Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

We are one-thirty-eight!


muzyka, rebusy · komentarze 3

Misfits - Land of the Dead
Okładka singla – Arthur Suydam, rysownik okładek „Marvel Zombies”.

Można narzekać na obecną formę Misfits, na brak Glenna Danziga czy choćby Michaela Gravesa. Mi także się to zdarzało, ale skoro koncert Wyrzutków odbywał się tuż pod nosem, to nie mogłem go odpuścić. W końcu to jednak Misfits. Nawet jeśli z oryginalnego składu ostał się tylko Jerry.

Dwa słowa trzeba poświęcić miejscu, gdzie odbył się koncert – Toronto Opera House to budynek starego wodewilu z 1909 roku, potem mieściło się tam kino. Dookoła sceny zachowały się złocone zdobienia, po bokach niewielkie loże a z tyłu wielki balkon dla publiczności – w połączeniu z dekoracjami rodem z horroru i czerwonym oświetleniem dało to przedstawienie w iście złym guście.

O zespołach supportujących nie warto właściwie wspominać. Death Leppard – przeciętna punkowa łupanina i wokalista, którego teksty były równie zabawne jak koszulka – „If You are a virgin, I can change it”. Oczywiście nie umiał śpiewać, ale nadrabiał entuzjazmem. Większy potencjał pokazał frontman Bastard Child Death Cult – nie silił się na żarty i przetykając każdą wypowiedź toną fucków ryczał hc\punkowe\thrashowe kawałki. Zero subtelności, pełen ogień pod sceną, co zresztą można sprawdzić na YouTube (1, 2, 3). Zespół ma na koncie teledysk w komiksowej stylistyce, a cały materiał z ich krążka „Year Zero” (jakże oryginalnie) można pobrać ze strony wytwórni

Bastardzi wydali ostatni okrzyk i po przerwie na regulację poziomu płynów, zapadła cisza, którą przerwało upiorne intro, niczym czołówka ze starego horroru – do odsłuchania na YTube, lecz w paskudnej jakości. Zaraz po nim ściana dźwięku – chyba najgłośniejszy koncert na jakim byłem, bo dotychczas tylko po Down w Stodole dzwoniło mi w uszach przez 24 godziny. Jednak po pierwszym szoku dało się z hałasu wyłuskać wokal Jerry’ego Only, który nigdy nie umiał i nie nauczył się śpiewać. Na szczęście często wspomagał go Dez Cadena, znany z Black Flag. Ale nie o wokal w punku chodzi, więc niżej podpisany rzucił się w pogo przy „Halloween”. Okazało się, że Kanadyjczycy jednak potrafią zrobić młyn, czego nie uświadczyłem zupełnie na koncercie Roba Zombie i Alice’a Coopera.


(wersja słuchalna)

Pierwsze wrażenie wizualne – geriatria, postarzeli się panowie strasznie. Gdyby nie makijaż, który jakimś cudem nie spłynął, to mógłbym pomylić ich z Budką Suflera. Jerry nieco wyłysiał, ale devilocka postawił. Żeby jednak nie było – dawali czadu równo, przez półtorej godziny – a w wypadku Misfits jest to półtorej godziny ciągłego grania kawałków po dwie minuty. Zbędnych przerw na konferasjerkę nie było – „Tytuł, one, two, three, four!” i jazda. Grali największe standardy: „Astro Zombies”, „Where Eagles Dare”, „Night of the Living Dead”, „Green Hell”, „Devilock”, „Skulls”, „Eyes” i oczywiście „Die Die My Darling” zagrane już w ramach bisu, który zmieścił dobre 10 utworów, po krótkiej zaledwie przerwie. Spokojniej zrobiło się przy „Descending Angel”, który Jerry zadedykował zmarłym Peterowi Steele, Ronniemu Dio i Paulowi Grayowi. Zaskoczyło mnie totalnie odjechane „You Belong to Me” – cover z „Project 1950”. Poza tym Misfitsi starali się promować swoje najnowsze wcielenie – zagrali „Land of the Dead”, tytułowy singiel z nadchodzącej płyty.

Misfits in Toronto

Szczerze mówiąc, to mogła być jedna z ostatnich okazji, by zobaczyć Misfitsów. Nowa płyta może okazać się niewypałem, a latka lecą i za chwilę naprawdę mogą nie dać się słuchać i oglądać. Póki co była jednak odrobina magii i odrobina szaleństwa, a moment gdy sala wyciągnęła ręce i wydarła się „We are one-thirty-eight!” to ciary i dożywotnie miejsce w pamięci. Jeśli trafi się niedługo sposobność ich zobaczenia – koniecznie skorzystajcie.

Ze spostrzeżeń pobocznych – kompletny zakaz palenia w klubie, nie licząc holu, to świetny pomysł. Wreszcie na koncercie nie umierałem z duchoty i nie musiałem palić ubrań po powrocie. Druga ciekawostka to wielki Murzyn w łazience. Okazało się, że prowadził tam niezły interesik – dając symboliczny napiwek można dostać nie tylko mydło i ręczniki, ale też skorzystać z różnych rodzajów dezodorantów, perfum odświeżaczy, gum do żucia. Co kraj, to obyczaj. Foty są kiepskie, bo ochroniarz krążący wśród tłumu grzecznie zwracał uwagę każdemu, kto próbował fotografować innym aparatem, niż komórkowy.

komentarze 3

Dodaj komentarz