Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Daremna tęsknota za komiksowym zeszytem


papier · komentarzy 28

Czy twój kot czytałby zeszytówki? Nettie czyta.
BH123, Flickr, CC-BY

Poniższy tekst miał w założeniu być podsumowaniem akcji, którą zainicjował anonimowy fan, bądź fani, szumnie tytułujący się Nieformalnym Frontem Fanów Komiksu. Jednakże z perspektywy dwóch tygodni, które minęły od powstania blogu „Tęsknie za Tobą, zeszytówko”, nie da się chyba mówić o jakiejś zorganizowanej akcji. Nie ma więc za bardzo czego podsumowywać. Mogę za to podzielić się kilkoma spostrzeżeniami i zastanowić się, raz jeszcze, czemu źle się dzieje w państwie polskim i komiksów w zeszytach tu nie uświadczysz.

Właściwie idealny komentarz do całej akcji napisał Dembol na swoim blogu i jego lekturę polecam. Postaram się nie powtarzać tego, co już napisano. Chciałbym skupić się na tym, jak komiksy w zeszytach były postrzegane kiedyś, jak są dzisiaj i jakie trudności rodzi to dla potencjalnego wydawcy. A przy okazji zastanowić się, czy taka akcja oparta na nostalgii faktycznie nie ma sensu i co można by zrobić lepiej.
W całym tekście pozwalam sobie zastosować skrót myślowy i pisząc o zeszytówkach, mieć na myśli głównie te mainstreamowe, o kosmitach i superherosach, bo to z nimi mieliśmy w Polsce do czynienia i głównie za nimi tęsknimy. Dlatego nie będę zastanawiał się nad możliwością wydania w ten sposób kryminału czy obyczajówki.

Za moich czasów to były komiksy…

Tęsknota za TM-Semicem to temat często przywoływany w dyskusjach o komiksie w Polsce. To były piękne czasy – zeszyt z Ameryki, w każdym kiosku, za niewielkie pieniądze – a przynajmniej tak się dziś to pamięta. Warto jednak przeczytać historię tego wydawnictwa zamieszczoną w 51. numerze KaZetu, dwie części wywiadu z Marcinem Rusteckim oraz tekst „Bez zakończenia” z numeru 19., w którym Arek Wróblewski pisze o przyczynach upadku wydawnictwa. Bo TM-Semic, jak pięknych wspomnień by nam nie zostawiło, w końcu jednak upadło. Miało swoje pięć minut – prawie osiem lat, a udało mu się to, bo wystartowało w dobrym momencie. Jak mówi Arek Wróblewski:

Dla wydawnictwa, które postanowiło przenieść na polski grunt zachodnie komiksy o superbohaterach, lata dziewięćdziesiąte okazały się prawdziwym rajem.

Supermany
workinpana, Flickr, CC-BY-NC-ND

Zeszytówki były wtedy objawem kapitalizmu, który właśnie wdzierał się do Polski; kolorowym fragmentem Zachodu, który nagle wylądował w kioskach. Nie miały wielu konkurentów w domach moich kolegów i moim. Istniały równolegle z Pegasusem, bajkami anime na Polonii 1 i animowanym Batmanem na TVP2 – tymi nielicznymi przejawami kultury masowej. Kupowano je bo były, bo kupowali je wszyscy. Każdy zbierał jakąś serię, wymieniał się komiksami z kolegami – wydawało się, że wszyscy czytają komiksy. Była na nie moda, jak na gwiezdnowojenne tazosy z chipsów, kolorowe karteczki i zdjęcia samochodów z gumy Turbo. Dla większości ówczesnych dzieciaków komiks zeszytowy był gadżetem, który warunkował przynależność do grupy rówieśników. Z czasem ilość dostępnych rozrywek zaczęła się zwiększać, poprawiała się ich jakość, a ludzie dorastali. Komiksy stawały się coraz mniej popularne, musiały konkurować choćby z grami komputerowymi. Rok 1997, kiedy TM- -Semic chwiało się w posadach, to też rok, gdy Polsce pojawiały się pierwsze akceleratory 3D, które przeniosły gry na nieznany dotąd poziom. Rozwijała się też telewizja, potem internet. Ktoś w TM-Semicu nie zauważył, że rynek się kurczy – przyczyny kryzysu w wydawnictwie dobrze opisuje tekst „TM-Semic -> Fun Media”. W skrócie – prowadząc działalność, stawiano na ilość tytułów, a nie na selekcję najlepszych, a jednocześnie rosły ceny i spadała jakość druku oraz wydania. Wspomina to Arek Wróblewski:

