktore sie powtarza w calym filmie nie jest przypadkowe nawet jest na rekawie Scotta, logo Gman’a na koszulce to nie trzy G tylko trzy 7 ;) 7 sie powtarza wsrod „zlych ludzi w filmi ;)”
    7 on 1st guy’s jacket
    7 stunt guys
    phone call 555
    chaos teather
    gay theme
    Y NEIL’s Tshirt= New Order Movement
    1 eye everywhere
    chessboard everywhere

    this kinda stuff mess with your subconscious, beware!

Dodaj komentarz