Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Harajuku ni ikitai, kimono ga hoshii.


varia · komentarzy 8


Harajuku, najsłynniejsza chyba po Akihabarze dzielnica Tokio wita mnie dzikim tłumem i palącym słońcem. Po raz pierwszy widzę cudzoziemców – bladych, rozglądających się dookoła ludzi z przewodnikami „Lonely Planet” w ręku. Ja również posiadam podobny informator, dzięki któremu wyznaczam sobie trasę wycieczki. Najpierw Takeshita-Dori, potem Omote-Sando, następnie Jingu Bashi, a na sam koniec – Meiji Jingu. Cospleyerów będę wypatrywać po drodze.

Tekeshita-Dori

Takeshita Dori to ulica różnorodnych sklepów z ciuchami i domu handlowego „za 100 jenów” Daiso. Większość stoisk oferuje urocze tuniki, sukienki i akcesoria dla płci pięknej, jednak tłum wyklucza swobodny spacer i leniwe przyglądanie się ubiorom. Na szczęście, dzięki mieszkaniu w okolicy „Targowiska Banacha” na Ochocie, omijanie powolnych turystów, obładowanych kupców i krzykliwych nastolatek mam opanowane do perfekcji. Unik, zwrot, zdjęcie, obrót, przeskok – i już jestem na skrzyżowaniu z ulicą Mejii-Dori. Zastanawiam się czy wrócić tu w dzień powszedni, kiedy młodzież siedzi w szkole, a nie zakupuje najnowsze dodatki do garderoby, ale dochodzę do wniosku, że Harajuku swoją najbardziej osobliwą twarz pokazuje właśnie w weekend. To dzielnica młodego pokolenia, które od poniedziałku do piątku w galowym mundurku maszeruje po ulicach Tokio niczym elegancko ustylizowana armia, a w weekend ma szanse na szaleństwo i ekstrawagancje. Przyjmuje ona wiele twarzy, poczynając od zwykłego kolczyka w nosie, a na stroju gothic lolity i wytatuowanym kodzie kreskowym na nadgarstku kończąc.

Omote-Sando

Prócz sukienek za 1000 jenów i drobiazgów za 100, w Harajuku kupić można torebki Luisa Vuittona i kalosze od Channel za sumy daleko przekraczające moje dzienne zasoby finansowe. Sklepy najbardziej prestiżowych marek znajdują się na ulicy Omote-Sando, drugim punkcie zaplanowanej wycieczki. Tu mogę przechadzać się nieco wolniej, podziwiając wystawy sklepowe i eleganckie „modowe” plakaty zawieszone na każdej latarni. Nagle, wśród nowoczesnych dam z parasolami przeciwsłonecznymi dłoni, pomiędzy Pradą a ekskluzywnym sklepem z japońską porcelaną wyłania się widok niepodobny do reszty Harajuku. Procesja, złożona z ok. 20 uśmiechniętych, lekko ubranych mężczyzn niosących miniaturową świątynie shinto (mikoshi) radośnie przedziera się przez przechodniów. Jej prowadzący wystukuje rytm dwoma kawałkami drewna, a pozostali wtórują mu śpiewem, lub okrzykiem, którego niestety nie potrafię zrozumieć. W środku małej, choć zapewne ciężkiej budowli znajduje się teraz bóstwo, dalekie od europejskich wierzeń i standardów. Jego przenośne domostwo kołysze się i faluje na barkach Japończyków – ruch ten jest rzekomo spowodowany wolą transportowanego ducha. Jak zahipnotyzowana obserwuje kolorowy pochód mijający sklep Luis Vuitonna i podziwiam relacje pomiędzy religijnym a świeckim, starym a nowym. Harajuku zaczyna jawić mi się jako dzielnica kontrastów.

