Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

8 żelaznych zasad świata shōnen


anime, manga · komentarze 64

shonen
Dawno temu sporządziłam listę „9 najgłupszych zasad świata shōjo”, która odkrywała przed czytelnikiem Motywu mroczny świat głupoty mang dla dziewcząt. Nadszedł czas wyruszyć w nową wyprawę – w świat japońskich komiksów shōnen, dla męskich chłopców i męskich mężczyzn!

Kiedy młody Japończyk sięga po „Shōnen Jumpa” – najpopularniejszy magazyn z mangami shōnen (z jap. małolat) – dobrze wie co tam znajdzie. Wybuchy, walki, pistolety, miecze, potwory, kule energii i roboty. Prócz tego komiksy z tygodnika obfitują w postaci z muskułami ze stali oraz szczodrze obdarzone przez naturę kobiety. Taki zestaw brzmi bardzo sztampowo, ale mimo to mangi shōnen sprzedają się w tysiącach egzemplarzy, na ich podstawie powstają dziesiątki anime, a za ich bohaterów przebierają się na konwentach setki ludzi. Dzieje się tak dlatego, że opowieści przedstawiane w shōnenach – choć rządzą się swoimi prawami – najczęściej prezentują wysoki poziom rysunku i zajmującą fabułę. Ponadto nie zawsze protagoniści walczą z przysłowiowym złem i wrogiem za pomocą broni i mięśni. Często mają przed sobą inne wyzwania, takie jak zdobycie w czymś mistrzostwa lub ukochanej. Wspólnym mianownikiem wszystkich shōnenów jest jakieś zadanie, misja lub cel, którego osiągniecie wymaga wielu wyrzeczeń i ćwiczeń. To historia rozwoju, gdzie bohater dzięki ciężkiej pracy i wyróżniającej go cesze charakteru zdobywa coś o czym inni ludzie boją się nawet marzyć.

Dziś nie przeczytacie jednak o oryginalnych wyzwaniach i ambitniejszych elementach japońskich komiksów przeznaczonych dla płci brzydkiej. Przedmiotem artykułu są mangi, gdzie przemawiają kule energii, wybuchy i pięści! Nadszedł czas poznać 8 zasad, do których stosuje się 90% procent mang shōnen – nadużywanych konceptów i trików, znanych polskim czytelnikom z serii takich jak „Dragon Ball” czy „Naruto”.

1. Tomy komiksu jednej serii powinny zajmować długość co najmniej połowy półki regałowej
dbpolka
Niewiele mang shōnen może poszczycić się zwięzłą historią skonkludowaną w mniej niż 10 tomach. Jeśli seria liczy poniżej pięciu tomów można wręcz od razu przypuszczać, że została przedwcześnie wycofana ze względu na brak popularności lub autor porzucił ją z innego tajemniczego powodu. W przypadku popularnych shōnenów przygody bohaterów ciągną się latami, a czytelnik kupując kolejne tomy na przestrzeni 10 wiosen nie zauważa nawet kiedy wypełniły mu połowę regału. Znany i lubiany „Dragon Ball” jest 42-tomową serią rysowaną od 84 do 95 roku – na japońskie standardy to jednak żaden rekord. „Hajime no Ippo”, manga opowiadająca o karierze bokserskiej prostodusznego 17-latka i jego przyjaciół z klubu liczy sobie 90 tomów. Autor zaczął ją rysować 20 lat temu…

