Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Kick-Ass – komiks vs film


film, papier · komentarze 22

Kick-Ass - scenariusz Mark Millar, rysunek John Romita Jr
Od prawie miesiąca z miejskich murów atakują plakaty filmowej adaptacji „Kick-Ass”. W oczy rzuca się nieudolnie zamaskowane słowo-hasło: „Zajebisty!”. Postaram się użyć nieco większej ilości przymiotników, by ocenić, czy faktycznie film zasługuje na taki epitet. A może lepiej przeczytać komiks?
Uwaga, tekst zawiera spoilery!

„Kick-Ass” stworzył kickassowy duet – napisał Mark Millar, autor „Wanted”, „Ultimate X-Men”, „Superman: Red Son”, “Civil War”, a ostatnio „Old Man Logan”. Za ołówek złapał John Romita Jr („Przedwieczni”, „Amazing Spider-man”, „Daredevil: The Man Without Fear”). Nie jest to typowy komiks superbohaterski – nosi piętno ery nowoczesnej – czasów, gdy w herosie bardziej od jaskrawego kostiumu i mocy interesują nas rozterki osoby kryjącej się pod maską. A kryje się tam Dave Lizewski – nastolatek jak każdy inny, pryszczaty, czytający komiksy. W amerykańskim serialu szkolnym byłby tylko tłem dla klasowych gwiazdeczek i macho. Porównania do Petera Parkera nasuwają się same i zarówno przy komiksie jak i filmie miałem wrażenie, że to „Spider-Man” w krzywym zwierciadle. Dave także podkochuje się w koleżance, także jest obiektem drwin i zaczepek silniejszych nastolatków. Nie ma jednak zadatków na klasowego kujona-geniusza. Jak sam mówi – jest nikim. Od Petera odróżnia go jeszcze jedno – Dave chce zostać superbohaterem.

Kick-Ass na YouTube

Zabawna w „Kick-Ass” jest jego metatekstowość. Będąc bohaterem komiksu, Dave sam zaczytuje się w zeszytach o superherosach, jednak żyje w normalnym świecie, gdzie próżno wypatrywać jaskrawej peleryny na niebie. Mimo to postanawia przenieść zasady znane z komiksów na grunt realny. Problem w tym, że świat nie działa tak prosto. Tradycyjny komiks superbohaterski nauczył czytelnika, że rekompensatą za nijakość i zwyczajność życia alter ego herosa są niezwykłe moce. „Kick-Ass” obala ten schemat. Millar nie daje Dave’owi żadnych niezwykłych mocy, a także powątpiewa w samozwańczych „ludzkich” obrońców prawa. Dave nie jest jak Rorschach czy Gangbuster. Podobnie jak oni ma kostium i zapał do pomagania innym. W przeciwieństwie do nich – po swojej pierwszej interwencji ląduje na pół roku w szpitalu. Wyposażony w metalową płytkę w głowie, która daje mu częściową odporność na ból, wraca na ulice.

Fragment plakatu 'Kick-Ass'

Komiks bezlitośnie drwi sobie z superherosów. Dave spotyka na swojej drodze Big Daddy’ego i Hit-Girl – dwie wariacje na temat Batmana i Punishera zarazem. Red Mist z kolei jest kpiną z Batmana i Robina w jednym, pokazując, jaki byłby Bruce Wayne, gdyby rodzice nie zginęli, a ich bogaty synek i tak zdecydowałby się na nietypową karierę. W finale okazuje się, jakie pobudki naprawdę kierują herosami – Millar zniszczył zupełnie schemat szlachetnych obrońców, pokazując ich jako dziwaków z rozchwianym systemem moralności oraz niejasnymi motywacjami. Prawdziwe oblicze Big Daddy’ego może zaskoczyć. W świecie „Kick-Ass” bohaterowie budzą raczej litość niż podziw. Obalanie schematu nie jest jednak osią komiksu – sednem jest walka, zamaszyście kreślona kanciastą kreską Romity Juniora. Twarze rysuje okropnie, ale ich miażdżenie wychodzi mu koncertowo. Dlatego fani klasycznego superhero też będą usatysfakcjonowani.