Jingu Bashi

– Czyli teraz jestem tu? – pyta się mnie amerykański turysta wskazując palcem na mapę okolicy.
– Tak, to to skrzyżowanie. Ta ulica to Meiji Dori, a idąc dalej prosto dojdzie się do stacji kolejowej, Meiji Jingu i Jingu Bashi – staram się wyjaśnić machając ręką to w jedną to w drugą stronę.
– I tam są te poprzebierane dziewczyny?
Wyraz zniechęcenia maluje się na mojej twarzy gdy zdaje sobie sprawę, po co najpewniej przyszedł tu zachodni podróżnik wyposażony w dobry, drogi aparat. Mógł przynajmniej zainteresować się sprawą na tyle by poznać słowo „cosplay”.
– Tak, najpewniej tak. Cosplay’erzy przychodzą w weekendy, ale nie wiem czy o tej godzinie będzie ich zbyt wielu.

Światło zmienia się na zielone, a młody obieżyświat dziękuje mi za pomoc i natychmiast, bardzo szybkim krokiem oddala się w stronę wskazanego przeze mnie mostu Jingu bashi. Ja poruszam się odrobinę wolniej, i gdy docieram na miejsce zastaje niewielki tłum gapiów z aparatami przyglądający się grupce cospleyerów jeszcze poprawiającej makijaż. Barwne nastolatki śmieją się i rozmawiają tylko pomiędzy sobą, od czasu do czasu pozując do zdjęć na życzenie turystów i fotografów. Na nieszczęście dla mojego wcześniejszego rozmówcy, żadna z dziewczyn nie jest nadzwyczaj ładna, a w dodatku dziś panie stanowią wśród cosplayerów mniejszość. Z zainteresowaniem przyglądam się dwóm dziewczynom w strojach typu „gothic lolita”, które rozmawiają z podpitą właścicielką wałęsającego się w okolicy pomarańczowego kota. Zwierzę jest przez nietrzeźwą panią polewane wodą, a gdy próbuje się wyrwać ta przyciska je mocniej do betonu aby dokończyć dzieła. Nikt nie reaguje, ja też nie, bo przecież jest 35 stopni Celsjusza i kot najpewniej wyschnie na słońcu w następne 10 minut. Dwie gothic lolity zachowują się jednak jak prawdziwe siedmiolatki i kucając przy mokrym kocie zaczynają bardzo wysokimi głosikami pytać się „jak koteczek się czuje” i „czy wie jaki jaki jest śliczny”. Otóż mokry kot wcale nie jest śliczny, wygląda jak zmokła kulka wełny, ale panie mają role do odegrania i będą ją odgrywać w każdej sytuacji, aż do momentu kiedy magiczny zegar wybije dwunastą i obydwie będą musiały wrócić do normalnego, szarego życia. Póki co bal trwa nadal. Moją uwagę przykuwa zachodni turysta ubrany w białą koszulkę i beżowe spodnie, z skarpetkami wystającymi ponad tenisówki. Jego włosy są odrobinę przetłuszczone, kark pochylony w dół, a twarz zdradza zestresowanie. Wraz z kolegą, cosplayerem kieruje się w stronę dwóch gotyckich lolit. Pomiędzy czwórką ludzi odbywa się rozmowa, której nie słyszę, ale po minach wnioskuje, że pan cosplayer zamierza wprowadzić pana zestresowanego w szeregi japońskiej przebierającej się młodzieży. Operacja kończy się sukcesem kiedy jedna z dziewczyn przedstawia się turyście słowami „My name is Elizabeth”. Wcale się tak nie nazywasz – myślę wrednie słysząc wymowę japonki. Nic jednak nie mówię, i po chwili widzę jak „Elizabeth” oddala się wraz z przybyszem w sobie tylko znane miejsce.

Bardzo często w cosplay bawią się ci, którzy w normalnym życiu od poniedziałku do piątku dotyka fala elegancko ustylizowanej armii szkolnej. Znęcanie się to poważny problem w japońskich ośrodków edukacji, który tych najbardziej wrażliwych potrafi doprowadzić do samobójstwa lub zamknięcia się we własnym pokoju na wieki. Strój, symbolizujący w Japonii przynależność do danej grupy społecznej staje się bronią, sposobem na wyjście poza system mundurków, fartuchów, podobnie wyglądających mam i identycznie ubranych „salarymanów”. Cosplayer swoim przebraniem właśnie go oszukał. Jest już „poza”. Poza egzaminami, presją społeczną, obowiązkami, ukłonami i uniżeniem. Niczym banita, dumny, pozuje do zdjęć nie zdając sobie sprawy, że choć uciekł z jednego schematu to udało mu się wkroczyć w drugi. Cosplayerzy wyglądają przecież bardzo podobnie, jednakowo też się zachowują – wydaje się, że bycie oryginalnym w Japonii to zadanie niemożliwe do wykonania.