2. Wrogowie zawsze ustawiają się w kolejce od najsłabszego do najsilniejszego.

wrogowie
Skoro już ustaliliśmy, że porządna seria shōnen powinna dostarczyć nam rozrywki na co najmniej parę lat, to łatwo się domyślić, że jej protagoniści nie będą mogli walczyć przez cały ten czas z tym samym przeciwnikiem. Każdy szanujący się bohater ma swój album złoczyńców, przestępców, morderców, złych władców i kosmitów. Za mistrza w tej kategorii uznaje się Batmana, ale i japońscy superherosi mają się czym pochwalić. Różnica polega na tym, że gdy w mandze shōnen kryminalista zostaje pokonany to zazwyczaj nie powraca, by znów psuć szyki bohaterom. Jedyne dostępne dla niego możliwości to unicestwienie lub przejście na stronę głównego bohatera (patrz „Dragon Ball”). Kiedy zaś dobre postacie uporają się z nim to wiadomo, że musi nadejść kolejny wróg, straszniejszy od poprzedniego. Zawsze straszniejszy, bardziej niebezpieczny i silniejszy. A po nim kolejny – jeszcze bardziej niebezpieczny i silniejszy. I tak w kółko, aż fabuła dojdzie do magicznego przedrostka „naj”. Do najsilniejszego, najstraszniejszego i najokrutniejszego przeciwnika, jakiego główny bohater mógłby sobie wyobrazić. Dopiero gdy ten zostanie pokonany, postacie mogą odetchnąć z ulgą. A najbardziej z wygranej cieszy się rysujący od 10 lat autor.

3. Tylko nazwane ataki są ważne
kamehame
W porządnych seriach shōnen zwykły „prawy sierpowy” to za mało, by przyprawić chłopców z podstawówki o szybsze bicie serca. Nikogo nie obchodzi byle jaka wymiana ciosów. Jeśli „battle-manga” (czyli manga „bitewna”) ma się utrzymać na rynku, jej bohaterowie muszą prezentować szeroki wachlarz różnorodnych, ciekawych technik. Niezbędna jest również oryginalna nazwa, którą bohater wykrzykuje przy wykonywaniu swojego niesamowitego ciosu. Wszytko po to, by potem 10-letni chłopcy mogli radośnie biegać po korytarzu, wywijając dłońmi wołając Hadoken!, ku uciesze zdezorientowanych nauczycielek. Cios, który nie posiada oryginalnej nazwy staje się w shōnenie jedynie wypełnieniem czasu pomiędzy ważniejszymi chwilami walki. Zdarzają się oczywiście przypadki, gdzie choreografia pojedynku jest na tyle przemyślana, że same przeskoki i podstawowe uderzenia fascynują czytelnika. W większości przypadków jednak, to „nowe”, nazwane ataki przykuwają uwagę i dają najwięcej satysfakcji.

4. Istotność walki jest wprost proporcjonalna do długości rozmowy, która ją poprzedza

rozmowa
Nie każda walka w mandze shōnen jest kluczowa dla rozwoju fabuły. Bohaterowie biją się w większości rozdziałów i wiele z ich potyczek należy do treningu lub mniej ważnych ważnych wątków pobocznych. Jak więc rozpoznać, która z bitew zmieni oblicze całego komiksu? Oczywiście, po rozmowie jaką postacie przeprowadzają tuż przed nią. Jeśli tylko wojownicy znajdują się w dogodnej lokalizacji, stoją naprzeciwko siebie i mierzą się wzrokiem czytelnik może być pewien, że zanim padnie choć jeden cios, bohaterowie zdążą przypomnieć sobie w zgrabnych retrospekcjach połowę swojego życia i streścić jego najistotniejsze chwile przeciwnikowi. Będą krzyczeć, marszczyć brwi, zadawać retoryczne pytania i wylewać z siebie gniew nagromadzony przez szereg lat, w formie lepiej lub gorzej skleconego dialogu. Dzięki takiemu zabiegowi czytelnik dokładnie poznaje psychologiczne tło konfliktu i podekscytowany oczekuje pierwszego ataku. Klasykiem podobnej sceny jest walka pomiędzy Goku a Freezerem z „Dragon Balla” oraz starcie Sasuke i Naruto rozgrywające się mniej więcej w połowie komiksu „Naruto” (licząc rozdziały na chwilę obecną). Obydwie rozmowy są zajmujące w mangach, a nużące i tragiczne w ich ekranizacjach animowanych. Różnica wynika z potrzeby rozciągnięcia fabuły w anime. Bardzo często wersja telewizyjna „dogania” komiks i reżyserowie muszą zrobić wszystko byleby tylko przedłużyć trwanie poszczególnych scen – brak im materiału komiksowego do animowania. Stąd też tumany kurzu unoszące się przy wojownikach przez pięć minut, wieczne, złowieszcze spojrzenia i malownicze ujęcia terenu.

