Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Marvel Noir – Daredevil i Spider-Man


import · komentarzy 5

Daredevil Noir

Marvel Noir to kolejny alternatywny świat w obrębie wielkiego i cały czas puchnącego uniwersum Marvela. Od pozostałych różni go to, że jest osadzony w klimacie… zgadliście – noir! Czy da się pogodzić USA lat trzydziestych, nieustanny deszcz, mroczne zaułki, prohibicję, mafijne porachunki, prochowce i kapelusze Fedora z… superbohaterami w kolorowych trykotach? Sprawdziłem czytając „Daredevil Noir” i „Spider-man Noir”.

Oba tytuły to czterozeszytowe miniserie, zebrane w tomiki, o nieco mniejszym niż zwykły TPB formacie – bardzo poręcznym do czytania. Na pierwszy ogień poszedł Daredevil, ponieważ jestem właśnie w trakcie czytania jego przygód autorstwa Briana Michaela Bendisa, więc porównania nasuwają się same. Wersję noir napisał mało znany z komiksów Alexander C. Irvine, pisarz science fiction. I mam wrażenie, że nie odrobił pracy domowej z historii Daredevila. A może odrobił ją tak gorliwie, że bał się napisać coś nowego?

Każdy, kto czytał choć kilka przygód Śmiałka, wie, że dużo bliżej jest mu do samotnego mściciela, niż herosa w lateksie. Daredevil działa sam, w obrębie Hell’s Kitchen, którą objął opieką. Jest bohaterem ulicznym i zajmuje się przyziemnymi problemami – dużo częściej walczy ze zwykłymi bandziorami, gangsterami i psycholami, niż z kosmicznymi zagrożeniami z innych wymiarów. Jego metody nie zawsze należą do najczystszych i czasem staje ponad prawem. Nie ma więc większego problemu, by przenieść taką postać w klimaty noir. W przypadku opisywanego komiksu scenarzysta poszedł po linii najmniejszego oporu, zmieniając tylko detale. Czytając „Daredevil Noir” zaraz po historiach autorstwa Bendisa nie czułem wielkiej różnicy. Osią scenariusza jest zmaganie Daredevila z Kingpinem, a także nowym graczem w mafijnym światku – Orville Halloranem, który ma zaskakująco dużo wspólnego z historią życia Matta. Jest także kobieta fatalna, która prosi Murdocka o pomoc oraz tajemniczy zabójca, który nigdy nie chybia. Nic, czego nie byłoby w historiach Bendisa. Nawet grubo kreślone, ziarniste, jakby przybrudzone rysunki Tomma Cokera przypominają mi prace Alexa Maleeva.

Daredevil Noir & femme fatale

Najistotniejsza przy przenoszeniu postaci w lata trzydzieste wydaje się kwestia supermocy – tu potraktowana po macoszemu. Matt traci wzrok w wyniku uderzenia w głowę i zupełnie znienacka wyostrzają mu się inne zmysły. Do tego twórcy pokusili się o zmianę kostiumu, na dziwaczne połączenie stroju treningowego i maski karnawałowej. A zupełnie głupim pomysłem jest wątek młodocianej kariery niewidomego cyrkowca, który na scenie pojawia się w charakterystycznym czerwonym kostiumie – tym samym, w którym potem wyjdzie na ulice. Zresztą kwestia sekretnej tożsamości Matta jest także potraktowana dość luźno – kolejna rzecz wywołująca wrażenie wtórności wobec runu Bendisa.

Nie zrozumcie mnie źle – „Daredevil: Noir” jest naprawdę dobrze napisaną historią, jednakże zbyt sztampową i bliską swojemu pierwowzorowi, by zasługiwać na osobny świat. Fani Śmiałka nie znajdą w niej nic, czego nie widzieliby już wcześniej, zaś fani klimatów rodem z „Sokoła Maltańskiego” będą czuli niedosyt.

Spider-man Noir jakiego nie znaliście do tej pory...