W czasie oglądania filmu w głowie spierały mi się dwa sprzeczne głosy. Pierwszy krzyczał:„To nie tak!”, gdy patrzyłem, jak pastiszowy komiks o ludziach w trykotach został przerobiony na komedyjkę dla nastolatków, z obowiązkowym wątkiem nastoletniej miłości i sceną seksu w miejscu publicznym. Zęby bolały mnie od dialogów między Kate a Dave’em – wszystko układało im się tak nieprzyzwoicie dobrze. Jak wszystkim historiom miłosnym o nastolatkach, nie można jej odmówić uroku, wynikającego z obserwowania nieporadności, szczerości, a także z ewentualnych analogii do życia widza. Co jednak nie ratuje części obyczajowej od płytkości.

Podstawowym zarzutem wobec filmu jest odejście od pastiszowego traktowania herosów, na rzecz hollywoodzkiego schematu „od zera do bohatera”. Niepotrzebnie skupiono się na fakcie, że Dave po operacji nie odczuwa bólu, wyolbrzymiając to do rozmiaru supermocy. W ten sposób Kick-Ass stał się typowym bohaterem, a ja miałem wrażenie obcowania z nie tyle z realistyczną, co tanią wersją „Spider-Mana”. Także w przypadku Big Daddy’ego i Hit-Girl zmieniono nieco ich historię i wygląd, jeszcze bardziej zbliżając ich do budżetowych wersji Pogromcy i Mrocznego Rycerza, co spłyciło te postacie. Fabuła stała się przez to banalna – ot, kolejna historyjka o dzieciaku, który przywdział kostium i po początkowych trudnościach pokonał wielkie zło. Tylko mniej jest fajerwerków i „promieni z dupy”, a więcej krwi i trupów. I nie braknie patetycznych tekstów o tym, że brak mocy nie oznacza braku odpowiedzialności.

Kick-Ass Hit-Girl

Weźmy finalną walkę – w komiksie to gorzka i dramatyczna zemsta Hit-Girl, która morduje wrogów, by potem móc wreszcie po ludzku opłakać stratę ojca. Niegdyś heroiczny Kick-Ass pałęta się małej rzeźniczce pod nogami, próbując już tylko nie zginąć. Walka z nemesis zaś – Red Mistem – to żałosna naparzanka. W filmie finałowa bitwa team-up dwojga młodych, pięknych, niezłomnych herosów – pełna piruetów popisówa z plecakiem rakietowym, piruetami z katanami i ciągnącym się gagiem z bazooką. Banaaaał. W dodatku tytułowego bohatera przyćmiewa Hit-Girl (Chloe Moretz) – naturalna i wdzięczna w czynieniu masakry. Przerażająco naturalna, jeśli wziąć pod uwagę, że to dwunastoletnia dziewczynka.

Z drugiej strony podczas oglądania tej walki, a także wcześniej, w mojej głowie rozlegały się też okrzyki: „Wow, to było świetne!”. Gdy odedrzeć słabiutki wątek obyczajowy, czuć, że „Kick-Ass” zrobił nerd dla podobnych mu nerdów. Sami bohaterowie wspominają o „Sin City”, sceny walk zaś przenika dodatkowo duch „Kill Billa”, „Matrixa” czy nawet „Drużyny A”. Trudno nie uśmiechnąć się pod nosem, gdy Hit-Girl biega po ścianach, strzelając symultanicznie z dwóch pistoletów czy likwiduje strażników przy dźwiękach motywu z westernu „Za kilka dolarów więcej”. Efekciarstwa i przerysowania nie można filmowi odmówić – tym faktycznie kopie tyłek.

Kick-Ass - Dave Lizewski i dwa inne komiksowe geeki

Z kolei sceny w sklepie z komiksami to echa podśmiewania się i podkreślania osobliwości subkultury geeków – kłania się Kevin Smith czy „The Big Bang Theory” czy wspomniane przez Konrada „Freaks and Geeks”. „Kick-Assowi” brakuje jednak nieco lotności i dojrzałości żartów – widać, że wycelowany został w młodszą publiczność. Oglądaniu całości towarzyszy mruczenie „Byyyyłooo”, ale to takie zadowolone mruczenie maniaka łechtanego w nerw popkulturowy. Stąd przedłużona żywotność filmu – warto nabyć go na DVD, by na spokojnie wyłapywać rozmaite nawiązania do tekstów popkultury.