5. Długość walki jest wprost proporcjonalna do jej istotności

walka
Wspomniana walka Goku kontra Freezer przykuła Japończyków do telewizorów na parę miesięcy – trwała 24 odcinki. Na szczęście w Polsce pokazywano 2 lub 3 części dziennie i emisja zajęła „jedynie” parę tygodni. Obecnie każda ważna walka zajmuje co najmniej 4 odcinki, a im ważniejsza, tym więcej. Czasami starcia przeradzają się w niesamowite przygody zajmujące całe dnie, wplątujące w akcje inne postacie. Kogoś może dziwić taki rozmach, ale lud pragnie wrażeń, a jeśli cała saga perypetii postaci przygotowuje go na tę jedną walkę, to nie powinna ona zawieść. Gdy finał 60-odcinkowej serii trwa jedynie 5 minut widz czuje się oszukany. I trudno mu się dziwić.

6. Podeszli mistrzowie sztuk walki to zboczeńcy
misz
Nigdy nie rozmawiałam z prawdziwym mistrzem sztuk walki, choć miałam okazję obserwować zajęcia jednego w mojej starej szkole. Prawdopodobnie życie nie da mi zbyt wielu okazji obcowania z karatekami i trenerami Wu-Shu, ale jeśli miałabym kierować się informacjami wyczytanymi w komiksach to okazałoby się, że wcale nie chcę z nimi obcować. Przedstawieni w mangach shōnen wieloletni wojownicy i nauczyciele podglądają kobiety w łaźni, kradną damską bieliznę i dostają krwotoku na widok koronkowych majtek. Oczywiście, prócz tego potrafią również jednym ruchem ręki powalić 50 przeciwników, ale ich życie uczuciowe to okrutne fiasko. Czy ich prawdziwą miłością jest walka, czy też autor uważa, że potężna postać musi mieć wyraźną humorystyczną stronę – tego czytelnik się nie dowie, ale osobiście stawiałabym na drugą opcję.

7. Postanowienia mają siłę sprawczą

postanowienia
Jeśli bohater marszczy brwi, koncentruje wzrok w jednym punkcie, a następnie pełnym powagi głosem mówi, że kogoś pokona, to możemy bez obaw obstawiać jego zwycięstwo w zakładach. W mangach shōnen, jeśli bohater twierdzi, że coś zrobi – naprawdę to zrobi. Nauczy się najtrudniejszej techniki walki w tydzień, przemaszeruje całą Amerykę Północną w mniej niż miesiąc pchając jednocześnie ciężarówkę i sprawi, że wyrośnie mu trzecie ramię. Potęga determinacji jest w takich komiksach nieograniczona, dosłownie wszystko może zostać osiągnięte dostatecznym wysiłkiem. Z jednej strony to bardzo pocieszające przesłanie, ale z drugiej – dość naiwne.

8. „Power-up” zawsze następuje w najbardziej krytycznym momencie walki

powerup
Wojownicy nigdy nie zaczynają starć z PEŁNA MOCĄ. Przy pierwszych wymianach ciosów zawsze padają zdania typu: „Nie użyłem swojej PEŁNEJ MOCY„. Przy następnych polityka się zmienia: „To będzie przedsmak mojej PEŁNEJ MOCY”. Pełna moc – wytrwały czytelnik ją zobaczy, ale ten niecierpliwy może tylko o niej usłyszeć. Zazwyczaj jej nadejście sygnalizowane jest przez przybranie poważnej miny, błyski w oku, krzyki, warknięcia, a nawet zmianę koloru włosów lub skóry (serio). Znawca może wyczuć moment, w którym nastąpi masywny „Power-up”. Stanie się to wtedy, gdy wszyscy, łącznie z czytelnikiem, będą myśleć, że główny bohater zaraz przegra. Służy to oczywiście zwiększeniu napięcia i wywołania jak największego zdziwienia u publiczności. Mistrzowskie rozegranie podobnej sytuacji zaprezentował w „Dragon Ballu” Akira Toriyama podczas przewijającej się już w tekście walki Goku kontra Freezer. Akira Toriyama to zresztą mistrz gatunku i niewielu mangaków może się z nim równać. Wielu obecnie popularnych autorów shōnen, takich jak Masashi Kishimoto, przyznaje się, że ich wzorem był „Dragon Ball”. Jeśli się nie przyznają – to czytelnik i tak widzi wszędobylskie podobieństwa i domyśla się czym inspirowali się artyści.

