Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Kolektyw #7


papier · komentarzy 27

Szósty numer „Kolektywu” był czymś, co przeczytałem i po 15 minutach wyparłem z pamięci. Zapamiętałem jedynie, że był to zbiór porządnie rysowanych historyjek od osób znanych z dziesięciu innych miejsc i może ze dwie wywołały we mnie jakieś emocje. Teraz wygrzebałem z regału rzeczony numer, przekartkowałem i tak, nie chce mi się drugi raz go czytać. Nie chodzi o to, że były to jakieś tragiczne historie, o nie. Były po prostu… nijakie. Siódmy numer to jednakże zupełnie inna historia.

Na skutek obecnych w środowisku komiksowym sił, tak się stało, że zinowe towarzystwo zbiło się w jedno duże środowisko, które co tydzień zbiera się w warszawskiej Kawangardzie aby knuć dalszy upadek Polskiego Komiksu. Jednym z minusów zaistniałej sytuacji, poza blokowaniem powstawania kolejnych dzieł na miarę „Kapitana Żbika”, jest to, że ciągle przewijają się te same nazwiska. Siódmy numer „Kolektywu” dokonał jednak niesamowitej rzeczy i udowodnił, że istnieje komiksowe życie poza zadymionymi salami stołecznej kawiarni. I to właśnie z tego powodu warto po nowy numer Ostatniego Polskiego Magazynu Komiksowego(Poza Kartonem) sięgnąć.

Temat numeru, siedem, jest tu jak zwykle pretekstem. Na 100 stronach pojawiają się zarówno komiksy nie mające z nim nic wspólnego, noszące dumne miano „serii”, jak i te, które próbują w jakiś sposób do niego nawiązać. Z pewnością pojawi się jakaś dobra dusza, która zechce napisać coś o każdym z 23 zawartych w numerze historyjek, ja jednak ograniczę się do kilku, które jakoś mocniej zapadły mi w pamięć.

Odkryciem numeru jest zdecydowanie Małgorzata Szymańska, która przygotowała bardzo „o’malleyowski” komiks, przypominający mi szalone czasy zabaw jakie uskuteczniało się w połowie podstawówki – u mnie szafa była zastąpiona kocykami. Kreska Szymańskiej to mangowy eksperyment, który w przeciwieństwie do innych męczonych w Polsce obiektów, wyrwał się spod kontroli, zaszył w lesie i zmutował w coś, co z przyjemnością się ogląda. Aż zachciało mi się chodzić do gimnazjum, w którym dziewczyny mogą mieć ksywkę „Hunter”.

Gdy skończyłem przeglądać siódmy numer, pochylił się nade mną Janek Mazur, jeden z redaktorów magazynu i z dziwną miną zapytał się, jak podobał mi się komiks Konrada Okońskiego. Zdziwiłem się, żadnej historii Koko nie zauważyłem. Dlaczego? Bo „Jeszcze jeden” wygląda zupełnie inaczej niż wszystkie dotychczasowe komiksy jego autorstwa jakie czytałem. To wręcz najlepsza jego rzecz jaką widziałem. Głównie dlatego, że jest drastycznie inna od tego, co choćby i teraz pokazuje w internecie. Szok.

Sympatyczną rzeczą, choć podobno skrzywdzoną przez druk, jest też „Siedem stóp” autorstwa Krystiana Garstkowiaka i Maćka Kowalskiego, ładnie wygląda „0.7 życzeń” Łukasza Bogacza i niejakiego Romka. Ogólnie, na większość zawartych w „siódemce” historii dobrze się patrzy, bez towarzyszącej pierwszym numerom Kolektywu taryfy ulgowej. Rysownicy się wyrobili, gorsi odpadli, lepsi się znaleźli – pozostaje tylko czekać, aż z wyciągnie się lepszych scenarzystów. Większość historii to nadal proste głupotki, ani szczególnie zabawne, ani sprytne czy przejmujące. Dają się jednak czytać bez zgrzytania zębami.

„Kolektyw” nadal pozostaje niszową rzeczą, wydawaną w nikłym nakładzie od znajomych dla znajomych. Taki jest komiks w Polsce, cóż poradzić. Jednakże z każdym kolejnym numerem widać, że redakcja „magazynu” ma coraz silniejsze zaplecze. Może czas popatrzeć dalej i z większymi ambicjami? Dobrze obrazuje to okładka autorstwa Igora Wolskiego. Bardzo ładna ilustracja. Ale to ma przyciągać uwagę? Nie, w końcu kto ma wiedzieć i tak wie. Nikogo przypadkowego nie trzeba zachęcać. Szkoda.

komentarzy 27

Dodaj komentarz