Komiks mówił o potędze marzeń, by na koniec zafundować czytelnikowi kopa w twarz – bohater może sobie być podziwianym herosem, ale jego tata i tak szybciej wyrwie panienkę – po prostu przez serwis randkowy. Dave herosem został przez przypadek, cudem uniknął śmierci, a oczekiwane powodzenie w życiu nie nadeszło. Jednak sponiewierany przez los wiedział jedno – swoim przykładem faktycznie zmienił świat, dał mu superbohaterów – nawet jeśli wyszło to przypadkiem, a część jego naśladowców to żałośni przebierańcy. Epilog pokazuje jednakże, że za herosami przyjdą supełotrzy – i zaatakują w sequelu, który Millar oficjalnie zapowiedział tuż przed premierą filmu. Nie powiem, żeby ten pomysł mi się podobał – komiksowy Kick-Ass nie ma żadnej sensownej motywacji, by wrócić do akcji. Filmowy zaś aż się o to prosi – można się zresztą było tego spodziewać, po hollywoodzkiej maszynce do robienia pieniędzy. Pewnie poradziłaby sobie nawet bez Millara.

Urocza Hit-Girl z komiksu 'Kick-Ass'

Jeśli chcecie znów spojrzeć na bohaterów z nieco innej strony, pobawić dekonstrukcją (to słowo musiało paść) i znów zastanowić się, jaki typ ludzi zakłada maski i jaka jest ich szansa na przeżycie – wybierzcie komiks. W kinie czeka na Was pozornie niestandardowy bohater w przerysowanym i naładowanym akcją blockbusterze, który ktoś nieudolnie zmieszał z serialem obyczajowym dla licealnej młodzieży. „Zajebisty” na plakacie to przesada – jest całkiem dobry, ale z pewnością zdarzy Wam się wywrócić oczami. Swoją drogą plakat wybrano strasznie nijaki – amerykański z komiksowym klimatem jest dużo lepszy.

No i nie wolno zapomnieć – film uczy jednej ważnej rzeczy, której w komiksie nie było. Najlepszy tekst na podryw to: „Chodź, zarażę Cię pasją do komiksów”.

komentarze 22

  • Filmu nie widziałam, komiksu nie czytałam, ale zgadam się w pełni co do plakatu – amerykański o niebo lepszy, zupełnie inna jakość i klimat. Teraz wiem jak się komiks i film kończy, ale cóż… jeszcze nigdy mi taki drobiazg nie popsuł zabawy:)

  • Okej, po kolei (znów pewnie mi wyjdzie tl;dr, ale tu może, w odróżnieniu od mojego blogaska, przynajmniej sam autor komentowanego tekstu przeczyta ;) ):
    Obejrzałam film.
    Dave jest baranem, że nie próbował nawet pouczyć się ani podpatrzeć żadnych metod walki – jasne, żeby znać karate czy kung-fu potrzeba lat, ale no nie wiem, choćby podstawy z anatomii i wiedza, w co najbardziej boli dałyby mu wyższy procent szans, przynajmniej na pięści.
    Te elementy obyczajowe nie były jedynymi nierealistycznymi – pod koniec też już z walką przesadzali, Hit Girl strzelała naraz z dwóch spluw, a odrzut z jednej takiej by ją powalił. Scena z lakierem do włosów również zbyt gładko poszła- normalni ludzie nie przechodzą do porządku dziennego nad takimi rzeczami tak szybko. Tyle, że nie przeszkadzało mi to, bo było zabawnie i cool – a dla śmiechu i zajebistości właśnie szłam i się nie zawiodłam.
    Nie zgodzę się, że wyolbrzymili jego nieodczuwanie bólu – tak, zachwycił się tym, bo nie miał czym innym, ale nadal obrywał nie umiejąc się nawet trochę obronić i faktycznie go bolało podczas transmitowanego łomotu. Tekst z odpowiedzialnością też był przecież wpisaniem się w konwencję i wyśmianiem jej, przynajmniej ja to tak odebrałam.
    Spoilujesz śmierć Big Daddy’ego. A walka Kick-assa z Red Mistem nadal była groteskowa i żałosna. Może tylko trochę bardziej filmowa.
    Byyyłooo? No nie wiem, chyba jeszcze nie w takim ujęciu. Owszem, nawiązania popkulturalne są już immanentną częścią innych dzieł popkultury (hurr-durr), ale te są wycelowane nie w oglądającego TVN (jak z tego koszmarnego, francuskiego Kota w Butach), ale w geeka, konsumenta komiksów, i to tych uważanych za najgłupsze, bo o latających facetach z gaciami na kalesonach. Sama ich sporej ilości podobno nie wyłapałam. Choć z drugiej strony, nie wyłapałam też cytatu z Człowieka z Blizną, bo zwyczajnie nie oglądałam (tak, Pulp Fiction też jeszcze nie), nie tylko więc fani gości w pelerynkach będą zadowoleni.
    I, przyznaję, komiks mam jeszcze przed sobą – zdecydowaliśmy, że kupimy na PSN dopiero, gdy zobaczymy film – a po nim już widać, że warto. Bo mówisz, że lepszy? :)