Bitewne mangi shōnen wydane/wydawane w Polsce:
„Dragon Ball”, „Naruto”, „Bleach”, „Fullmetal Alchemist”, „Ranma 1/2”, „Inu Yasha”, „Rurouni Kenshin”, „Saiyuki”, „.hack //Bransoleta Zmierzchu”,

Mangi shōnen o innej tematyce:
„Love Hina”, „Zapiski Detektywa Kindaichi”, „Great Teacher Onizuka”

komentarze 64

  • Holender no, tak, jak kocham tasiemcowe shouneny, tak o nic nie mogę się przyczepić. Wszystko to prawda. Oż.

  • A, nie, chwila, nie zostały wymienione wszystkie shouneny w Polsce wydane: jest jeszcze Onizuka, .hack//Bransoleta Zmierzchu, Pokemon Adventures i może jeszcze coś, czego w rękach nie miałam :)

  • Ranma się z pewnością wpisuje w nurt shonen, ale czy jest taki bardzo standardowy, przeciez było chyba kilka razy że ranma musi się nauczyć nowej techniki i mu wcale, a wcale nie wychodzi i raz za razem dostaje po dupsku.

  • @SStefania
    Pokemona nie wymieniałam bo wyszły 3 zeszyciki i to upadło, a hack mi umknął bo był dość słaby – ale go dodam wieczorkiem.

    Ranma może nie jest kompletnie typowy, ale jest mangą bitewną, tylko że bardziej natury komediowej.

  • Jako, że jestem ignorantem w sprawach mangi, lista była dla mnie nie tylko rozrywkowa, ale i pouczająca.

  • Oh mein gott! Toż to ranking:D Go go Motyw!:) 10/10!

  • super tekst, szczegolnie jak sie nie siedziw temacie;)

  • co to jest istotność?

  • Rankingi na Motywie były zanim jeszcze WP nauczyło się wymawiać „komiksomania”.

    au: sprawdź w słowniku.

  • O. Motyw przypomniał mi o Kindaichim – świetnej mandze detektywistycznej. Przynajmniej tak ją pamiętam. Podobnie zresztą jak Detektyw Jeż. Muszę poszukać na allegro, może będzie za jakieś grosze ^^

    A tekst sympatyczny, chociaż dla mnie akurat to nic nowego :P

  • Detektyw Jeż jest jedną z najlepszych mang wydanych w Polsce…!

  • Możliwe, sama nazwa pojawiła się pod koniec powstawania serwisu.

  • Brakuje mi, dla mnie najważniejszego. Siła ciosu, obojętnie ile ma jednostek, mierzona jest ilością ubrań które zostaja na przeciwniku. Wiadomo, seria 800 pocisków z miniguna nie zostawi nawet śladu na ubraniu MEGAWOJOWNIKA. Ale SUPERPOTEŻNY cios w szczękę powoduje potrganie się spodni.

  • Rankingi na Motywie były zanim jeszcze WP nauczyło się wymawiać “komiks”.

  • Bożesz ty mój, bitewne shoneny to jedne z najdaremniejszych rzeczy świata.

    Dragon Ball był równie beznadziejny, co długi. To samo mogę powiedzieć na temat tych kawałków Naruto, które miałem nieszczęście przyswoić.

    Ranmę bym trochę z tego wyjął, bo to bardziej jest komedia. Ale może dlatego, że lubię Takhashi.

  • Ba! Wierzę nawet, że rankingi na Motywie były jeszcze zanim w ogóle wymyślono komiks i Internet. Go go Motyw Drogi!

  • Słyszałem ze w ogrodzie starej buddyjskiej światyni odkopano osmiornice z ponumeronwaymi mackami. To najstarszy dowod na istnienie rankingów na Motywie.
    Czy onepiece to bitewny shonen?