Meiji Jingu

Po odprowadzeniu wzrokiem Elizabeth i jej kompanów stwierdziłam, że najwyższy czas uwolnić się od Cosplayerów i wyruszyć do Meiji Jingu, czyli świątyni Meiji otoczonej przez ponad sto tysięcy drzew przywiezionych z każdego zakątka Japonii i zza granicy. Według otrzymanej ulotki, jest ona dedykowana duszom Cesarza Meiji oraz Cesarzowej Shoken, których grobowce znajdują się w Kioto. To najprawdopodobniej najsłynniejszy obiekt sakralny w Tokio. Droga do niego prowadzi przez wspomniany las i trzy bramy torii. Tym razem funduje sobie powolną przechadzkę, swobodnie rozglądam się dookoła i robię zdjęcia. Gdy dochodzę już do samej świątyni zachwyca mnie jej rozmiar i pewna dostojność w prostocie, lub raczej, ukrytej dekoracyjności, tak różnej od europejskich kościołów. Przed wejściem należy obmyć ręce, ewentualnie również usta. W środku widzę, kończącą się już, procesje ślubną Shinto. Udaje mi się zobaczyć jedynie tył ubranej na biało panny młodej kroczącej dumnie wraz z gośćmi. Na szczęście niedługo potem spostrzegam parę nowożeńców robiącą pamiątkowe zdjęcia. Świeżo upieczony mąż wygląda na naprawdę sympatycznego człowieka.

Do świątyń Japończycy wybierają się oczywiście po to aby się modlić, ale także by kupić amulety (omamori), wylosować przepowiednie (omikuji), lub zapisać życzenia na drewnianych tabliczkach ema. Kupno takiego kawałka drewna kosztuje ok 500 jenów (czyli 18 złotych), ceny amuletów zaś wahają się od 500 do 2000 jenów. Najdroższe są te zapewniające bezpieczny poród lub szczęśliwe małżeństwo. Wszystkie wyglądają absolutnie przepięknie, ale niestety nie można ich fotografować. Po bardzo długim zastanowieniu wybieram jeden, fioletowo-srebrny, przeszywany złotą nicią. Nie zdradzę przed czym ma chronić, ale chyba i tak najbardziej liczą się dla mnie jego walory estetyczne. Omikuji dla cudzoziemców to losowanie japońskich wierszy z przesłaniem. Czy to przez los, czy przypadek, mój bardzo przypada mi do gustu. Następnie waham się patrząc na setki zapisanych drewnianych tabliczek, ale ostatecznie stwierdzam, że nie wydam 18 złotych na drewno, choć życzeń mam multum. Czytam za to pragnienia innych i udaje mi się nawet znaleźć parę napisanych po polsku. Niektóre z nich są bardzo poważne, inne dość naiwne (pokój na świecie), a część należy do gatunku zagadkowych, rozumianych jedynie przez autora. Studiując tabliczki kątem oka zauważam dwie panie w kimonach kupujące omamori. Dyskutują pomiędzy sobą, uśmiechają się, wkładają zakup do torebki, a następnie oddalają się do samej świątyni. Wyglądają uroczo, kobieco i kolorowo. W tym momencie pragnę kimona jak niczego innego na świecie.

Jingu-Bashi po raz drugi

Wracając do stacji znów przechodzę przez Jingu Bashi, gdzie ustawili się ludzie oferujący darmowe uściski, nowe gothic lolity oraz najdziwniej ubrany staruszek jakiego widziałam. Pan ma na uszach zawieszone mini akwaria z żywymi złotymi rybkami, oraz głowę manekina służącą jako kapelusz. Uśmiecha się sympatycznie i pozuje do zdjęć przybierając pozy rodem z filmów karate. Jest w swoim żywiole. „Harajuku Style!” – mówi. Mój aparat go kocha, tak samo zresztą jak aparaty wszystkich innych turystów. To już nie cosplay, to styl życia.

