Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Incepcja


film · komentarze 123

„Incepcja” to jeden z tych filmów, o których wiedziałem, że będą ciekawe, wysłuchałem kilku opinii znajomych, ale jakoś ominęła mnie cała fala pałowania się, jakim wspaniałym dziełem będzie. Do kina poszedłem bez większych oczekiwań, obejrzałem, wyszedłem i dowiedziałem się od innych znajomych, lub znajomych ich znajomych, że właśnie obejrzałem kamień milowy w historii kina. Że co?

Bardzo trudno jest pisać o tym, co nie podobało mi się w „Incepcji” bez rozwodzenia się nad zakończeniem, więc jeśli jeszcze nie oglądaliście i zastanawiacie się, czy warto zapłacić za bilet do kina, to odpowiadam: pewnie, warto. Obsada jest znakomita, postacie ciekawe, pomysł na złodziei nurkujących do snów aby wykraść informacje znajdujące się w podświadomości interesujący. Nie czytałem „Ubika”, więc nie mam pewności, czy można też użyć określenia „świeży”. Do tego dochodzą efekty i tzw. „wizja świata”, która jest po prostu ciekawa.

Tak też, przekonajcie się sami, na własnej skórze, bo na pewno będzie się o tym filmie sporo mówić. Trochę jednakże na wyrost. A jak już obejrzycie, to czytajcie dalej.

Dlaczego więc „Incepcja” wydaje mi się przesadzoną głupotką?

Mamy więc dwuznaczne, dające się interpretować na wiele sposobów zakończenie. Czy Cobb wybrał rzeczywistość, w której szczęśliwie udało mu się zdobyć dostęp do dzieci, czy jednak się poddał, przegrał, wybrał sen, gdzie mógł sobie szczęśliwą rodzinę po prostu wyśnić?

To, że zakończenie daje się interpretować jest oczywiście zaprawdę godne, sprawiedliwe i chwalebne w dzisiejszych jednoznacznych czasach, ale na mnie nie zrobiło wrażenia. Głównie dlatego, że z miejsca odczytałem je jako potwierdzenie tego „że to wszystkie się przecież Cobbowi śniło”, co jest zgrabnym wytłumaczeniem dla wszystkich mielizn i dziur scenariusza „Incepcji”.

Na serio jedynym sposobem aby Cobb mógł zobaczyć swoje dzieci był jego przyjazd do Stanów? Dziadkowie nie mogli wywieźć ich do Europy, zwłaszcza, że Cobb Starszy pracował w Paryżu jako wykładowca, więc nie jechaliby w nieznane? Na serio trzeba było włamywać się do podświadomości Fischera, aby zasiać mu myśl o chęci podziału firmy? A czemu nie skłonić go do wybicia całej rady nadzorczej i pogrążyć koncern w chaosie? Dlaczego wreszcie aby uratować Saito Cobb zanurzał się jeszcze głębiej w sen swój?

Okej, to metafora. „Incepcja” tak naprawdę nie jest filmem o grasujących w podświadomości złodziejach, tylko opowieścią o stracie i niemożności pogodzenia się z nią, eskapizmie i miłości aż po grób. Tyle, że jak na film o miłości, to za dużo w nim przesadzonych scen akcji, a jak na film sensacyjny za dużo w nim dziur i nieprawdopodobieństw. A pisząc „nieprawdopodobieństwa” nie mam oczywiście na myśli faktu, że opowiada o ludziach zanurzających się w czyjeś sny.

„Incepcja” jest przesadzona, co samo w sobie nie jest złe, ale nie wiem za bardzo do czego w tym wypadku przesada miała służyć. Jakby cały film powstał dla dwóch momentów: zginania miasta przez Ariadne i walki w przekręcającym się korytarzu. Sekwencje w śniegu to już wielki skok przez rekina, a groza uwięzienia w Limbusie zamiast mrozić wywoływała skojarzenia z witryną Zombo.com. W końcu tam też wszystko jest możliwe.

film

komentarze 123

  • [i]„Incepcja” jest przesadzona, co samo w sobie nie jest złe, ale nie wiem za bardzo do czego w tym wypadku przesada miała służyć. [/i]

    Np. do tego, że to jest też film o kinie. I np. także w ten sposób, a nie w prosty [sen czy nie sen?] można interpretować finał.

    „Mielizny” [znam ludzi, którzy się dziwią, dlaczego bohaterowie nie wyśnili sobie większych powerów] wynikają z przyłożenia dziwnej miary do rzeczywistości sennej. Wiarygodność nie jest jednakowa dla każdego.

    Pozdrówka

  • W jaki sposób „Incepcja” jest filmem o kinie? Nie czepiam się, ciekaw jestem :)

  • jedynym słabym punktem filmu jest żona Dikarpio, strasznie irytująca rola i aktorka.

    Film bardzo mi się podobał i miał wystarczającą spójność. Czepiać się można zawsze, ale podejrzewam, że takie a nie inne rozwiązanie niektórych kwestii scenariuszowych wymusił i tak już długi czas filmu.

    Co lubię najbardziej to gadać z mniej wymagającymi od tego filmu ludźmi którzy nastawili się na efekty i zgłupieli podczas seansu (albo gdzieś się zgubili).

    No i misja w śniegu żywcem wyjęta z Modern Warfare 2

  • No! Podczas seansu Marta też do mnie: „ej, to jest jak w Call of Duty”

  • @Konrad
    Dlaczego? Chociażby dlatego, że bawi się przyzwyczajeniami czasoprzestrzennymi, muzycznym, optyką, „rozmawia” z innymi filmami [Bond, Matrix, pewnie znalazłoby się wiecej – nie jestem ekspertem-kinomaniakiem]. Dlatego też finał jest czymś więcej niż sprawą odpowiedzi na proste pytanie, co stało się z bohaterem.

    Nolan wyraźnie wychodzi do widza i pyta się, co się dzieje z nami – czy ta wizja jest wystarczająco wiarygodna dla nas, by bączek się przewrócił.

    W ogóle czepianie się wiarygodności w tym filmie tylko i wyłącznie go broni. :) Bo cała logika świata [światów!] przedstawionego na tym się opiera: na ile wizja jest spójna, by uwierzył w nią ktoś inny. Nie o to chodzi w kinie?

    Pozdro

  • No ja tam widziałem nawiązania do Titanica na początku, gdy żona pyta się Cobba, czy przeżyłaby upadek z takiej wysokości :)

    Swoją drogą to dziwne, że skoro Cobb tak ciężko przeżywał jej śmierć, to czemu jej pytanie nie wyprowadziło go z równowagi hm hm

  • Dziwne pytanie. On w ogóle dość spokojny był, jeśli nie zauważyłeś. A może już wiedział, że ona jest niezbyt zrównoważona psychicznie? [jest nawet w filmie zasygnalizowana trauma z dzieciństwa]

    Pozdrówka

  • „(…)opowieścią o stracie i niemożnością pogodzenia się z nią”
    – to chyba powinno być „opowieścią o stracie i niemożnośCI pogodzenia się z nią”, a poza tym filmu jeszcze nie widziałem, ale czytałem Ubika, i… hm. no.

  • 1) „Incepcja” jako film o kinie jest opisana tutaj:
    http://www.chud.com/articles/articles/24477/1/NEVER-WAKE-UP-THE-MEANING-AND-SECRET-OF-INCEPTION/Page1.html
    i tutaj:
    http://www.theawl.com/2010/07/the-key-to-inception-its-a-movie-about-making-movies

    Bardzo ciekawe refleksje – przy tym spojrzeniu nawet ostatnie ujęcie z bączkiem tak nie boli. (Przewidziałem je chyba już w połowie filmu, a nie jestem jakoś niewiarygodnie inteligentny. Tani chwyt).

    2) Sekwencje w śniegu większość zachodnich recenzentów porówywała do analogicznych scen ze starych Bondów i myślę, że są bliżej prawdy. (Mnie też się kojarzyło z jakimiś agentami, ech, to strzelanie podczas jazdy na nartach…)

    3) Sekwencje akcji i cała, mocno miejscami nielogiczna konstrukcja kina „o przekręcie” (jak się właściwie tłumaczy „heist movie”?) to wymóg tego, by film się dobrze sprzedał. ;-)

    Taki „ambitny sensacyjniak” ciężko się zawsze ocenia – bo wiadomo, że nie będzie nigdy tak głęboki, jak jakiś nisobudżetowy film. Z drugiej strony, ambicje mogą źle wpływać na akcję i tempo.

    Mnie akurat sceny akcji trochę nudziły, szczególnie w końcówce (nie dlatego, że takie nieprawdopodobne były, to jakoś łykam). Jakieś takie bez jaj były; no strzelali się; no bez grawitacji, ojej.

    Prawdę mówiąć największe wrażenie zrobiła na mnie część (nie wszystkie) scen z żoną Cobba, autentycznie się na nich jej bałem. Były to też dla mnie w pewnym sensie najbardziej odjechane sceny (winda z plaży zjeżdżająca do piwnicy podświadomości, cudo). Ale ja jestem dziwakiem, którego w pierwszym Matriksie najbaedziej uwiodła scena ucieczki po biurze z komórką w łapie. ;-)

    Wracając do tego przesadzenia – toż to dokładnie jak z Matriksem – filozoficznie i psychologicznie proste pierdoły, w literaturze „zwykłej” i sci-fi przerobione od dawna (wiele dzieł Dicka to przedstawienie porąbanego świata i jego wewnętrznej logiki, a potem pokazanie rozpadu i ostry zjazd z bezpiecznych regionów do momentu zakwestionowania przez bohaterów niemal wszystkiego w otaczającej ich rzeczywistości).

    Ale jako treść osadzona w sensacyjnej fabule – dociera do ludzi, którzy na codzień nie myśla o takich rzeczach. W taki sposób odbieram tez wszystkie orgazmy na temat „Incepcji”, stwierdzenia o „najlepszym filmie XXI wieku” itp.