  • pstraghi – you will fail.

  • Heh, Fullmetal jest inny. :)
    Raz, że krótki dość (wszystko ma się zamknąć w 25 tomach, co potwierdza Autorka, a skany wyraźnie na to wskazują). Dwa, że nikt tam nie ma takiego powera jak Goku czy Naruto (jasne, że mają alchemię, ale to jednak nie to, żeby pierdolnięciem gołej pięści rozwalić budynek). Trzy, walki są krótkie, dynamiczne, bohaterowie się męczą, jak plują krwią to lądują potem w szpitalu. Jak ktoś zginie, to już nie zmartwychwstanie (chyba, że Homunculus, ale oni z założenia są nieśmiertelni (heh, nieprawda), a jak „normalny” umrze to na amen i nawet go zakopują, nie wskrzeszą go Smocze Kule). Cztery, bohaterowie rzadko kiedy niszczą sobie ubrania (choć zdarza się) i są wrażliwi na kule z pistoletów, czy to karabinów.
    Pięć – ataki nie mają nazw, przynajmniej żadnej nie pamiętam. Reszta się chyba jako-tako zgadza, choć nie pamiętam żadnego starego mistrza… Hmm…
    To nie jest tak, że nie lubię tych tasiemców z niezniszczalnymi i najsilniejszymi kozakami. Dragon Balla uwielbiam (chyba jeszcze z dzieciństwa mi zostało), a Naruto też jest git, chociaż ostatnio się psuje.
    Ale Fullmetal Alchemist jest lepszy od Dragon Balla i Naruto. Ma świetną fabułę, która stoi na pierwszym miejscu, podczas gdy – wydaje mi się – w DB fabuła raczej prowadzi do walki i nic poza tym (przynajmniej od 17 tomu), w Naruto podobnie. Walki są dodatkiem, heh, coś się musi dziać ;)
    Pisałem o tym już kiedyś w komentach na blogu Śledzia (notka bodajże Naruto versus Thorgal).
    Pozdro!

  • JAPONfan – Wśród mnichów Shaolin krążyła niegdyś legenda o trzech białych podróżnikach i ich urokliwej towarzyszce, którzy wędrowali po jaskiniach pierwotnych ludzi podpisując naskalne rysunki cyframi.

    Paweł – A Fiery Death Awaits Me

  • @Japonfan
    tak, one piece to JAK NAJBARDZIEJ bitewny shonen.

    @Anonimowy Grzybiarz
    Fullmetal się wyróżnia, (może dlatego że rysuje go kobieta?) sięga po nieco inne tematy niż większość takich produkcji, ale gatunkowo to też shonen.

    @Godai
    Wydaje mi się że w porównaniu do takiej „Inu Yashy” Rumiko Takahashi, to „Dragon Ball” wypada O NIEBO lepiej. 56 tomów latania po lesie w poszukiwaniu małych kawałków kryształu. Nie bez przyczyny podobne przedmioty do zbierania w mangach i anime są nazywane przez fanów „Rumiko Takahashi Tokens”. Nie wiesz ile ich jest, nie wiesz gdzie są, ale musisz je wszystkie zebrać – a to oznacza, że autor może rozciągać fabułę w nieskończoność…

  • @Zuziako: protestuję, Bransoleta w bardzo fajny sposób pokazywała i nieco parodiowała gry MMORPG, może i nie jest najlepszym produktem ze sporego uniwersum .hack, ale na pewno bardzo porządnie zrobionym.

    @JAPONfan – takie darcie ciuchów to chyba tylko w DB widziałam. Na przykład oglądam właśnie teraz Angelic Layer i stroje lalek w ogóle się nie niszczą. Nawet paski nie odpadają, bo po prostu nie ma ku temu sposobności (biją się, nie siłują trzymając za ciuszki).

  • @SStefania
    Jak dla mnie to bransoleta była ładna, ale niestety mdła, z mało ciekawą i przewidywalną fabułą, typowymi postaciami i zupełnie nic nie wnoszącym, a nawet więcej, nieoryginalnym podejściem do tematu. Nie było w tej mandze nic, co by mogło bardziej zapaść w pamięć, oprócz tego, że była porządnie i „słodko” narysowana.