Kiedy pierwsze tytuły zaczęły znikać z półek, stało się jasne, że czytelników znudziły niekończące się historie superbohaterów i wciąż niezadowalająca jakość zeszytów. Niestety sygnały ostrzegawcze nie zostały odpowiednio zrozumiane, co więcej – ignorowane do samego końca – i nie trzeba było długo czekać, by z potężnej oferty Semica na rynku pozostały niedobitki na skraju wyczerpania.

Zeszytówki TM-Semica stopniowo znikały, wykończone przez nowsze formy rozrywki, tak jak znikały Pegasusy i „Generał Daimos”. Pozostała przy nich garstka pasjonatów, w tym niżej podpisany, która jednak nie zdołała utrzymać wydawnictwa.

Logo TM-Semic

Komiksy TM-Semic łączyło ze wspomnianymi szkolnymi rozrywkami jeszcze jedno – ich względnie niska jakość. Dziś, gdy patrzę na swoją półkę, oprócz uczucia sentymentu dopada mnie poczucie lekkiej żenady. Nie chodzi nawet o to, jak zeszyty wyglądają obok trade’ów z Marvela i DC, ale o porównanie z późniejszymi zeszytówkami. Pamiętacie wyblakłą czerń w TM-Semicowym „Batmanie”? Rozklejające się Mega Marvele? A może ten numer „Green Lantern”, gdzie Zielone Latarnie stały się fioletowe? Pewnie tak, ale postrzegacie to jako urocze, przez ten sam filtr sentymentu, który pozwala uwielbiać tandetę niektórych gier na Pegasusa. Oczywiście bywało i lepiej, widać też było, że TM-Semic starał się podnosić jakość – świetnie wydany był komiks „Wild C.A.T.S.”, jednak Marcin Rustecki wspomina to inaczej:

„Wild C.A.T.S.” – efektowna historia, dobry papier i lakierowana okładka za w miarę przystępną cenę. I jaki efekt? Kompletna klapa finansowa. Chcieliśmy podjąć wyzwanie standardów wprowadzonych przez Image, jak chociażby kolorystyka generowana za pomocą Photoshopu; zaprezentować polskim czytelnikom NOWOCZESNY komiks, w nowej formie wydawania. Chybiony strzał.

Solidnie wydany był też „Spawn”, jednak z wywiadu można dowiedzieć się, że było to wydawanie poniżej standardu światowego i TM-Semic musiał dostać na nie specjalną zgodę. Późniejsze próby także nie zachwycały – Mandragora ze sztywnych okładek i ośmiu złotych za zeszyt szybko zeszła do pięciu w miękkiej okładce i na cienkim papierze – nie zapominając o wielkim symbolu „5 zł” nadrukowanym w jaskrawych kolorach w rogu okładki, często kalecząc ją niemiłosiernie. Kupowaliśmy je, bo alternatywy nie było.

Comics, motherfucker. Do you read them?

Często mówi się, że były tanie i to był ich atut. Owszem, z dzisiejszej perspektywy tak – na początku kosztowały 9900 zł (99 groszy). Jednak butelka wódki w 1990 r. kosztowała 21600zł (2,16 zł), schab – 32300 zł (3,23zł). Potem komiksy drożały – w 1993 roku Spider-man kosztował już 15000 (1,50zł). Pamiętam, że przed denominacją w 1995 rodzice nie zgadzali się, bym zbierał więcej niż dwie serie i od czasu do czasu „Wydanie specjalne” lub „Mega Marvel”. Przykładowe „WS” – Batman/Judge Dread kosztował 29900 zł (2,90zł), podczas gdy zwyczajny zeszyt TM-Semica kosztował wtedy 19900 (1,99zł). Komiksy „Star Wars” w 1997 kosztowały już 4,95 zł, a ceny pod koniec lat dziewięćdziesiątych dobijały do 9-10 zł , ile kosztował „Amazing Spider-man” z Fun-Media. I to jest pewnie realna cena, jaką dziś przyszłoby zapłacić za zeszytówkę.