    Miałem to szczęście, że na film wyciągnęła mnie siostra – nie zniechęciły mnie więc entuzjastyczne histerie w Internecie.

  • „Dziadkowie nie mogli wywieźć ich do Europy, zwłaszcza, że Cobb Starszy pracował w Paryżu jako wykładowca, więc nie jechaliby w nieznane?”

    Ponieważ podążyłby za nimi na przykład Interpol?

    „A czemu nie skłonić go do wybicia całej rady nadzorczej i pogrążyć koncern w chaosie?”

    Incepcja nie polegała na skłanianiu kogokolwiek do konkretnych zachowań, a na zasianiu idei, którą zainfekowany uznałby za swoją. Zostało to zresztą jasno i klarownie w filmie wyjaśnione. Nie metody a cel. Inaczej Fisher mógłby nabrać podejrzeń, tym bardziej, że przeszedł szkolenie antyekstrakcyjne.

    „Dlaczego wreszcie aby uratować Saito Cobb zanurzał się jeszcze głębiej w sen swój?”

    A nie znalazł się przypadkiem razem z Saito w limbo?

    Zarzuty co do scenariusza wydają mi się mocno chybione. Spójność świata przedstawionego, obok muzyki Zimmera, to najmocniejsze strony tego filmu.

  • Nie czytałem całego arta i odpuściłem sobie commenty, bo nie chcę spoilów czytać, więc nie wiem, czy ktoś już tego nie wrzucił.

    Obejrzyj Paprika. To anime. Poszukaj, znajdź, obejrzyj.

  • wilk: skłonić = zasiać ideę, którą zainfekowany uznałby za swoją

  • @konrad: Głównie dlatego, że z miejsca odczytałem je jako potwierdzenie tego „że to wszystkie się przecież Cobbowi śniło”

    To twój wybór jak odczytałeś. Film daje ci ten wybór – gdybyś zechciał się zastanowić nad innym rozwiązaniem zauważyłbyś, że również jest w pełni uprawniony.

    @konrad: co jest zgrabnym wytłumaczeniem dla wszystkich mielizn i dziur scenariusza „Incepcji”.

    Wymień wszystkie mielizny i dziury scenariusza. Z tych co wymieniłeś, od biedy można uznać, że niemożność dostania się do Stanów (bądź wywozu dzieci) jest nieco naciągana.

    @konrad: A czemu nie skłonić go do wybicia całej rady nadzorczej i pogrążyć koncern w chaosie?

    A czemu dodawanie jest łatwiejsze niż macierze?

    @konrad: Dlaczego wreszcie aby uratować Saito Cobb zanurzał się jeszcze głębiej w sen swój?

    Nie jeszcze głębiej w swój sen, ale w ich wspólny sen, do podświadomości, limbo. Ano dlatego, by przypomnieć Saito o ich umowie i nie dać mu zwariować.

    @konrad: A pisząc „nieprawdopodobieństwa” nie mam oczywiście na myśli faktu, że opowiada o ludziach zanurzających się w czyjeś sny.

    Co więc masz na myśli?

    @konrad: jak na film sensacyjny za dużo w nim dziur i nieprawdopodobieństw

    Hm… może być tak, że to sf akcji?

    @konrad: Sekwencje w śniegu to już wielki skok przez rekina

    Jak rozumiesz wyrażenie: skok przez rekina, bo chyba ja i Wiki rozumiemy je nieco inaczej. I w jakim sensie ta sekwencja jest skokiem przez rekina?

    @konrad: „Incepcja” tak naprawdę nie jest filmem o grasujących w podświadomości złodziejach, tylko opowieścią o stracie i niemożnością pogodzenia się z nią, eskapizmie i miłości aż po grób.

    To, że w filmie mówi się o stracie i niemożności pogodzenia się z nią, nie oznacza, że tylko o tym jest ten film. Dlaczemu świetne sf nie może już być świetnym sf? No i jeżeli to film o miłości jeno, to co w nim robi pytanie o rzeczywistość?

    A tak zupełnie na marginesie:

    @konrad: No! Podczas seansu Marta też do mnie: „ej, to jest jak w Call of Duty”

    Ja się zastanawiam kiedy przyjdzie czas, że zobaczę lądowanie w Normandii i pomyślę – zupełnie jak w Call of Duty (czy Medal of Honor już nie pamiętam)

  • A tak zupełnie na marginesie:

    @konrad: No! Podczas seansu Marta też do mnie: „ej, to jest jak w Call of Duty”

    Ja się zastanawiam kiedy przyjdzie czas, że zobaczę lądowanie w Normandii i pomyślę – zupełnie jak w Call of Duty (czy Medal of Honor już nie pamiętam)

  • „Nie jeszcze głębiej w swój sen, ale w ich wspólny sen, do podświadomości, limbo. Ano dlatego, by przypomnieć Saito o ich umowie i nie dać mu zwariować.”

    Tyle, że w tym momencie podłączył się tylko Cobb i Ariadna, Saito nie :)

  • Saito umarł, tak dostał się do podświadomości. Mówią o tym, gdy Saito zostaje ranny – że tym razem wzięli zbyt silne dragi by się po prostu obudzić. Cobb trafia do podświadomości (gdzie już czeka na niego świat Saito), topiąc się w vanie na pierwszym poziomie snu.

  • Oh przekonałeś mnie, przepraszam, to super film!

  • oh crap, nie wiem co napisać, pójdę w sarkazm, może nie zauważą!

  • Nie, serio, po prostu nie chce mi się z Tobą gadać na ten temat i wnikać aż tak bardzo szczegółowo w ten film. Zwłaszcza, że przecież Ty nie chcesz rozmawiać a jedynie udowodnić, że się mylę. Dlatego też aby nie marnować czasu akceptuje fakt, że Tobie się ten film podobał, na mnie nie zrobił wrażenia i że mnie przegadałeś.

    Wygrałeś!

  • Największą mielizną był sposób naliczania czasu we śnie, że niby w tym tyle, w następnym więcej, a w kolejnym jeszcze więcej.
    Zależne od tego, że we śnie umysł przyspiesza – czyj umysł?
    Upośledzonego tak samo jak geniusza?
    I jak go odmierzają tymi sprytnymi timerami?
    Już wolę wytłumaczenie jednego z gostków, że robi to na wyczucie ;-)

  • film jest ekstra, super, hiper ale… niestety jest jak Media Markt…

  • zastanawia mnie taka rzecz: jak ktoś przeszedł szkolenie antyekstrakcyjne, to czemu nie nauczono go projektować tyranozaurów zionących laserami, tylko jakieś mizerne oddziały z karabinami? “You mustn’t be afraid to dream bigger, darling.” czemu nikt nie wzial sobie tego do serca?

    te wszystkie wyjasnienia, ze jak projektujesz sen, to masz sejfik, w ktorym druga osoba zawsze umieszcza swoje sekreciki i że jest jakaś narkoza co ci nie upośledza funkcji błędnika… ja wiem… głupie to takie. jakoś mnie nie przekonywało. caly film mnie nie przekonal. niczyje sny tak nie wyglądają. ja rozumiem, że to na potrzeby filmu, że część uniwersum, ale nadal, nie robi.

    ciężko mi sie przyczepić do konkretow, nie moge powiedzieć, że film był zły. ale widzialam podobne. ubika nawet czytalam. nie moj klimat.

  • ten film jest równie bardzo o kinie, co wszystkie (niemal) inne filmy. dajmy na to Matrix. czy cokolwiek co Tarantino z siebie wydalił.

    ten film jest tak samo o tworzeniu filmów, co ogólnie o kreacji.

    też uważam że kwestia zejścia do Limbo była cokolwiek bełkotliwa. logika wspólnego śnienia w filmie opierała się na gadżecie i kablach. a tu PYK, dikarpio i ariadne łączą się razem, wchodzą w podświadomość tego pierwszego, a tam się przyczaił prawdziwy (a nie wykreowany przez podświadomość) Saito. kmaaaaan…
    inna sprawa jeśli SPOILER traktujemy to jako sen we śnie we śnie, i uznać że realiów w tym filmie nie ma nawet przez chwilę. dla mnie Cobb nie wyplątał się jeszcze z wspominanego Limbo.

    scena na nartach to po częsci początek bodajże „Szpiega który mnie kochał”, po częsci filmu „Żołnierz”, po częsci skutery z Modernłorfera, a sama baza inspirowana jest bondowskim IHMSS.

    Sam matrix to nie tylko kwestia rzeczywistość-nierzeczywistość (tu przeplata się też połowa twórczości Dicka, Vanilla Sky, Drabina Jakubowa i parę innych tworów), to także kwestia treningu w konstrukcie (czekałem aż Ariadne powie że zna kung-fu), motyw mentor-uczeń, czy spieprzanie przed agentami na początku zrobione jak jedna z finałowych scen z Keanu.

    Inna sprawa że ja ten film kupuję. czegoś mi brak, ale to że nie jesteś Konradzie sobie tego filmu sklasyfikować to naprawdę żaden zarzut.

  • To nie tyle kwestia klasyfikacji, co raczej tego, że ten film starał się być wszystkim na raz i nie zdołał mnie do siebie przekonać w tę czy w tamtą stronę.

  • nie uważam tego za winę filmu. może po prostu nie jest on dla Ciebie, wszystkich i tak się nigdy nie zadowoli. do mnie fuzja Matrixa z Żądłem + upiorny motyw romantyczny przemówiły. inna sprawa że też daleki jestem od uważania dzieła Nolana za jakikolwiek przełom czy kamiel milowy. co najwyżej momentami nowatorska realizacja, czy raczej określone koncepcje.

  • Mi się tam podobało, że się tak wzniośle wyrażę.

  • Dzisiaj od 8 do 14 nie miałem prądu, więc też pojechałem do kina na Incepcję. Spodziewałem się czegoś innego, ale i tak dobrze odebrałem film.
    Zacne sceny z granatnikiem i pociągiem.