  • usmiałem sie do łez!
    Co wiecej okazało sie, ze czytałem/oglądałem całkiem sporo takiego stuffu.

  • Oglądanie seriali anime do dla mnie strata czasu. Swego czasu uwielbiałem Dragon Balla, obejrzałem nawet dwie powtórki.
    Teraz jak widze anime, które nie jest jednym zamkniętym filmem to omijam je szerokim łukiem.
    Nie udało mi się skończyć nawet „Death Note” które ma ile? 30 odcinków?

  • @Zuziako: Inu Yashy nie widziałem, nie wypowiadam się. Lubię nadzwyczaj Maison Ikkoku, znam Ranmę i Mermaid Forest i w sumie dlatego lubię Rumiko.

  • @r.sienicki
    Nie wiesz co tracisz:)

  • @SStefania: w Ninja Scroll było chyba podobnie i chyba w onepiece tez tak jest.

  • jezu jakie te mangi glupie. a mangacy jeszcze bardziej. jak mozna wypluc z siebie 90 tomow? trzeba byc kurde cyborgiem z ploterem zamiast prawej ręki conajmniej. i nie mieć życia i pracowac 18 godzin na dobe w niedziele i swieta też oraz wyzbyc sie bezsensownej potrzeby spożywania jakichkolwiek pokarmow i zacząć żywić się chwałą.
    nie ogarniam po prostu nie ogarniam.

  • Zapomnieliście o tym, że JEŚLI główny bohater przegra to wraca 10 milionów razy silniejszy i stosuje się do zasady 7.

  • @unka – albo można kosić niezłą kasę za tomik, rysowanie wypełniaczy zlecać asystentom i być ulubieńcem dzieci i dorosłych.

  • pawel, ale 90 tomow??? nawet gdyby scenariusz i tusz ktos za mnie robil, gdzies po naszkicowaniu 3ciego bym umarla z nudow i monotonii, nawet za wielką kase. jak im sie taki tasiemiec moze nie nudzic? jak sie czytelnikom moze nie nudzic?

  • @unka

    Zdziwiłabyś się, jak zapach dużej ilości gotówki potrafi zniwelować uczucie nudy.

    W sumie, ja też bym sie zdziwił, gdybym takowy poczuł.

  • nie wierze, ze chodzi tylko o kase. musi byc cos jeszcze. nie wierze tez, ze istnieje taka ilosc kasy, ktora zmusilaby mnie do narysowania 90 tomow czegokolwiek. nie, nie ma takich pieniedzy. moglabym sprobowac narysowac 90 tomow, gdyby ktos powiedzial mi, ze jak to zrobie na ziemi zapanuje pokoj a ludzie zaczna sprzatac kupy po swoich psach, ale pewnie po tych kilku poczatkowych tomach powiedzialabym „dobra, w dupie to mam. niech srają, gdzie chcą”.

  • Hmm…

    Ale to są Azjaci!

  • @unka and Misiael
    To nie autora zmusza kasa tylko redaktorów czasopisma. Akira Toriyama planował Dragon Balla na 2 tomy, następnie chciał go już definitywnie zakończyć po 28 ale zwyczajnie powiedzieli mu NIE. Za bardzo był popularny.

    Z „hajime no ippo”, który ma te 90 tomów to jest tak że lwią część tego zajmują walki bokserskie, które czasowo trwają krótko ale miejsca zużywają strasznie dużo. Czyli historia nie leci do przodu, ale strony się zużywają. To dotyczy zresztą ogólnie mang gdzie ludzie się biją.

    A tak poza tym, tak jak napisał Misiael… to Azjaci i na dodatek Japończycy. Inna mentalność i podejście do sprawy.

  • i tak nie sprzątaliby kup, zapomnij.

  • Akira Toriyama planował Dragon Balla na 2 tomy, następnie chciał go już definitywnie zakończyć po 28 ale zwyczajnie powiedzieli mu NIE.

    A on nie mógł im na to odpowiedzieć „Fuck yourself, sayonara!” ?