  • Tekst bardzo przyjemny…tylko te potworne spoilery. Wypadałoby chociaż na początku tekstu dać napis „Spoiler alert” czy coś.

  • Sam nie wiem co sądzić o filmie. Komiks zacząłem śledzić dość dawno temu, więc w sumie mało co mnie zaskakiwało w filmie. Z drugiej strony widać, że jest to w dużej mierze film od geeka dla geeków, a i więc siłą rzeczy uśmiechałem się pod nosem :) Niemniej, za często banałem tu dla mnie wiało, że o końcówce, która nie przypadała mi do gustu, nie wspomnę.
    Przehypowany film (IMO), tyle mogę powiedzieć. Za duże oczekiwania, za mało spełnionych obietnic. Na DVD, w domowym zaciszu – wręcz idealne, a póki co lepiej przeczytać komiks.
    PS. Swoją drogą, jest to jeden z nielicznych obecnie filmów w którym Nicolas Cage gra DOBRZE! Szok :)

  • Komiks i film dwie różne sprawy. Komiks jest moim zdaniem najlepszą historią superhero od czasów „Strazników”. Film wyszedł kolejny „Spider-man”, tylko z mocniejszym mordobiciem. Ale to co zrobili w filmie z Big-Daddym i wątkiem miłosnym to trąci żenadą. Niestety.
    Komiks był przerysowanie realistyczny. Przez to był taki prawdziwy. Bo to nie była kolejna historia „zero to hero”.

    I tak jak mówi spell – ja widziałem film, czytałem komiks, więc mnie to nie robi. Ale serio przyda wam się jakieś ostrzeżenie o spoilerach.
    Bo śmierć Big Daddy’ego i ogólne szczegóły zakonczenia – ludzie nie chcą takich rzeczy wiedziec przed filmem. Mnie spoilery szczególnie nie ruszają, ale wiedzcie, że motyw właśnie po raz kolejny zjebał komuś oglądanie filmu/czytanie komiksu.

  • „– możesz sobie być herosem, ale twój tata szybciej wyrwie panienkę przez serwis randkowy.” Wyjaśnijcie mi to zdanie, jeśli możecie, bo przeczytałem je parokrotnie i nadal go nie rozumiem.

  • @Matt – zrozumiesz po przeczytaniu komiksu. Ale mogę Ci wyjaśnić – napisz jak wolisz. W filmie ten wątek pominięto.

    @wszyscy piszący o spoilerach – racja, ostrzeżenie się przyda. My bad.

    @r.sienicki – Wiem, że komiks i film to dwie różne sprawy. Można jednak przenieść komiks perfekcyjnie na ekran – vide Sin City, 300, a nawet… Spirit. Tu nie wyszło – komiks był fajny, film był przefajnowany i skierowany nie wiadomo go kogo – czy do 20-30 letnich miłośników komiksu i innych nerdów, czy do nastolatków lubiących wątki miłosne i radosne klepanie po mordach. Acz przyznaję – bawiłem się nieźle.

  • a z ciekawości: komiks se sprowadzałeś ze stanów, jakaś cyfrowa dystrybucja, czy umknęła mi jego dostępność w Polsce?

  • Odpowiedzi 1 i niejako 3 – polski sklep sprowadzający ze Stanów.
    Aczkolwiek ktoś mógłby to puścić po polsku przy okazji filmu.