    Plus masa nieścisłości.

  • zuziako

    „Dlaczego wreszcie aby uratować Saito Cobb zanurzał się jeszcze głębiej w sen swój?”

    Ej, ale on wchodził do Limbo, nie w swój sen.

    Jak dla mnie to trochę zawiłości z czasem, poziomami i śnieniem w śnie było, ale poza tym to porządnie skonstruowany jest ten film. Dzieci może nie chciała puścić do Paryża babcia (a to tylko jeden z możliwych powodów), nie można było zaszczepić idei o wybiciu rady bo by się nie przyjęła – jak niby mieli przekonać do tego Fishera? Było powiedziane że pomysł musi być prosty aby go zaszczepić. I tak sprawa z ojcem została mu podana przez rozwijanie, owijanie, zawijanie i strzelanie, bo takiż był z tym problem.

  • [zuziako]„Dlaczego wreszcie aby uratować Saito Cobb zanurzał się jeszcze głębiej w sen swój?”

    Ej, ale on wchodził do Limbo, nie w swój sen. [/zuziako]

    to co w jego Limbo robił Saito? chyba że zakładamy istnienie jednego wszechogarniającego podświadomość Limbo. taaaaa. zawiłości…

  • zuziako

    Bez kitu, wszędzie piszą że jest tylko jedno limbo.
    Obczaj graf:
    http://browse.deviantart.com/?qh=&section=&q=inception#/d2unnlj

  • To jak film potrzebuje grafu i objaśnień, aby średnio zorientowany widz skumał, o co chodziło, to nie jest dobrze :)

  • ja wiem? donnie darko też potrzebowal. wielu grafow i książki nawet. zly nie jest. tylko męczący, jak incepcja.

  • @konrad. To jak film potrzebuje grafu i objaśnień, aby średnio zorientowany widz skumał, o co chodziło, to nie jest dobrze :)

    Niedobry Fellini! Niedobry Antonioni!

  • Graf jest mega, tak samo jak wszystkie interpretacje, że poziomów tak naprawdę jest 7, a Mal dobrze zrobiła skacząc z gzymsu.

    Ja tam kumałam o co chodzi w tym filmie, serio, to miało dla mnie sens, trzeba tylko zaakceptować koncepcje, że zamiast dinozaurów i wróżek wszyscy śnią o normalnych miastach i panach z pistoletami.

  • @zuziako

    Wszyscy śnią o dinozaurach. Ale oni próbowali wmówić celowi, że nie jest w śnie, tylko w prawdziwym życiu;)

  • @Pstraghi
    No nie do końca bo przecież powiedzieli mu nawet w pewnym momencie „to jest sen”.
    Podejrzewam tylko że dla powodzenia incepcji lepiej było żeby poziomy snów wyglądały w miarę realnie.

  • a ja przepraszam że tak spytam, ale jaki udział przy tworzeniu tego grafu miał Nolan?

  • @zuziako
    W pierwszym śnie (miasto w deszczu) Fischer myśli, że jest w rzeczywistości (porywają go). W drugim śnie myśli, że jest w śnie swojego przyjaciela (Browning), który go zdradził i uwięził w śnie udającym prawdę. Dopiero w trzecim śnie nie udają już, że to rzeczywistość, ale i sen jest najmniej realny – przypomina fantazję o Bondzie.

  • OK, to ja inaczej interpretowałem, że to nie sen Cobba, tylko Limbo jest, gdzie trafia razem z Ariadne. Bo mam problem, i ni cholery mi się nie chce skleić, że sen Cobba to miejsce do którego trafiają świadomości innych osób po śmierci w snach niższego poziomu.

  • Hm.

    Ja to widzę tak, że to nie jest sen Cobba tylko Limbo – tak jak mówisz.

    Trafia tam Fischer, bo umiera. Ale, jak mówili gdy Saito został ranny, Limbo jest wspólne, jest jakby wynikiem ich wspólnych podświadomości i zaludniają je koszmary tych, którzy już w nim byli. A że był tylko Cobb, to Limbo do którego wpada Fischer jest pozostałością po traumie Cobba i jego żony.

    Saito trafia do Limba nieco później (gdy Fischer umiera, Saito jeszcze żyje i ostrzeliwuje się) i siedzi tam dość długo, by urządzić je po swojemu.

  • Jeśli tak traktować sprawę to ma to sens, dlaczego jednak Cobb z Ariadne włażą do Limbo na zasadach schodzenia do snu piętro wyżej (niżej?), tak jakby włazili do snu Cobba? to raz. dwa – uratowany Fisher trafia na poprzedni poziom, gdzie umarł (???), w trakcie gdy Cobb z Saito po udanej akcji ratunkowej trafiają jakby bezpośrednio do extraction point, choć tam był w sumie skrót, można sobie dopowiedzieć co się chce.

    Dla mnie Nolan przekombinował.

    argumentem na rzecz ‚to nie Limbo, to jeszcze sen Cobba’ jest fakt, że działają tam snowe reguły gry (kick jako sposób na cofnięcie się).

    Co nie zmienia faktu że dla mnie cały film to błądzenie Cobba po Limbo.

  • IMO – Ficher wychodzi z Limbo jako pierwszy i ma jeszcze czas pojednać się z ojcem. Adriadna wychodzi później i trafia na wszystkie 3 kicki jednocześnie, dlatego budzi się w furgonetce (a następnie w samolocie). Cobb nie wychodzi z Limbo na czas i topi się w fugonetce, dlatego znów trafia do Limbo, tym razem Saitowego. Cobb i Saito trafiają do samolotu wiele sennych lat później, gdy narkotyki po prostu przestają działać.

  • ta. ale gdyby wyjście z Limbo było takie proste, to nie było by ono takim problemem. w końcu ma się ono odróżniać od snu że nie da się tak po prostu wyjść ze snu który nie chce się kończyć i jest totalnie zapętlony w czasie. Fisher i Ariadna jednak wydupiają zgodnie z zasadami panującymi w normalnym śnie.

    poza tym – do Limbo o ile pamiętam (zgodnie z tym co oni gadają i robią) trafia się inaczej niż robi to Cobb i Ariadna.

    Nolan przekombinował. I poplątał. Jak bardzo znakomity film by to nie był – kulminacja jak dla mnie jest za bardzo pomiąchana.

  • Limbo jest snem. Problem w tym, że śniący go nie wie, że to sen (bierze go za rzeczywistość). Dlatego nie chce i nie może się obudzić (nie próbujemy się obudzić z normalnego świata, jednak gdyby ktoś nas nagle obudził i zaczął wmawiać, że mamy inne życie w innym świecie oszalelibyśmy).

    Cobb i Ariadna wchodzą do snu martwego Fichera – tak znajdują się w Limbo, ale oni wiedzą, że są Limbo, nie są zagubieni. I dlatego potrafią się z niego wydostać.

    Film jest poplątany (moim zdaniem też nieco za bardzo). Ale wciąż jest znakomity.

  • a przypinają do niego kable? bo tak się wchodzi do czyjegoś snu, a nie przypominam sobie żeby przed wejściem do Limbo/snu Cobba coś takiego robili, raczej spieli się ze sobą i TADAAAM, Mal i Fiszer. chyba że kable są zbędne, bo przecież cały czas są na kolejnych poziomach wspólnego snu. jeśli tak, to po co wcześniej były te kable? pomotane.

    a z tym że wiedzą i dlatego mogą itd, to już wchodzimy na bardzo indywidualny poziom interpretacji.

  • Nie podpinali się do Fiszera bo limbo jest wspólne dla osób które razem śnią. Dlatego Saito obudził się (i dożył starości)w Limbo zapełnionym śmieciami pozostawionymi przez Arthura.

  • ta, ale w takim razie Cobb i Ariadne żeby spaść do Limbo powinni sobie strzelić w łeb raczej, niż wchodzić w indywidualny sen Cobba łącząc kable.

  • Będąc na ostatnim poziomie zaprojektowanego snu to faktycznie, droga była jedna. Ale gdyby zginęli to trafiliby do limbo nieświadomie (jak Saito). Wchodząc w sen panowali nad sytuacją. Pasuje?

  • znowu osobista interpretacja, tym razem nie Pstrąga a Twoja. da się tak wytłumaczyć, da się też inaczej. jakoś wytłumaczyć da się wszystko. ja to interpretuję tak, że Nolan poplątał – nakreślił zasady funkcjonowania snu, przy czym nie do końca, a część i tak nagiął. nie lubię jak się z widzem nie gra czysto (oczywiście nie musisz mi łumaczyć ze grał czysto, tylko nie potrafię sobie znaleźć wytłumaczenia własnego, i dlatego obwiniam reżysera, to moja interpretacja taka).

  • Pierdolisz.

    Przeczytaj sobie wstęp Lema do Pikniku na skraju drogi Strugackich. To wszystko było powiedziane (pokazane) jasno w filmie. Dopatrujesz się nieścisłości tam gdzie ich nie ma.

  • nie dyskutujemy ani o Lemie, ani o Pikniku, ale o incepcji. Bohaterowie mówią o jednym sposobie trafienia do Limbo (jak sie ktoś zapętli), a alternatywne wejścia do Limbo, czy też wpływ świadomości na to czy mozna z niego wyjść – to już filmie było bełkotliwe, i Nolan zapomniał część wyjaśnić.

  • Myślę że jakby chcieli wszystko wyjaśnić na 120% to film trwałby pół godziny dłużej i byłby nudny jak flaki z olejem. Jest komiks dostępny, który może coś wyjaśnia jeszcze (mi się go tam nie chce czytać, ale chyba nawet jest na necie).

    A poza tym – póki jeszcze jest tak, że nie rozumie się tylko jakiegoś fragmentu a nie całości to chyba da się to przeżyć, nie? Ja nie do końca czaje czy fisher umarł czy nie – i co jeszcze było snem cobba a co już samym limbo. Podejrzewam natomiast, ze jak obejrzę to jeszcze raz za parę miech na dvd, to może już zrozumiem.