A tu pospolitość skrzeczy

Pierwszym problemem jest grupa docelowa, o której niewiele wiadomo. Tylko część dzieciaków czytała komiksy świadomie, traktując je jako nowe medium i stałe hobby. Ta część nie wystarczyła, by po 1998 roku utrzymać TM-Semic. Wydawnictwo zaczynało od sprzedanego w stu tysiącach egzemplarzy numeru „Spider-Mana”, a Marcin Rustecki w wywiadzie dla KaZetu wspomina:

Początkowo nakłady utrzymywały się mniej więcej na poziomie czterdziestu tysięcy, by z czasem osiągnąć około dwudziestu, dwudziestu pięciu tysięcy.

Dziś grupa świadomych czytelników nadal kupuje komiksy – w nakładach rzędu dwóch-trzech tysięcy. Dembol słusznie zauważył – nie ma pokolenia TM-Semic. Jest mitologizowany sentyment grupki osób. Reszta rozpierzchła się – dorosła, zmieniła hobby. Podobnie jak u Dembola – z moich kolegów, którzy kiedyś czytali komiksy, ostałem się ja. Ostało się nas od dwóch do pięciu tysięcy, które kupuje komiksy dostępne na rynku. Do tego można dodać jeszcze grupę ludzi, którzy ich nie kupują, ale czytają – najczęściej w skanach. Ale jak ją oszacować i czy skłonna jest ona kupić coś, co ma za darmo, tego żaden wydawca nie wie. I dlatego nie zaryzykuje.
TM-Semic nie musiał konkurować z darmowymi treściami dostępnymi w internecie.

Czy zeszytówki powrócą zza grobu?

Internet utrudnia wydawcom zadanie, bowiem daje powszechną wiedzę o tym, co i w jakiej formie wydaje się na Zachodzie. A także dostęp do oryginałów, nie tylko w postaci nielegalnych skanów. W czasach TM-Semic czytelnik żył w błogiej nieświadomości, nie licząc szczęśliwców, którzy mieli dostęp do „Wizarda” czy podobnych periodyków. Dla reszty zjadaczy mainstreamu oknem na świat były strony klubowe, gdzie Arek Wróblewski opisywał różne serie, czasem zaznaczając, że któraś być może pojawi się w Polsce. Dziś klient na tacy podane ma wszelkie informacje o nowościach z największych wydawnictw. Zaczyna więc wybrzydzać: czemu ta seria? czemu ten bohater? czemu ten scenarzysta? czemu „ultimate” a nie „amazing”? czemu od tego momentu? Kto choć chwilę poczytał forum Mandragory, a zwłaszcza Dobrego Komiksu, ten wie, o czym mówię. To było problemem już późnego TM-Semica – powodów upadku serii „X-men” Marcin Rustecki doszukuje się właśnie w rozbuchanym świecie Marvela:

W moim przekonaniu problem polegał na zbyt dużej ilości długich, kretyńskich historii, ciągnących się bez końca, z mnóstwem wątków wiodących donikąd, co wprowadzało czytelników w totalną dezorientację.