  • @ unka und Misiael: Wyobraź sobie splash page. w lewym rogu malutki samolocik, i teskt na cała strone „WoW”. Minuta pracy i ci za to płacą.
    Co do „sajonara” ONI maja prawa, wiec taki Toriyama woli sam to zrobić niż zeby mu jakiś wannabe spieprzył tytuł.

  • Co do “sajonara” ONI maja prawa, wiec taki Toriyama woli sam to zrobić niż zeby mu jakiś wannabe spieprzył tytuł.

    Heh, na Zachodzie to się robi inaczej – u ONYCH wyrabiamy sobie renomę na jakichś Spider-Manach, a gdy już mamy nazwisko olewamy mainstream i jedziemy niezależnym wydawnictwem, gdzie robimy co nam się żywnie podoba, vide Kirkman.

  • Z wymienionych powyżej lubię tylko Dragon Ball, Naruto, Bleach i Fullmetal Alchemist.

  • vide Kirkman – który nota bene trzaska kolejne, niezwykle twórcze tomiszcza telenoweli o zombiakach;)

  • japon, no jakbym miala robic 90 tomow to robilabym TYLKO malutkie gowna w rogu i napisy na cala strone. jakbym byla mangaką to bym od razu wyjechala z japonii, jesli nie mam nic do powiedzenia nawet w kwestii dlugosci wlasnego komiksu. pewnie we francji czy gdzies doceniliby czlowieka tak samo za jedyne 45 tomow!

  • @Pstraghi

    vide Kirkman – który nota bene trzaska kolejne, niezwykle twórcze tomiszcza telenoweli o zombiakach;)

    No dobra – ale nie musi :) Ma zamiłowanie do telenowel, to trzaska, bo nie wierzę, żeby robił to wbrew własnej woli w wydawnictwie, którego de facto jest właścicielem.

  • @unka: No Moore tez się zżyma przecież jak mu robią ze scenariusza jesień średniowiecza i kręcą „Niezwykle liżą gentelmeni”.
    Kiedyś trafiłem na komiks ktory opisywał typowy proces powstawania tomu mangi. Robił w tym 4 osoby, z czego tylko jedna była „autorem” reszta to inker, liternictwo i uwaga ktos od kadrowania. Wyglądało to tak że siadała grupka, autor tłumaczył scenariusz. Kadrmen robił kadry, autor wypełniał rysunkiem, inker inkował itd. I też narzekali na tempo pracy, mało miejsca na artyzm ale z drugiej strony artysci w Japonii robią widoczki.

  • Niezły ranking, ale brakuje mi jeszcze jednej zasady: wsparcie pojawia się zawsze na sekundę przed ostateczną klęską. Nie może być tak, że kawaleria przybywa gdzieś na początku bitwy, albo kiedy ktoś ważny zginie. Tu musi nastąpić, gdy sojusznik ma nóż na gardle, albo jest na 1 cm przed ziemią po wypadnięciu z zajebiście wysokiej wieży itd. Przoduje w tym chyba Bleach, w którym każdy zwrot akcji ogranicza się do „niespodziewanego” wjazdu nowego wojownika.

  • @Japonfan
    Mówisz pewnie o „Jak powstaje Manga”. I generalnie się zgadza wszystko, tylko tam była ekipa która pracowała raczej nad one-shotem a nie nad seria wydawana z tygodnia na tydzień. Aktualna manga która opowiada o kulisach pracy w magazynie Shonen Jump i bycia mangaką nazywa się BAKUMAN. Serdecznie polecam.

    @Reif
    A co racja to racja. Bleach jest pod tym względem niesamowicie wkurzający.

  • @ zuziazko:nie wiem, pamietam że był tam niedziedź, panda, goryl? któa strzelała/biła autora żeby zdążył na deadline. O! I pamietam ze miał odciski na palcach od rysowania.

    Ach te lata młodości.

  • zuziako

    @Japonfan
    Tak, to był fragment publikacji „Jak powstaje manga”. Pierwsza albo druga część.

  • Świetny wpis, swego czasu też sporo siedziałem w tych klimatach. A do dzisiaj czytam „Berserkera”, chociaż jest chyba zbyt mroczny i brutalny, by zaliczyć się do shonen.