  • Dyskutujemy o tym z ilu przesłanek można wysnuć przekonujące wyjaśnienie. Dlatego proponuję lekturę uzupełniającą, która być może uświadomi Ci że się bezsensownie putasz.

  • jedno jakieś limbo srimbo? co to kufa harry potter jakiś? skumałbym jeszcze coś takiego, że jest sobie jakieś tam limbo czyli poziom gdzie mózg już nie daje rady tworzyć snu we śnie i się jebie wszystko i wygląda to tak, że tam już nic nie ma – nie ma dekoracji, nie ma grawitacji, nie ma punktu odniesienia i czegoś z czego można by zrobić cały ten klik srik do pobudki i że tam lądują wszyscy ci, którzy są w śpiączce i są niewybudzalni – warzywa takie. i to by nawet było fajne. a tak jest limbo srimbo – magiczna kraina zbiegu całej psyche ludzkości – zbiorowa podświadomość – taki internet/niebo – trafiasz tam i sobie możesz sobie zbudować domek i założyć sobie restaurację w której można ugościć Napoleona, Chrystusa i Hitlera i swoją przyszłą praprawnuczkę. do dupy koncepcja.

    czytam Maćka i teraz widzę, że limbo srimbo jest wspólne tylko podłączonym. czym się różni limbo srimbo od wyższych poziomów w takim razie? jak żółtek umierał to wiedział, że odpływa bo był ujebany krwią. nie przygotował się na odwiedziny limbo zaraz? co za szajs.

    zresztą – gadam od rzeczy bo i dawno nie widziałem tak nudnego filmu – w połowie odpływałem na krześle. jeżeli ten film ma cokolwiek wspólnego ze snami to sen widzów w czasie seansów. za stary jestem na walenie konia nad latającymi ludźmi w windach albo pociągiem na środku ulicy miasta kanapki. fabularne flaki z olejem, dialogi dla niekumatych amerykanów w stylu „wejdźmy głębiej w umysł dżejsona” zamiast krótkiego ” głębiej kurwa w dżejsona!”i łopatologia na początku powalały.

  • LOL, KRL
    Wystarczyło uważnie oglądać. Limbo jest tam gdzie nie ma zaprojektowanego snu. Śmieciowa otchłań. Równie dobrze limbo może znajdować się tuż „pod powierzchnią” pierwszej warstwy snu.

    Na początku filmu Leo tłumaczył w jaki sposób mózg projektuje sen, jednocześnie go wymyślając i odczuwając. Każdy gdy śni, projektuje dowolne cuda: dinozaury, gołe baby itp. Leo i jego stara śniąc świadomie, wchodzili w kolejne warstwy i śnili (dla zabawy)o kolejnych coraz bardziej kruchych światach gdzie mieli dla siebie coraz więcej czasu. W dodatku pracowali w oparciu o wspomnienia więc sami „zbudowali sobie” limbo. Dlatego postrzelony Fiszer wpadł w śmieci Leo. Dlatego też ze śmieciami zostawionymi przez Arthura wpadł tam Saito. Dlatego Leo po tym jak się utopił w vanie wpadł (nieświadomy że śni) na resztki swoich śmieci i śmieci Saito.

    Gdzie tu jest dziura? Wytknijcie mi ją proszę, ale jakimś argumentem.

  • przyjąłem, strawiłem.

    niemniej wizja czarnej dupy bez cienia nadziei byłaby dla mnie o tyle ciekawsza, że nie dawałaby pola w naginaniu zasad i niedopowiedzeniach reżyserowi. a tak to raz są świadomi tego całego limbo, raz nie, raz siedzą tam dziesiątki lat i nic nie kumają, a raz kilka minut – widzisz bączka i pozamiatane.

    swoją drogą – to że każdy pilnował tajemnicy swojego własnego talizmanu to ma sens przeciwko snom osób trzecich. ale jak się zna samemu sekret talizmanu to swój własny mózg też przecież może wykorzystać tę zasadę działania przeciwko samemu sobie. baczek się nie kręci, chociaż jesteś w śnie – bo twoja podświadomość wie, że tak on dział. a jak coś wie to może to wykorzystać – jak ta żona Leo przed która musiał nawet plany operacji zatajać co by mu nie zjebała w połowie.

    ciekawe co robiła ta figurka szachowa. bo to, że w ogóle była i gdyby jej nikt inny nie widział to spoko. ale co ona robiła w nieśne i w śnie? przespałem ten moment?

    i Maćku – pytanie za 1000 punktów. te „błędy” te niemożliwości w śnie – schody i takie tam co na nie wpadali. przecież to widoczne jest tylko okiem KAMERY. wtf? oni oglądają ten sen okiem kamery filmowej?

  • Tak, ale każdy z opisanych przez Ciebie przypadków jest uzasadniony wewnętrzną logiką przedstawionego w filmie świata.

    Co do sprawy talizmanów to racja. Leo sprawdzał bączkiem czy go ktoś nie robi w chuja, ale sam nie wiedział czy się aby nie pogubił.

    Odpowiedź na pytanie za 1000 punktów:
    To tłumaczył LeO na samym początku szkolenia. Mózg jednocześnie projektował i odczuwał świat. Coś jak walka na siłę woli w dragon ballu albo gra w szachy w wyobraźni.

    My to widzieliśmy w ten sposób bo to był film sci-fi. Jakoś musieli to atrakcyjnie przedstawić. Co nie?

  • bo i tez to pytanie za 1000 nie było czepialstwem do filmu, ale takim… hmmm… „bączkiem” który robił ci w kinie przypomnienie, że to film, a ty siedzisz z paczką chrupek w ciemnej sali :)

  • Macieju, znaczy się bez lektury uzupełniającej nie mogę uważać że się Nolan zamotał? dla mnie najlepszym tego faktu dowodem jest to, że mamy problem z dojściem od którego momentu bohaterowie są w Limbo (bo są dwa warianty, i oba mają punkty zaczepne sugerujące że to zły trop), a Ty musisz łopatologicznie tłumaczyć Nolana w sposób który i tak nie działa na jego korzyść (bo wychodzi że ktoś to musi tłumaczyć, i choćby nie wiem jak to robił to i tak nie jest dla sceptyków przekonywujący).

    Zdaniem podsumowując: dzieło ma się bronić samo, jeśli potrzebny mu jest adwokat i lektura uzupełniająca to coś jest tu mało helou.

  • @Gonz: A to takie straszne, że film umożliwia bardzo różne interpretacje i odczytania? I że kilka wersji może być równowartościowych i żadnego nie da się wykluczyć?

    @KRL: Karol, ja rozumiem, że Incepcji można nie polubić, że może Cię nie wciągnąć, że to nie film dla Ciebie. Ale już nie docenianie warsztatowej maesrii, budowania napięcia, muzyki, konstrukcji scenariusza, aktorstwa i innych takich to jakieś kosmiczne nieporozumienie. IMHO nawet widz, któremu Nolan zgwałcił matkę powinien dać temu filmowi co najmniej 7/10 (a nie jak Orliński 3/10). Inaczej ciężko mi uwierzyć, że zna się na kinie.

  • @pstrąg – nie no, otwarta interpretacja to jedna rzecz, parę równowartościowych wersji z których żadna nie jest tak naprawdę z pewnych powodów do przyjęcia już nie. przynajmniej dla mnie i wersja że z poziomu Bonda schodzą do snu Cobba, i że schodzą do Limbo, mają luki nie do załatania.

  • @Gonz, lekturka miała pomóc Tobie a nie filmowi. Pomóc w ogarnięciu ogólnego problemu a nie zrozumienia Incepcji. A adwokat jest tak samo potrzebny jak prokurator.

    Zresztą, o jakim bronieniu filmu mówisz. Zadałeś pytania, wydaje mi się że są dość banalne i znam na nie odpowiedzi więc odpowiadam.

  • więc mnie nie przekonałeś, to raz, dwa – za autora mówi jego dzieło.

  • Zgadzam się.

  • a co w takim razie powiecie o tym, ze Dom uzywał do określenia realności bączka swojej żony?? przecież każdy z nich miał swoj sposob sprawdzania …moze to Dom uciekal przed rzeczywistościa w ktorej zyła Mel??

    dziwne jest tez, ze dzieci nie rosły i na końcu fimu ubrane są dokładnie tak samo jak na początku…nawet bawią się dokładnie w ten sam sposób i wtym samym miejscu ogrodu

  • W ogole nie zrozumiałeś filmu…pomyśl o imieniu jakie nosi w filmie owa młoda architektka oraz o tym, że żona Cobba zabiła się spadając z dużej wysokości :) Zanim wysuniecie jakiekolwiek wnioski, radze popracować nad tym troche, zwłaszcza, że ten film jest godny ogromnej uwagi, po prostu skłania do wrecz abstrakcyjnych analiz, które nie są nudne.

  • W sensie, że imię Ariadne nie było celowe i dwuznaczne? Szok.

  • @ enja – no dokładnie. mam jeszcze stos takich pytań do tego filmu, ale już nie ma siły na to. teraz analizuję Autora Widmo. tam za specjalnie nie ma co analizować – bo film po sznurku, ale już teraz mogę powiedzieć – zjada Incepcję bez popitki.

  • @enja

    Kwestia totemu żony jest imo jedną z najciekawszych w tym filmie. Może było właśnie tak jak piszesz.

    Co do dzieci, to podobno w napisach końcowych są dwie pary aktorów grających dzieci – jedna para młodsza, druga starsza. :)

    A i jeszcze takie cuś odnośnie muzyki: http://www.youtube.com/watch?v=UVkQ0C4qDvM

  • dzisiaj snilo mi sie, ze moj kolega z roku byl demonem, ktory posiadl cialo wielkiego kucyka pony, razem chodzilismy do gimnazjum i na koncerty miley cyrus. chcialabym widziec, jak ktokolwiek umialby wyekstrachowac cokolwiek z takiego snu.