Harajuku to dzielnica kontrastów. Pani w kimonie i pani w stroju „Gothic lolita”. Omikoshi i Luis Vuitton. Staruszek i głowa manekina służąca mu jako kapelusz. Ceremonia ślubna Shinto i turyści przyglądający się jej bez większego zrozumienia. Wystarczy zrobić krok od Jingu Bashi aby znaleźć się w lesie Meiji Jingu, i tylko jeden obrót by zamiast zielonej scenerii podziwiać nowoczesne miasto. Wszystko to współgra ze sobą, stare i nowe, religijne i świeckie, szalone i dostojne.

varia

komentarzy 8

  • Liczyłem że zobaczę tam więcej, przebierańców, a spotkałem tylko jedną lolitę, w dodatku był to stary transwestyta. Za to na Takeshita Dori mają najlepszy sklep ze skarpetkami, przynajmniej według mojej kobiety. Jeśli potrzebujecie fikuśnych skarpet, wielozadaniowych to tylko tam.

  • Z każdym kolejnym tekstem coraz bardziej zazdroszczę. Ładnie zdjęcia, dobry tekst. Oby więcej tego.

  • Trochę mnie dziwi pogardliwy stosunek do turystów, którzy a to bezrozumnie pędzą na cosplay, a to gapią się na ceremonię ślubu, a potem kupowanie amuletu bo „chyba i tak najbardziej liczą się dla mnie jego walory estetyczne”.

  • E tam zaraz pogardliwy. Z tym panem natomiast w ogóle nie chodziło o to, że jest turystą, ale o to, że interesowały go jedynie dziewczyny ubrane w fikuśne spódnice i pończochy.

    Ja też się gapię na rzeczy bez zrozumienia. I też jestem turystką. Jest jednak prawdą to ze czasami przy mimowolnym podsłuchiwaniu ludzi wokół dziwię się po co ktoś w ogóle ruszył się poza swoje miasto. Dużo jest niestety takich polaków, którzy o tym co widzą wypowiadają się w taki sposób jakby w ogóle zapomnieli, że znajdują się teraz na innym kontynencie i że otaczają ich inne zasady i kultura.

  • Hah.
    Pacz Mańka jakie te Japońce głupie, u nas to by taki w zęby dostał :)
    Znam temat. Co prawda nie jestem światowiec ale niektórzy mają takie podejscie jak pojada do innego miasta a co dopiero kraju :P

    Kurcze tam sie znależć to kosmos :) Tu 10 stopni a tam 35 i goscie w przebraniach. Fajnie by było tak przeskoczyć…..

  • Świetne te reportaże, choć mają jedną wadę – są za krótkie, a z każdym kolejnym chce się coraz więcej :)

  • dzieki za relacje, zuziu (:
    nie kumam jednej rzeczy. ja rozumiem, ze po 5ciu dniach spedzonych w mundurku i szkole ludzie chca sie odstresowac. ale czemu wybieraja taka forme odstresowania jak przebranie sie za gotycką lolite i stanie w upale pol dnia? chyba bym sie spalila ze wstydu jakby mnie ktoś zobaczyl z biala peruka i w podartych pończochach czy cos w tym stylu. a ci ludzie normalnie pozują do zdjęć nie bacząc na to, gdzie te zdjecia moga sie znaleźć, że ktos za granicą umiesci je na blogu „kretyn tygodnia” albo „uczta dla pedofila”. o co chodzi?

  • Mogą się znaleźć na „kretyn tygodnia”, albo dzięki nim może cię zauważyć jakaś agencja modelek i zaprosić do współpracy. Co tam komu pisane.

    Generalnie to wydaje mi się że chodzi o te przysłowiowe „5 minut sławy”. Też ci ludzie naprawdę przybierają nowe osobowości i imiona podczas cosplayu – to prawie jak stawanie się batmanem lub czarodziejką z księżyca na weekend. Nikt nie zna twojego prawdziwego imienia, jak się przebierzesz to najpewniej też nikt cię już nie rozpozna. Hulaj duszo piekła nie ma.

    No i są też nastolatkowie którzy zwyczajnie idą w weekend do kina a nie ubierają pończochy i krótkie spódnice :)

Dodaj komentarz