  • Wybaczcie, ale częściowo powtórzę się z Kolorowych Zeszytów… Film podobał mi się dużo bardziej od komiksu. W filmie wszystkie postacie były o wiele bardziej rozbudowane, dostały więcej czasu i nie było tego kretyńskiego wątku z walizką Big Daddy`ego. Generalnie wszystkie wątpliwe pomysły Marka Millara zostały zmienione, a te lepsze jeszcze bardziej dopieszczone.

    A do wszystkich narzekających na różnicę między filmem a komiksem mam tylko jedno do przekazania:
    http://www.filmweb.pl/topic/1373727/Mam+pytanie+do+tych+wszystkich+którzy+płaczą%2C+że

    Jak dla mnie najlepszy film ostatnich lat i najlepsza ekranizacja komiksu EVER :)

    Kupię go na Blu dla samych scen walki i Hit-Girl :)

    Tylko dlaczego na oficjalnym soundtracku nie dali utworów Johna Murphy`ego?! Ktoś potrafiłby mi to wyjaśnić?

  • Panie i panowie, nie zapominajmy, że to film amerykański. A przecież tu biją dziecko, w dodatku 12 letnie. I to przeszło na ekrany kin.
    wiele osób zarzuca tutaj, że nie jest to wierna ekranizacja komiksu, ale to nie przeszłoby. To jest jednak kultura amerykańska i pewne prawa rynku, z których Millar zdaje sobie sprawę.

    [SPOILER]

    Wpuszczenie motywu ojca degenrata, który porywa swoją córkę po prostu zmieniłby odbiór tego filmu.

    [Spoiler[

    Widz w przypadku wiernego przeniesienia zeszytów szedłby wtedy na ciężki dramat, w którym nie byłby w stanie zidentyfikować się z żadnym z bohaterów lub chociaż poczuć do nich sympatii. Co też ciężko byłoby pogodzić z samą konwencją – komiksem.

    Szczerze mówiąc, gdybym poszedł na dokładnie taki film, wyszedłbym z kina bardzo niezadowolony.

    Przez cały film nie czułem, żeby Dave przeszedł metamorfozę z „from zero to hero”. Na końcu filmu był dla mnie taką samą ofiarą jak na początku. I chyba jedyną rzeczą, którą zyskał była dziewczyna. Motyw zresztą silnie krytykowany, ale tak naprawdę mający dać pewną namiastkę dramatyzmu w przełomowym momencie filmu.

    Końcowa scena walki wręcz Kick-Ass’a, tak jak napisała SStefania nosiła znamię żałosności i groteski. Co zresztą podkreślił sposób w jaki się zakończyła.

    Cały problem polega tutaj na tym, że najlepiej na tym filmie wyszły osoby, które na niego poszły nie czytając wcześniej komiksu.

    A będąc już przy ekranizacjach Millara, zawsze można podyskutować nad wiernością ekranizacji Wanted.

  • @Paweł Kamiński
    Ale ja czytałem ten komiks tylko to zdanie jest bez sensu. “– możesz sobie być herosem, ale twój tata szybciej wyrwie panienkę przez serwis randkowy.” Co to ma wspólnego? Równie dobrze możesz napisać “– możesz sobie nie być herosem, ale twój tata szybciej wyrwie panienkę przez serwis randkowy.”.

    To zdanie po prostu nie ma sensu.

  • A i jeszcze to http://www.filmweb.pl/topic/1373727/Mam+pytanie+do+tych+wszystkich+kt%C3%B3rzy+p%C5%82acz%C4%85%2C+%C5%BCe

    Przez te zmiany film ma inny wydźwięk, więc nie jest urozmaicony tylko zmieniony. Ma całkiem inny wydźwięk i właśnie komiks podobał mi się bardziej. Film traci jakiekolwiek przesłanie i pozostaje rozrywką. Ale za to jaką. Sama Hit Girl powoduje, że zamierzam iść na to drugi raz. W dodatku jest naprawdę epiczny i zabawny.

  • Epiczny to coś z piczą ma wspólnego?

    Ja żałuję, że Hit Girl nie ma osobnego filmu, na nią samą bym poszedł, a tak, to sobie odpuszczę, szczególnie, że recenzje raczej takie sobie to zbiera jak na razie wśród znajomych.

  • @Matt – faktycznie, zdanie nie było za szczęśliwe.