  • Pewnie nikt by nie umiał. No chyba, że byłby to sen na skutek podłączenia Ciebie do kabelków z chemią i dokładnie zaprojektowany przez architekta. ;)

  • Znajomy z kolei dziś stwierdził, że tak naprawdę cały film to był sen starego Cobba, który wyśnił sobie, że jego syn wraca do dzieci.

  • albo sen dzieci, ze ich ojciec-psychopata wcale nie zabil ich matki i ze w koncu do nich wraca.

    wilk, z tego, co widzialam, to architekci projektuja te sny zeby jednak mialy jakis sens.

  • a nie sen starego miliardera na umarciu? jego syn znajduje nawet jego totem – wiatraczek. chciał się z nim pożegnać. wymyślił więc całą akcję z firmą konkurencyjną, żeby szperacze doprowadzili go do swego snu – na pograniczu śmierci. bo może już nie dał rady na „żywo”.

  • może ta incepcja cała to prawdziwa ostatnia wola ojca, którą mógł zapodać synowi tylko w taki sposób.

  • To jeszcze jedno pytanie. Skoro przy wejściu na coraz niższy poziom czas coraz bardziej się wydłuża (na dragach: 5 minut – tydzień – rok – 10 lat, czy jakoś tak) i np. furgonetka spada i spada, i spaść nie może, to czemu podczas pościgu każdy wstrząs i przechył są odbierane normalnie, w „czasie rzeczywistym”? I czy taka 3-minutowa piosenka Edith Piaf nie trwałaby na trzecim poziomie około 6 lat?

  • tak jeszcze mi sie przypomnialo, ze po lacinie mal znaczy tyle, co „zło” czy tam „zły”. ariadne wszyscy kumają. reszta imion ma jakies znaczenie?

  • gdy tak czytam co tu piszecie to cieszę się, że „Gwiezdne wojny” i „Aliena” widziałem przed erą internetu.

  • wonder – masz punkt.

    za moją teorią przemawia też scena, w której chinol myli fałszerza z „prawdziwą” projekcją przydupasa miliardera. co on tam robił? komu on się śnił? Arturowi?

  • Hej, a może o tym, że film jest conajmniej dobry, świadczy chociażby fakt, że macie tu z nim jeszcze tyle zabawy po seansie?

  • Ale chyba nikt tu się specjalnie nie upiera, poza KRLem, że to jakiś tragiczny film jest.

  • jaszczu, ja tam umiem tym wiecej o filmie dyskutowac, im bardziej mi sie nie podobal. o fight clubie nic nie umiem powiedziec i nie mam nawet komu powiedziec, bo w sumie podobal sie kazdemu i nie ma o czym gadać.

  • @ Konrad – no jak tak tu teraz się wkręciłem w wyliczanie nieścisłości i fikołków to powoli zaczynam ten film lubić. przednia zabawa.
    ale gdyby nie internet to już dawno bym zapomniał.za to nabrałem ochoty na matriksa – wstrzymywałem się z jedynką kilka lat, żeby nie obrzydzić sobie. chyba już czas.

  • Jak uczył Pospieszalski Jan: warto rozmawiać!

  • @unka – nieprawda. jak pracowałem w wypozyczalni video to przylaz raz taki siwy kolo, pierdolnął fajt klabem o ladę, powiedział że to skandal że wypożyczamy takie rzeczy i jeszcze bierzemy za to pieniądze, i że domaga się zwrotu kapusty.

  • W tej samej wypożyczalni pani spojrzała na mnie z pogardą, gdy wypożyczałem „Zmierzch” hyhy

  • Konrad, a dziwisz się? Każdy normalny człowiek spojrzałby z pogardą…

  • Ja to bym jeszcze opluł.

  • …bil po mordzie i patrzyl, czy rowno puchnie.

    gonz, gleboko wierze, ze dziad mial demencje albo alzheimera i tylko dlatego FC nie przypadl mu ndo gustu.

  • @pstraghi
    „Ale już nie docenianie warsztatowej maesrii, budowania napięcia, muzyki, konstrukcji scenariusza, aktorstwa i innych takich to jakieś kosmiczne nieporozumienie. IMHO nawet widz, któremu Nolan zgwałcił matkę powinien dać temu filmowi co najmniej 7/10 (a nie jak Orliński 3/10). Inaczej ciężko mi uwierzyć, że zna się na kinie.”

    A – na przykład – kawałki muzyczne też w ten sposób oceniamy? Jeżeli ktoś na co dzień preferuje Portishead czy Reznora, a recenzuje piosenkę Britney Spears, która mu się nie podoba – to musi jej dać 7/10, bo starannie wyprodukowana, nie fałszuje i ktoś ciężko nad wszystkim pracował? :)

    Ocena ogólna filmu to zazwyczaj chyba ocena typu „podobało się lub nie” – jeśli komuś wybitnie nie leży jeden z aspektów utworu, to może on dyskwalifikować w jego oczach całą resztę, jak u WO.

  • Ja odbieram to tak…
    ktoś napisał że uważa że Cobb caly czas był w Limbo….ja mysle że jednak tak nie było bo gdy puścił ten bączek w jakiejś tam scenie to on przestał sie kręcić… chociaż ktopś juz mądrze wspomniał że to był jego zony i jego podświadomość mogła tak zrobić…. Chciałbym poruszyć też koniec filmu….mam 2 wersje
    1 to taka ze jak trafił do tego starego faceta to jak sie razem zabili to trafili do tej cięzarówki w wowdzie a tam sie potopili czyli wyszli ze snó i poprostu rten baczek na koncu spadł ale to juz nie było ujete zeby ludzi e sobie to przemysleli.
    2 rozwiazanie to takie ze jak sie zabili u tego sterego to trafili do limbo bo było powiedziane ze jak sie umrze to trafia sie do limbo…. jednak moge sie myulić poprawcie mnie jak coś…:)
    a z tą jego żona to mysle ze jak on ja wprowadził w incepcje czyli 3 poziom to potem na torach sie zabili i przeszli w 2 poziom który był limbo…. i on sie zabiła i trafiła do rzeczywistości a on nadal tkwił w limbo ale znów sie moge mylic bo koniec buy nie miał sensu…. Dla mnkie film był zajebisty ale sądze ze niema dla nego wyjasnienia Film 10/10 polecam kazdemu…. Fuck wszystko mozna wyjaśniać na kilka sposobów :P

  • Jakl dla mnie film bomba. Mizaga i takie takie. Długi ale co jakiś czas podkrecał tempo. W sumie był tak fajny ze nie znalazłem żadnych nieścisłosci. Jestem świeżo po seansie i nie chce mi sie takowch szukac na siłe.
    Jedyny minus to taki ze mogł się skończyc wczesniej. Gdy Cobb gada na końcu ze starym Saito. Bo można by wysnuć teorie ze to Cobb steruje snem Saito i chce zasiac mu incepcje co by ten załatwił mu mozliwość powrotu do rodziny…..
    To by było git. A tak to klasyczne zakończenie wybierzcie sobie czy kręciołek sie zatoczył czy nie (jak dla mnie to zaraz miał glebowac().

  • @Perf – to takiemu typowi nikt nie powinien dawać Britney do recenzowania. tak samo jak nie powinni wpuszczać Felisa na pokazy szeroko rozumianego kina rozrywkowego (ergo – takiego które nie jest irańskie, albo egzystencjalne, albo gdzie statyczne ujęcia są krótsze niż 15 minut).

  • OK, chyba faktycznie Britney Spears na dokładkę sprawiała, że analogia była nie do końca czytelna. A więc errata:

    Jeśli recenzent muzyczny pisze o piosence, która mu się nie podoba (mimo że nie ma uprzedzeń lub nawet lubi wykonawcę/gatunek) – to musi jej dać 7/10, bo starannie wyprodukowana, wokalist(k)a nie fałszuje i ktoś ciężko nad wszystkim pracował? :)

    Odnoszę wrażenie (to do Pstraghiego), że wyliczasz składniki, które należy docenić (pisząc o „warsztatowej maestrii, budowania napięcia, muzyki, konstrukcji scenariusza, aktorstwa i innych takich”), bo sądzisz, że to czynniki obiektywne, które każdy powinien docenić – ale to czynniki subiektywne i nie zmienia tego fakt, że włożono w nie dużo pracy, zaangażowano prestiżowe nazwiska itd. Ja nie chciałbym, żeby istniała obiektywna krytyka filmowa, która wystawia wysoką ocenę, bo „powinna”.

    Zresztą z samej definicji recenzja jako gatunek publicystyczny jest subiektywna, a wystawianie „obiektywnych” ocen (czy też może raczej quasiobiektywnych) należy raczej do historyków kina.

    A poza tym: jeżeli (w skali 1-10) punkty od 1 do 7 miałyby zajmować filmy, które nam się nie właściwie podobają, ale „powinno” się je za coś tam docenić – to zostawałyby nam raptem 3 punkty dla filmów, które nam się podobają? :)

    Napisałeś też: „ciężko mi uwierzyć, że [ktoś] zna się na kinie”, jeżeli wystawił Incepcji niską ocenę.

    Mnie wydaje się, że im bardziej ktoś zna się na kinie jako sztuce audiowizualnej, tym bardziej prawdopodobne, że niewiele ciekawego dla siebie znajdzie – Nolan dużo bardziej niż obrazami jest zainteresowany warstwą ideowo-literacką, i film istnieje głównie na tej płaszczyznie.

    (I podobnie z osobami, które liznęły trochę więcej science-fiction.)

    Rozpisałem się, więc żeby nie było zanadto poważnie:
    http://www.collegehumor.com/video:1939234
    Zakończenie Incepcji w wersji rozszerzonej, może ktoś jeszcze nie widział :)

  • …oczywiście zamiast „filmy, które nam się nie właściwie podobają” miało być „filmy, które nam się właściwie nie podobają”… :)

  • ja bym chciala powiedziec, ze generalnie slucham muzyki ktora brzmi jak napierdalanie kluczem francuskim w kaloryfer, roznych ciężkich industriali i takichtam, ale kurde, nikt mi nie powie, ze piosenke britney „toxic” jest zla. bo jest swietna! pewne rzeczy docenia sie niezaleznie od gustu.