Zupełnie inaczej sprawa ma się ze „Spider-man Noir”, który jest dużo bardziej klasycznym elseworldem (choć to termin DC). Scenarzyści, David Hine i Fabrice Sapolsky, wzięli z historii Spider-mana kilka kluczowych elementów i obficie zanurzyli je w sosie noir, zmieniając sporo kluczowych kwestii. Miastem rządzi bezwzględny mafioso Osborn, znany też jako Goblin, którego gwardię przyboczną stanowi grupa oprychów-dziwaków – każdy fan pajęczaka bez trudu ich rozpozna. Ciocia May jest socjalistyczną aktywistką, która w latach wielkiego kryzysu nawołuje proletariat do walki o swoje prawa. Zaś wujek Ben zginął długo przed tym jak Peter stał się Spider-manem. Sama śmierć jest zresztą dużo okrutniejsza i dobrze wpasowuje się w konwencję. Takie igranie z podwalinami serii jak i detalami świetnie kreuje podobny, lecz jednak odrębny świat, który z przyjemnością odkrywa się na nowo. Duża w tym zasługa zabiegu scenariuszowego – klimat noir nie oznacza tu zmiany tylko głównego bohatera, jak to było w Daredevilu, a scenarzyści nie próbują omamić czytelnika kosmetyczną zmianą wyglądu bohatera. Dużo miejsca poświęcono przedstawieniu samego Parkera i otaczającego go społeczeństwa. Dopiero w połowie komiksu pojawia się nowy Spider-man, jednakże też zmieniony z pomysłem – już od zdobycia mocy, które nie mogło się odbyć za sprawą radioaktywnego pająka. Zdradzę tylko tyle, że widać tu odpryski historii „The Other”. Nowy Pająk to też nowe metody działania i mroczny kostium, który jest po prostu odjazdowy. Spider-man zaskakująco wiarygodnie wypada jako bezkompromisowy mściciel i dobrze przystaje do ponurych realiów. Historię można polecić nawet tym, którzy nie znoszą ciamajdowatego Parkera i dowcipkującego Spider-mana – w „Spider-man Noir” tego nie uświadczycie. Zresztą seria doczekała się sequela, o podtytule „Eyes without a face”, co też o czymś świadczy.

Spider-Man Noir 2

Różnice między światem noir a klasycznym 616 cieszą z jeszcze jednego powodu – noir ma być jednym z dostępnych uniwersów w grze „Spider-man: Shattered Dimensions” – jest szansa, że w jego obrębie zostanie opowiedziana mroczna, brutalna i dojrzała historia.

Póki co herosi Marvela nie wypadają najgorzej w świecie kryzysu i prohibicji, choć mam pewne wrażenie niewykorzystanego potencjału. By je zweryfikować, musiałbym sprawdzić jak w świecie noir radzą sobie inni bohaterowie Marvela. W przypadku Punishera, Wolverine’a i Luke’a Cage’a obawiam się casusu Daredevila – te postacie są i tak mocno osadzone w podobnej surowej i ciężkiej stylistyce. Cała ta koncepcja herosów noir byłaby zdecydowanie ciekawsza, gdyby w ogóle pozbawić ich supermocy – tak jest w „X-men Noir”, do którego lektury się przymierzam. Największe wątpliwości i zaciekawienie budzi rozkręcający się dopiero „Iron Man Noir” (#1, #2) – doczekamy się post-steampunkowej zbroi na parę? A może potwierdzi się prawidłowość, że wciskanie popularnego bohatera do każdej serii i imprintu kończy się nie dającą się czytać kupą?

komentarzy 5

  • Hm. porzycz? ja kcę!!!

  • Wrócę, to chętnie Ci pożyczę. Spider wart wydania kasy. DD też, jeśli nie czytałeś za dużo – nie będziesz miał poczucia wtórności.

  • DD: Noir jest sztampowy i jako DD i jako noir. To fakt. Ale jednak jest kilka zmian i „ciekawostek” w stosunku do „oryginiału”. Nie chcę spoilerować, ale Matt nie jest prawnikiem, ciekawa jest relacja między DD a Bullseye – to było zaskoczenie, chyba się zgodzisz Pawle?

    Wolvie Noir jest w sumie bardzo podobny do DD. Prywatny detektyw, kobieta w opałach, wewnętrzne rozterki i zemsta. Szablon jednym słowem. Ale warto te serie przylukać (byle nie za dużo – 2,3 max, bo to na jedno kopyto robione). Ale graficznie są ciekawe.

  • Tak, Bullseye był zaskoczeniem, ale miałem wrażenie, że zrobionym na zasadzie: „no to zmieńmy coś, bo na razie wszystko jest tak samo”.
    Ale to ogólnie niezła historia, dobrze wpasowująca się w run Bendisa i Maleeva. Tylko trochę za mało noir na osobny imprint.

    Sprawdzę jeszcze „X-men” bo ten brak mocy intryguje.

  • X Men (bo w Noir jest bez „-„) jest słabiutkie. Przegadane i z marną intrygą. Rysunki też gorsze niż w pozostałych. Nie polecam.

Dodaj komentarz