    A z punktów brakuje mi jeszcze wprowadzania całego garnituru postaci. W Naruto masz całe komanda, ileś tam organizacji, całe wioski, i znasz każdą postać od podszewki niemal. W bleach masz chyba w ogóle generałów, oddziały, pod oddziały, etc. Nigdy nie ograniczają się do główny bohater + grupka postaci. Zawsze masz całe hordy bohaterów i ich wrogów.

  • @SpellCaster
    Berserk to seinen :)

    Muszą być hordy, bo jakby się w 40 tomach pojawiało tylko parę postaci to w końcu by się jednak znudziły…

  • Zuziako, no nie wiem, taki Hellboy ma garść głównych bohaterów i na tyle ciekawe klimaty i przygody, że ukazało się już sporo historii o nim i ja osobiście mógłbym i drugie tyle przeczytać.

  • dawno niczego tak miło mi się nie czytało.
    wezmę to pod uwagę rysując dalsze odcinki Ciem. Albo nowy komiks jakiś.

  • a ja tam bym bardzo chętnie robił takie komiksy po 90 tomów. Nawet 180 tomów bym zrobił jakbym mógł. Cały czas budować i rozwijać jeden świat, dookreślać bohaterów i pokazywać kupę rzeczy, które się tam dzieją – dla mnie bomba, dlatego bardzo lubię „Naruto” gdzie jednak oprócz pokonywania kolejnych bossów sporo się dzieje. Kurde dałbym się pokroić żeby robić taką serię!
    Zresztą niby gdzie indziej jest inaczej?
    Francuzi trzaskają serie po iks albumów, robią to po kilkadziesiąt lat jedyna różnica, że nie mają trybu publikacji tygodnik->wydanie zbiorcze to i się mogą babrać z takim albumem rok.
    ale to takie moje jeno…

  • @Zuziako: ja też czytam Bakumana. Naprawdę fajna manga. Chaptery czytam na Manga Library, i kupuję (nieregularnie) całe tomy.

  • Zapomniałem. Czytałem też Shaman King.

  • Nowa manga twórcy Shaman King to Jyuki Ningen Jumbor. Od czasu do czasu czytam chaptery na onemanga ale nie za bardzo się w tym łapię bo jest po Angielsku (tak samo miałem z Shaman King). Sorry za to że piszę to w tylu komentarzach.

  • @ LOLo
    Ja czytam Bakumana na onemanga, jak wszystko inne zresztą (czasami jeszcze mangafox).
    Takei Hiroyuki to z tego co wiem teraz przede wszystkim nad Ultimo pracuje, (scenarzystą jest Stan Lee). Wychodzi też jakiś sequel do Shaman Kinga już:)

  • @Zuziako: Scenarzystą Stan Lee? Sequel Shaman Kinga Supcio!!

  • @LOLo
    Tak, Stan Lee :) Stan Lee w ogóle ostatnio parę projektów z Japończykami robi (heroman).

  • Takei Hiroyuki chyba lubi rysować wielkie ręce.

  • zuziako

    Wielu rysowników ma jakiś trademark, typu właśnie wielkie ręce, uszy, zadarte nosy itd itp:)

  • Zacząłem czytać tą stronę i podstawiłem te zasady pod d.gray-man’a – taka sama zgodność jak z fullmetal alchemist, nie licząc nazw ataków.

  • Akira1980

    Trzeba jeszcze dodać że bohater ratuje dziewczynę/kumpla/rodzinę itd w ostatniej chwili, gdy pozostali sojusznicy leżą pokotem i kwiczą czekając na przybycie herosa. I jeszcze jedna ważna rzecz, kumple w przyszłości stają się wrogami i na odwrót zajadli wrogowie stają się przyjaciółmi.
    A poza tym fakt, to wszystko prawda. Tylko jedno się nie zgadza. Hajime No ippo na dzień dzisiejszy liczy sobie 93 tomy (translacja na angielski, a japońskie tomiki licza z 2-3 chaptery więcej bo szybka są tłumaczone) ;)

Dodaj komentarz