  • „Jeśli recenzent muzyczny pisze o piosence, która mu się nie podoba (mimo że nie ma uprzedzeń lub nawet lubi wykonawcę/gatunek) – to musi jej dać 7/10, bo starannie wyprodukowana, wokalist(k)a nie fałszuje i ktoś ciężko nad wszystkim pracował? :)”

    Dokładnie i absolutnie tak. Choć takie rzeczy jak staranne wykonanie i nie fałszująca wokalistka to trochę mało, ale ogólnie tak.

  • @unka
    Nie mam nic do Britney, a zwłaszcza do Toxic, które w moim rankingu muzycznym na pewno byłoby wyżej niż Incepcja w filmowym (dla mnie nie był to nawet film tygodnia). Mimo iż na co dzień bliższe memu muzycznemu sercu jest walenie kluczem francuskim w kaloryfer :)

    Ale raczej nie zgodziłbym się z tym, że „pewne rzeczy docenia sie niezaleznie od gustu”. Jeżeli ktoś np. uważa, że blade dziewczynki z długimi czarnymi włosami nie są creepy, tylko cute, to już nic się na to nie poradzi, że większości J-horrorów nie doceni – jedna moja znajoma ma kumpla, o którym mówi, że „ma wadę genetyczną, która uniemożliwia mu banie się na horrorach”, inną zabrałem na Splice i był to krok nierozważny, bo zasłaniała oczy kurtką i zatykała uszy w drastyczniejszych momentach. Czasem gustu się nie przeskoczy :)

    @zuziako
    Jeżeli jakiś recenzent tak właśnie ocenia, to ja go wolę omijać – recenzent ma wysoko oceniać te filmy, które mu się podobały, a nie te które mu się nie podobały, „ale”. Miejsce na „docenienie” elementów, które nie mają ostatecznego odbicia w subiektywnej ocenie jest raczej w treści recenzji, a nie w samej ocenie. (Przykładowo: Recenzja Eberta do The Strangers zachęciła mnie do filmu, mimo iż wystawił mu 1,5 gwiazdki – w treści recenzji napisał wystarczająco wiele o tym, co wpłynęło na jego negatywną ocenę, a co zaliczyć można do pozytywów filmu, ale oceny nie zmieniło.)

    A co z moim dodatkowym pytaniem – czy zostawałyby nam raptem 3 punkty dla filmów, które nam się naprawdę podobają? Ja wolę, żeby szeroka skala była zarezerwowana do subiektywnego stopniowania jakości filmu, a nie nijakości :)

  • NHo warsztat trzeba docenić. Tylko ze nie wiem czy piszemy o recenzentach czy o „recenzentach”.

    Konrad napisał raczej swoją opinie o filmie. Recenzja z tego słaba bo widac ze film mu nie podpasił i raczej nie doszukuje się pozytywnych aspektów w filmie (takie odnosze wrazenie po przeczytaniu ). Natomiast napisął tez ze na film warto isc ale…i tu wypisuje swoje zdanie/

    Natomiast recenzja filmu (gry, ksiązki) jako takiego kojarzy mi sie z konkretnym rozłożeniem filmu na jakieś tam częsci. Tekst napisany przez Konrada jest dośc króki i jednoznaczny. Przy dobrze napisanej recenzji mozemy zobaczyc ze recenzent nie lubi filmu ale stara sie obiektywnie przedstawic nam jego zalety i wady. Wiadomo ze obektywnie jest ciezko ale da sie. Oczywisice w pewnym stopniu. Sęk w tym ze recenzent ma se znac na danym temacie i miec wiedze, która pozwoli mu własnie mimo swoich subiektywncy odczuć przedstawic obiektywną opinie. To wszystko z pewnym marginesem..z luzem.

    żreszta doadm jeszcze ze niby tak ze na końcu daje sie ileś tam oczeka ale to też nie jest miarodajne. Bo jak zaczniemy sie rozdrabniać to wyjdzą nam tabelki jak swego czasy w ocenach gier komputerowych. Gdzie było z 10 kategori a i tak każdy patrzył na końcowa ocene i czytał recenzje.

    Zreszta wałśnie pomiedzy 7 a 10 jest najwięcej różnicy :P. I znowu beda jaja jak z ocena MGS…

    Sorry za błedy ort…:(..

  • mam toxic na playliście w foobarze. to jest ponadczasowy kawałek. coś jak schody do nieba cepelinów.

    i jeden szybkiej lopez mam taki. ale nie potrafię napisać jak się nazywa. taki sylwestrowy.

    że tak powiem to przysłowie – wyjątki potwierdzają regułę. toxic pomiędzy aphexem, ninem a skłerpuszerem to jest to co wchodzi jak w maśle maczanym.

  • Ja mam na playliscie Kayah i Bregović.
    Eh…..

  • myśli różne i nieskladne:

    kaja jest spoko zwlaszcza z bregoviciem.

    ok, perf, kumam. przypomina mi sie filmowa recenzentka angory, pani beata klaps, ktorej recenzji szczerze nieznosze. mniemam, ze ma jakastam wiedze na temat filmow, bo inaczej pewnie by jej w gazecie nie zatrudnili, ale jak masz jakastam wiedze, to nie piszesz, ze wszystkie horrory to kupa. mysle, ze po prostu nie lubi horrorow, bo ich nie rozumie i nie rozumie, bo ich nie lubi.

    ale z drugiej strony jak robisz recenzje tylko rzeczy na ktorych sie znasz i lubisz to tez nuda.

    z tego, co pamietam z liceum to recenzja ma byc z zalozenia subiektywną oceną.

    czarnowlose blade laseczki sa super, japonki mniam mniam, ale japonskich horrorow jak i japonskiej muzyki nie jestem w stanie przetrawić. rozumiem, czemu tak wygladaja, doceniam stylistyke, ale niczego to nie zmienia. ale w sumie mi sie moze nie podobac, bo ja sie nie znam. bardzo to wygodne, polecam każdemu.

    splice mnie troche rozczarowal. bo bylo niby duzo o biologii i to mialo byc takie prawdopodobne, a jednak, jak nie spales na biologii w liceum to zdajesz sobie sprawe jaka to okrutna bzdura. nie wiem, ciezko mi lykac filmy co proboja wszystko naukowo wyjasnic a sa nienaukowe. daje 7/10 (;

  • Perf

    „Jeśli recenzent muzyczny pisze o piosence, która mu się nie podoba (mimo że nie ma uprzedzeń lub nawet lubi wykonawcę/gatunek) – to musi jej dać 7/10, bo starannie wyprodukowana, wokalist(k)a nie fałszuje i ktoś ciężko nad wszystkim pracował? :)”

    zuziako

    Dokładnie i absolutnie tak. Choć takie rzeczy jak staranne wykonanie i nie fałszująca wokalistka to trochę mało, ale ogólnie tak.

    A ja myślę, że nie do końca.

    Owszem, to ważne rzeczy na które powinno się zwracać uwagę, ale…

    … pisząc recenzję restauracji, nie chwali się specjalnie lokalu za umyte talerze, czysty obrus, niezagrzybione ściany i potrawy wciąż ciepłe tuż po podaniu do stołu. To są minimalne standardy, które każda restauracja powinna spełniać, jeżeli wychodzi z czymś do ludzi.

    Jasne, brak któregokolwiek z powyższych może być powodem do srogiej zjebki. Ale same czyste sztućce i zainteresowanie obsługi to jeszcze nie powód do wysokich not dla restauracji. Raczej gwarancja dla dolnych rejonów stanów średnich, czyli jakieś… 3 albo 4/10?

    Podobnie ze wszystkim innym. Staranność wykonania to raczej standard, od którego w ogóle zaczynamy ewentualne rozmowy o szerszej dystrybucji a nie jakiś szczególny atut, który trzeba zauważać i chwalić, że w ogóle jest.

    Ale co racja to racja, fan Reznora nie powinien recenzować Britney, jeżeli wszystko, na co go stać, to wygodnie jadowite frazesy o popowej sieczce i plastiku.


  • Pozdrawiam, Piotr ‚Orlinos’ Kozłowski

    unka: Jeżeli Splice Cię rozczarował swoim podejściem do biologii (fakt, skrajnie uproszczonym), to chyba nie powinien podobać Ci się żaden film sci-fi. Ile jest takich, w których naprawdę nie ma kolosalnych wręcz czasem błędów?

    Przecież nauka, jak zwykle w kinie, była w nim tylko odskocznią do kwestii rodziny, potomstwa itp. Jeżeli już, to ja bym się prędzej czepiał dość pobieżnego potraktowania właśnie tych kwestii i skrętu w tanii horror w końcówce.

    Osobiście uważam, że zrobienie naprawdę realistycznego i opartego na nauce sci-fi jest nieomal niemożliwe (jest pewnie parę wyjątków), ze względu na długość filmów. W książce można zmieścić długie opisy techniczne czy polityczne (vide Clancy czy Crichton), które dla osób zainteresowanych będą mimo to ciekawe. A w pozostałych momentach dopełnić akcją czy dialogami.

    W filmie jest to niemożliwe. Jakby miało wyglądać naukowo poprawne „Splice”? Gigantyczny zespół naukowców (bo przecież nie genialna para modnie ubranej młodzieży), rozprawiająca na nudnych zebraniach o problemach z DNA, grzebiąca w probówkach i ślęcząca przed komputerem? I wynik lat pracy: jakaś super-dżdżownica, czy coś podobnego.

    Mam taką własną małą teorię, co do kawalkady narzekań na realizm, które pojawiają się przy takich filmach, jak Splice czy Incepcja – reżyserom zwyczajnie nie udało się oczarować was, swoich odbiorców. Jeżeli film „przemawia”, to o brakach się zapomina, jeżeli nie – to pozostaje marudzić na błędy, absurdy itp.