    „Przez te zmiany film ma inny wydźwięk, więc nie jest urozmaicony tylko zmieniony. Ma całkiem inny wydźwięk i właśnie komiks podobał mi się bardziej. Film traci jakiekolwiek przesłanie i pozostaje rozrywką. Ale za to jaką.”
    Niezłą i nic więcej. W tych kilku zdaniach idealnie streszczasz, co o nim myślę.

  • @Bartek „godai” Biedrzycki
    Taka żartobliwa forma epickiego.

    Według mnie nawet świetną, dużo scen po prostu wbija w fotel. To co ma być zabawne jest i to nawet bardzo.
    Dodatkowo te zmiany zostały wprowadzone potem. Tzn komiks zakończono wydawać niedługo przed premierą filmu i początkowy scenariusz na podstawie którego nakręcono film uległ zmianie.

    Z resztą Millara charakteryzuje rozmach i wspomniana epa co w filmie uchwycono, a właściwie umieszczono, bo w komiksie nie było tego czuć.

    W komiksie Hit Girl była po prostu nudna i nie realistyczna, jaka jest w filmie wiadomo (Jest po prostu taka jak film określa przymiotnik na polskim plakacie).
    Boli właściwie tylko zmiana originu Daddy’ego. Druga zmiana to to, że bohater zostaje Bohaterem. W komiksie był po prostu frajerem, który przeceniał siebie. W filmie takie coś raczej by nie przeszło i filmowe przedstawienie zadowala.

  • „szczególnie, że recenzje raczej takie sobie to zbiera jak na razie wśród znajomych.”

    Znak, że musisz zmienić krąg znajomych :D

  • @Pablo: zagadka, w jakim filmie pada zdanie „sam sobie dobieram przyjaciół”?

    @Matt: to oczywiste, że różnic między adaptacją a pierwowzorem nie da się uniknąć, ale fakt ze obie noszą jeden tytuł do czegoś zobowiązuje. po prostu różni odbiorcy w różnych miejscach widzą granicę i jestem pewien, że są tacy, którym nie przeszkadza nawet Catwoman z Hale Berry. ale to tylko kolejny kamyczek do ogródka w bardzo starej i bardzo długiej dyskusji.

  • Uważam po prostu, że rozwiązania z filmu sprawdziły się i ogląda się go świetnie. Nie możemy też zarzucić, że to jakaś zmiana treści na rzecz holiłudu, bo tak z początku miało być i w komiksie. Planuje zobaczyć Kick Assa po raz kolejny w kinie, ponieważ ma mega ładunek emocjonalny, jest mega zabawny i mega feel good.

  • Myślę że ty człowieku nie wiesz w jakim świecie żyjesz, najczęściej gdy ktoś używa słowa banał, wydaje mu się że coś tam wie, coś tam przeczytał, a w rzeczywistość ma chuj nie pojęcie (nie będę powstrzymywał się od wulgaryzmów, to też jest część mowy). Nie da się zawsze wiernie przenieść historie z kart komiksu czy książki na taśmę filmową, ale ty jako wielki znawca i krytyk przeciesz wiesz. Film powstał bez udziału Hollywoodu. Udowodniłeś że nie masz większego pojęcia ni to o filmie, ni to o adaptacjach komiksu. Nie czytałem komentarzy, pewnie ktoś już ci to wypomniał, ale cóż

  • Nie jestem krytykiem, jestem nieco znawcą. Nie da się przenieść wiernie komiksu, ale nie trzeba z niego robić teenage love story. Może i powstał bez udziału wielkiego H, ale jest do bólu Holywoodzki. Z obowiązkowym happyendem i gagiem w finalnej walce. Fajny, efektowny, ale w porównaniu z pierwowzorem nijaki.

    Myślę, że wiem w jakim świecie żyję. Świecie internetowych krzykaczy, bez zdolności artykułowania racji i przekonaniem o własnej nieomylności.

    Tak, wulgaryzmy to część mowy. Ale z niższego rejestru, który do dyskusji nie pasuje.

  • film jest bardzo dobry , jeden z nielicznych do którego wracałem kilkukrotnie i czytając tą recenzję mam wrażenie jakby jej autor próbował troszkę na siłę doczepić się do tego filmu , taka krytyka dla krytyki bez jakiejkolwiek głębi

Dodaj komentarz