  • Ech, poproszę grzecznie o usunięcie tego nonsensownego pozdrowienia na początku, przekleiłem zbyt dużo. ;-)

  • Walerian

    Moim zdaniem nad całym rzędem teorii i interpretacji dotyczących filmu unosi się widmo jednej, absolutnej. Zastawiający jest fakt, że wydawałoby się, jakby wszystko kręciło się wokół Cobba. Tylko on ma tutaj przeszłość, rozterki, cel. Jest jedynym bliskim nam bohaterem (spośród i tak niewielu przedstawionych w filmie). Jednocześnie dziwnie anonimowe wydają się miejsca w których żył i do których chce wrócić (prawie żadne nazwy własne w filmie nie padają). Nieustannie ścigany jest również przez „anonimowe” (jak zauważa Mal) służby. Jak długo już przed nimi ucieka? Ile czasu minęło od śmierci Mal? Wydawałoby się, że niemało, jednak z jego wspomnień i opowieści, a potem w konfrontacji z rzeczywistością, widzimy, że ani on, ani jego dzieci z wyglądu się w ogóle nie zmieniły. Trwają w czasowym bezruchu. Cały ten świat wydaje się dziwnie ubogi, małomówny. Kolejnymi tropami jest imię jednej z bohaterek (Ariadne), symbolika labiryntu podkreślana w filmie, wspomnienie między słowami, że Cobb kiedyś już znalazł się w limbo.

    Co jeżeli wszystko co się dzieje w „Incepcji” jest wyłącznie projekcją Cobba, znajdującego się w śpiączce? Tworzy (zgodnie z motywem jednoczesnego tworzenia i uczestniczenia w śnie) motyw z zagadkową maszyną, pozwalającą wkroczyć do czyichś snów, aby sam mógł odnaleźć drogę do wyjścia ze swojego. Nieustannie tworzy i uczestniczy wraz z wykreowanymi przez siebie współtowarzyszami w akcjachm które ostatecznie mają pozwolić mu powrócić „do Domu” (który, jak wiele innych pojęć występujących w filmie, nie zostaje dookreślony). Wydawałoby się, że po odniesieniu sukcesu w sprawie Fischera, po mozolnych staraniach w końcu udało mu się wrócić do dzieci. Otóż nie. W tym momencie Cobb, uwierzywszy w powodzenie, podświadomie nie przewrócił swojego bączka, jak robił to dotychczas (aby motywować siebie do niepoddawania się). On kręci się nadal. Coob nadal jest w śpiączce. Nadal pozostaje uwięziony w swoim labiryncie, a jego dzieci znajdują się w świecie rzeczywistym. Kto wie, może już nie czekają? Może Cobb w rzeczywistości jest już starcem, który leży samotnie w szpitalu, pogrążony w komie. Jednak w świecie snu czas płynie niezmiernie wolno. Zwłaszcza w limbo.

    Nolan w swoich filmach silnie wnika w psychikę swoich bohaterów. Niejednokrotnie podkreślał zdolność człowieka do oszukiwania, ukrywania prawdy za sprawnymi działaniami. Zarówno w „Prestiżu”, gdzie głównymi bohaterami byli dwaj znakomici iluzjoniści. Jak i w „Memento”, gdzie człowiek cierpiący na amnezje, dopełniwszy krwawej zemsty za śmierć żony, nieustannie kreował nowego wroga, aby nie tracił celu, możliwości dążenia do czegoś.

    We wszystkich tych filmach Nolan stąpał mocno po ziemi. Iluzjoniści okazywali się zręcznymi spryciarzami, magii w tym nie było żadnej. Również w „Incepcji” nie ma żadnego science-fiction. Wszystko jest tutaj snem, wraz z tajemniczą maszyną. Ten film jest ponurą rzeczywistością, refleksją nad zawiłością zwichrowanego ludzkiego umysłu.

  • orlinos, no bingo, nie przepadam za sci-fi, bo najczesciej za malo w nim sci. a z kolei jak jest dużo sci to bywa nudnym gniotem.

    nie mam wątow do technologii użytej w splice – mam wąty do samej dren. po pierwsze, dlaczego z kotla randomowego DNA wyszlo cos, co ma kolec jadowy? po co w ogole wrzucac tam geny kodujące kolec jadowy? czemu to wszystko bylo takie na hybil-trafil? dalej, na takich skrzydlach, jakie jej wyrosly, nie da sie latać. no nie da sie po prostu. jeszcze dalej: jesli jeden organizm ma ogon, skrzydla, kolce jadowe, żabie pluca i wbudowana opcje zmiany plci a drugi organizm nie ma żadnej z tych rzeczy, to prawdopodobnie sa to przedstawiciele dwoch roznych gatunkow. ba! należą do różnych gromad. nie ma opcji, zeby dren zaplodnila panią doktor. te dwie istotki musialy miec rozna liczbe genow i chromosomow. absurd, absurd….

    tak, takie rzeczy mi przeszkadzaja. jak zaczynamy babrać sie w biolololo to albo dobrze albo wcale. dużo bardziej pasuja mi filmy inspirowane lovecraftem. takie, gdzie wiadomo, ze nie bawimy sie biologią, że nie ma opcji, zeby nauka cos wyjasnila, bo jestesmy poza domeną nauki i teologii. ew. filmy ktore bawia sie jakimis podaniami ludowymi. z reszta musze zrobic na blogu spis paru filmow, jakie polecam, bo ostatni film trafiajacy w moj gust to z rok temu widzialam.

    mowisz, ze to miala byc opowiesc o jakichstam perypetiach rodzinnych… pff… no wiec jakbym chciala ogladac filmy o perypetiach rodzinnych to siegnelabym po dramaty. takie wątki w sci-fi i horrorach jak dla mnie powinny funkcjonowac na zasadzie spoidel fabuly a nie stanowic glowny wątek. akurat w splice nie bylo ani za dużo ani za malo wywodow o potomstwie. w sam raz.

  • unka: No ale właśnie cała współczesna sci-fi filmowa właśnie tak działa. Nauka jest wątłą przykrywką dla kwestii emocjonalnych, dla zabawy popularnymi tematami medialnymi (np. słabawe „Surrogates” bawi się wyzwaniami „epoki photoshopa”). Tak jest od czasów Star Treka. ;-)

    Jest prawda naukowa i prawda emocjonalna – akurat sztuka dużo lepiej nadaje się do pokazywania właśnie prawdy emocjonalnej, od naukowej są fachowe podręczniki. (Nawet najlepsza, książkowa hard science fiction rozlatuje się, gdy tylko do analizy zabierze się ktoś z fachowym wykształceniem).

    Jeżeli preferujesz minimalizację wątków rodzinnych w horrorach, to ok. Aczkolwiek np. najlepsze powieści Stephena Kinga (choćby Carrie czy It) świetnie pokazują, że można wykreować opowieść przerażającą, a jednocześnie opisującą małomiasteczkową mentalność, przeżycia dojrzewających nastolatków itp.

    Czy jesteś w jakiś sposób zawodowo lub hobbystycznie związana z kwestiami biologicznymi? Bardzo się czepiasz tych kwestii. Wydajesz się natomiast być kompletnie niewrażliwa na to, o co (moim zdaniem) w tym filmie „chodzi”. (I co, zresztą, w pewnym momencie zostało brutalnie przerwane przez reżysera, by szybciutko urwać i zakończyć fabułę).

    Jeżeli tak, to poważnie Ci radzę, daruj sobie z góry takie filmy. ;-) I nie piszę tego złośliwie – po prostu skazujesz samą siebie na żywot osoby, która chadza na koncerty rockowe, by następnie wybrzydzać na to, że brak w niej skomplikowanych akordów (jak w muzyce poważnej lub jazzie – jak już grać akordy, to porządne, a nie durne power chords!), solówki za krótkie i powtarzalne itp. Natomiast choreografia czy charyzma wykonawców są „pff, nieciekawe”.

    Z drugiej strony, jeżeli nie daj Boże zastosowałabyś się do mojej porady, to nie miałabyś pewnie czego oglądać. ;-)

  • orlinos, wiesz, generalnie zanim cos obejrze rzadko kiedy znam CALA fabule i ciezko mi przed obejrzeniem powiedziec, czy w filmie sa jakos namietnie poruszane watki emocjonalne czy nie.

    splice irytuje mnie jeszcze z jednego powodu – z ktorego irytuje mnie wiele filmow – stara mi sie wcisnac jakiestam przemyslenia rezysera, z ktorymi nie moge sie zgodzic. ze niby organizmy transgeniczne to samo ZŁOOOO a już niedaj boże łączyć cokolwiek z ludzkim DNA.

    kinga filmow nieznosze.

    i powtarzam jeszcze raz: jakbym chciala ogladac dramaty rodzinne, ogladalabym dramaty rodzinne, nie horrory.

    z biologia mam tyle wspolnego, ze zdawalam ja na maturze w wersji podstawowej, czyli prawie nic. dlatego mowie, ze zwykly licealista umialby uznac ten film za bzdure w wielu miejscach.

    jesli chcesz wiedziec, jaki typ filmow mnie nie irytuje, to polecam odwiedzic strone filmikz.net i wklepac w szukajke AM1200 – linka nie podam bo mi konrad usunie, mimo, ze podawanie linkow do filmow on-line nie jest karalne. ba, nawet ich ogladanie nie jest. bo sa on-line. ściągać nie trzeba. nikt o nim nie slyszal, bo jest ponoc niszowy, w kinach go nie bedzie, na DVD do nas nie trafi. a jest po prostu miażdżący. goraco polecam, tym bardziej, ze wieczor sie robi. jak nie masz nic innego do roboty to zgaś światlo, odpal i jak skonczysz, to napisz, czy żyjesz.

    z innych rzeczy – ostatnio wsiąknelam w gatunek zwany mockumentary. na youtubie jest taka mini-seria, marble hornets. totalnie amatorskie filmy, zerowy budżet, wrażenia murowane. zwlaszcza jak sie wczesniej o calym projekcie poczyta.

    sorry za potężny offtop.

  • O, marble hornets to dobry shit jest. Co prawda wkurza mnie to machanie kamerą, ale generalnie klimacik jest no i The Slender Man jest teraz jednym z moich ulubieńców. Mam nadzieję na drugą serię.

  • slender man zoral mi banie. po marble hornets trafilam jeszcze na jedną gierke ARG, (ktora tez sie wokol niego toczyla) ktora splodzili ludzie z unfiction. i zasnac nie moglam.

  • Unka obczaj sobie japoński „Noroi The Curse”, może Ci podejść a znajdziesz to nietrudno. Tyż konwencja mockumentary, pan dziennikarz tropi duchy i inne zjawiska paranormalne z panem kamerzystą za plecami.

  • wlasnie to ogladam, calosc na youtubie na kanale użytkownika Chemizon. ma jeszcze kupe innych filmow. ale nie wiem, czy wytrzymam do konca. ta gra aktorska mnie boli. czuje sie, jakbym ogladala film z samymi malgorzatami kożuchowskimi. ci ludzie mnie totalnie irytują.

    dla odmiany, cos mniej irytujacego: rob, obejrzyj sobie „lake mungo”. na filmikzach jest.

  • 1. końcówka faktycznie zupełnie niepotrzebna – sugerowanie widzowi ” że to tylko sen” w żaden sposób nie wpływa na opowiedzianą historię, której akcenty tak naprawdę rozkładały się inaczej, przez co ostatnia scena ma już tylko charakter irytującej hollywoodzkiej zagrywki w stylu ręka zza grobu” – miliard razy przerabianej we wszystkich thrillerach i horrorach

    2. nie możność zobaczenia się z dziećmi faktycznie naciągana – raczej potraktowałem to jako symbolikę „powrotu do domu” nie wpadłem wcześniej na nielogiczność, która w kontekście „sprawy Polańskiego” jest rażąca! – mogę to ostatecznie uznać za plus filmu – reżyser zręcznie zamaskował betona:)

    3. „ratowanie Saito” – tu akurat uważam że wszystko jest ok. cała akcja opiera się na ŚWIADOMYM śnieniu KILKU osób NA RAZ , schodząc wszyscy razem do coraz głębszej podświadomości, przeważają projekcje i lęki najbardziej doświadczonej osoby, tej która już tam była, w tym wypadku Cobba, który na najniższej płaszczyźnie snu miał już swój świat ogarnięty – on był architektem ostatniej projekcji – nie mógł być nim Saito bo jako jedyny z grupy nie miał żadnego doświadczenia, po prostu się tam zgubił. nalezy też pamiętać, że światy snów mają charakter jedynie symboliczny, nie muszą być spójne – na umowności światów przedstawionych opierał się przecież cały fortel.

    4.”dlaczego nie zaszczepili mu chęci pogrążenia firmy w chaosie” – wykraść coś z czyjejś pamięci jest łatwo – bo to coś już tam jest. w odwrotną stronę trudniej: właśnie po to schodzą oni do coraz głębszej komy by na jak najgłębszym poziomie podświadomości zasugerować mu coś co dopiero może zaowocować w pomysł – przecież na co dzień nie sugerujemy się tym co nam się śni – nie zabijasz nikogo bo coś ci się przyśniło – z powodu snu nie rzucisz nawet szkoły czy pracy, nie zmienisz kolegów itd. – ci goście napracowali się by zasugerować typowi tak, by racjonalnie przeprowadził nieracjonalny pomysł.

    5. Incepcja wydaje się być filmem o stracie i tęsknocie ale w prawdziwym finale fimu – rozmowie z żoną przy stole, kiedy Cobb przyznaje się że na głębokim poziomie podświadomości zaszczepił własnej żonie „poczucie nierealności” – okazuje się, że „syndrom żony-zołzy” w jego wszystkich snach to tak naprawdę personifikacja głębokiego poczucia winy – w tym kontekście izolacja od dzieci może być formą kary, a błąkanie się po swiecie i robienie zleceń – formą pokuty, czyśćca, „z dala od domu pograżony w cudzych koszmarach”

    6. Incepcja zrobiła na mnie ogromne wrażenie ze względu na temat i podejście do tematu. sama fabuła nie jest tu najważniejsza, podobnie jak końcówka czy nielogiczności (znajdźcie mi film sf w którym ich nie ma;) ten film to raczej rozważania na temat snu w życiu człowieka. codziennie przez całe swoje życie każde pół doby poświęcamy na podróż poprzez projekcje własnych światów – są one odzwierciedleniem nas, tego kim jesteśmy itd. sen jest jednym z niewielu ABSOLUTNIE NIEMATERIALNYCH zjawisk w przyrodzie co do którego KAŻDY ma pewność że istnieje – jednak każda jednostka przeżywa go w samotności. można sobie sny opowiadać ale nigdy nie dowiemy się tak naprawdę jak ktoś „widział”(śnił) swój sen. są techniki śnienia świadomego, kiedy „odgrywasz” swój sen wiedząc że w nim jesteś, można to jakoś szkolic ale efekty czy w ogóle cała ta dziedzina jest zupełnie nie sprawdzalna. Incepcja opowiada właśnie o takich rozważaniach : 1.”gdybyś mógł budować cały sen świadomie, tak jak chcesz – czy chciało by ci się wracać?” 2. „gdybyś mógł wchodzić w inne sny? – wyciąganie z ludzi tajemnic to przecież niezły biznes” 3. „a gdybyś mógł dzielić to wszystko z ukochaną osobą?” itd itd
    traktujemy sny jak coś „zwykłego” – Nolan zwraca nam uwagę na ten zadziwiająco magiczny aspekt naszego życia

    to jest dla mnie najfajniejsze w Incepcji – wybuchy efekty i cała reszta to tylko hollywoodzkie szczegóły… z resztą dziś żadne „efekty” nie robią już na nikim wrażenia – XXI wiek…

    hmmm a tak przy okazji: nie czuliście się jak byście parodię OCEAN’S ELEVEN? ;)

  • A owszem, było to takie „heist movie” :)

  • Czym jest Incepcja? Już na samym początku, w kontakcie z tytułem filmu widz otrzymuje do rozgryzienia słowo, które praktycznie w polskim języku nie istnieje. Pochodzące od angielskiego Inception jest pierwszą tajemnicą do rozgryzienia. Tymczasem jest to dopiero początek…

    Co w filmie widział mężczyzna, a co kobieta? Recenzja filmu widziana oczami obu płci. Polecam :)
    http://www.mmbydgoszcz.pl/9274/2010/12/20/cinemma-incepcja–nie-zasnij-bo-sie-zagubisz?category=news

  • arutr888

    cobb był w zeczewistosci pponiewaz skod sie pojawil dziadek.cobb nie mial zadnych takich wspomnien z dziadkiem.a po tym bylo widac ze baczek powoli przestawal sie krecic.

  • ortografia tez była w rzeczywistości i gdzie się podziała?

  • Obstawiam, że cała akcja z Fincherem była snem od momentu wizyty u chemika (po znalezieniu fałszerza) i próbowania jego specyfiku podziemiu z grupą starców. Po zaśnięciu i wizji swojej żony Cobb niby się budzi, ale przemywając twarz nad zlewem, zauważa w lustrze odbicie Mal. Zaczyna kręcić bączkiem, by przekonać się że to są zwidy, ale przeszkadza mu Saito, a bączek spada na podłogę, więc test rzeczywistości się nie odbywa. Później mamy obraz przygotowań i gdy Ariadna ma swój talizman, to Cobb kolejny raz puszcza swój bączek, który się nie przewraca, ale nikt na to nie zwraca uwagi. Końcowa scena może być konsekwencją tylko tego faktu, a przechodzenie pomiędzy snami i limbo jest tylko i aż zabawą (zresztą świetnie zrobioną) reżysera z widzem.

  • Czas kręcenie się baczka zależy od kilku czynników i przy sporej masie, dobrym wyważeniu może się kręcić bardzo długo – jak dla mnie końcówka wskazuje na to że to była rzeczywistość a nie sen. Bączek gubi swoją oś obrotu (zaczyna się kołysać), a więc zwalnia, jeśli zwalnia to w konsekwencji się zatrzyma – więc to nie sen.

    W filmie celowo zaprezentowano tego typu totem (a nie inny, reagujący natychmiast – np przewracający się), gdyż pozwala on zbudować pewien stan niejasności. Każdy wie że taki brzęczyk „jakiś” czas się będzie kręcił, pytanie jaki? Jedynie co możemy obserwować to jego zachowanie się w czasie…

    Scena zginania miasta czy walki jest zupełnie niepotrzebna. Wygląda jakby ktoś na siłę starał się wstawić trochę efektów specjalnych do filmu.

    Jeśli natomiast ktoś uważa że to „przesadzony film jest”, proponuję przed snem w momencie zasypiania, starać się nie stracić świadomości. Ja robię tak że mówię sobie – Ja nie zasnę, ale Ty idź. Można doświadczyć ciekawych wrażeń. Efekt odwrotny do tego z filmu ale łatwy do osiągnięcia i jako pierwszy krok, doskonały.

    Film doskonały, polecam każdemu. Jedynie czego nie potrafię zrozumieć to dlaczego dzieci nie przyjechały do Paryża. Gdy nie potrafię wyjaśnić, zadaję pytania: Co by było konsekwencją tego przyjazdu? oraz Co jest przyczyną tego ze one nie mogą przyjechać do ojca?

    Pozdrawiam :)

  • Nasz bohater chyba nie mógł oficjalnie przebywać w Paryżu. Miles widocznie nie mógł/nie chciał mieć praw do dzieci.

Dodaj komentarz