Współczesny wydawca decydując się na publikację jednej serii, zastawia na siebie i czytelników podobną pułapkę – a nawet dwie. Pierwszą na nowego czytelnika, który może zagubić się w licznych wątkach dotyczących spin-offów, crossoverów i eventów. Drugą na siebie – wyrobiony czytelnik będzie niezadowolony, że prezentuje mu się produkt niepełny i będzie wolał go sprowadzić w oryginale, samemu decydując, co i w jakiej kolejności przeczyta. Rynek oryginałów, to kolejna pułapka na współczesnego wydawcę zeszytówek superhero, nawet jeśli korzysta z niego tylko niewielka grupa czytelników. Zawsze zmniejsza to zainteresowanie tytułem o te kilka osób, które wolą tańszy, ładniej wydany oryginał, bez martwienia się o ewentualne skróty, jakość druku i tłumaczenia.
Za czasów TM-Semica wydawało się łatwiej – rynek do pewnego momentu był chłonny, dla większości czytelników nie miało znaczenia, że dostają produkt niepełny, złożony z historii z różnych serii i wydany w dużo gorszej formie. Dziś ciężko sprzedać coś takiego. Argument, że są to komiksy do poczytania może nie wytrzymać starcia ze współczesnym rynkiem kolekcjonerskim. Klient nie chce być traktowany gorzej – zamiast sześciu kiepsko wydanych zeszytówek po osiem złotych woli kupić ich oryginalne wersje, albo dopłacić do trade’a w sztywnej okładce i na kredzie.

Takie będą komiksy w Rzeczypospolitej, jakie jej młodzieży chowanie
larryvincent, Flickr, CC-BY-ND

Grupa docelowa jest więc w rozsypce. Fani komiksu są wymagający i jest ich mało. Poza tym klienta można zdobyć tylko na dwa sposoby. Można odwołać się do starych fanów TM-Semica, którzy dziś nie czytają komiksów. Albo można wychować od nowa – przekonać młodych do komiksu.
Pierwszą ścieżką podąża chociażby Mucha Comics – celuje w starego fana TM-Semica, starając się wydawać trade’y z superherosami w cenach, jakie może zapłacić dorosły miłośnik komiksu. Inwestuje w znanych bohaterów i chyba chce wydawać komiksy przy okazji premiery filmu o danym bohaterze – tak będzie z Iron Manem. Niestety, nie ma gwarancji, że popularność filmów o herosach przełoży się komiksy. Nie ma też jednoznacznej odpowiedzi – czemu obejrzenie „Mrocznego Rycerza” nie jest uznawane za obciach, natomiast przeczytanie komiksu już jest – nawet jakby był to „Powrót Mrocznego Rycerza”. Film nie jest automatyczną przepustką do komiksu – „Batman” Nolana podobał się, bo oderwał się od komiksowego pierwowzoru – Joker to tylko makijaż, a nie spalona toksynami twarz, Gotham nie jest mroczne, a Batman to agent specjalny w dziwnym stroju. Nie ma tu mroku i przesady Burtona ani kiczu Schumachera.
Nowych, młodych czytelników próbuje zdobywać Egmont, konsekwentnie wydając od kilku lat… zeszytówki i magazyny z superherosami. „Spider-Man Magazyn”, „Marvel Heroes”, „Młodzi tytani”, „Komiksy dla dzieci: Marvel Spider-man”. Nie wspominam nawet o różnych wersjach „Kaczora Donalda”, „Tom&Jerry”, a o „Star Wars Komiks” każdy wie – one też przyzwyczajają młodego czytelnika do tego, że w kiosku można kupić tani komiks. No bo skąd on ma tym wiedzieć – przecież nie pamięta TM-Semic.

Spider-man Magazyn - dowód na istnienie superherosów na polskim rynku

Więc jednak wydaje się herosów? Wydaje się – tylko, ze dla grupy docelowej, która chce ich kupić i w stosownej dla niej formie – z gadżetami i dodatkowymi treściami, które zabawią czytelnika. W tej bitwie o klienta pokrzywdzeni są nastolatkowie, których nie stać na drogie trade’y, a wyrośli z magazynów dla dzieci. Widać w opinii wydawców nie jest ich wystarczająco dużo i muszą zaczekać aż dorośnie kolejna grupa, wychowana na kreskówkach z herosami i obecnych wydawnictwach Egmontu. Ktoś jednak w końcu zagospodaruje i ten segment rynku – trzeba jednak ten rynek od nowa ukształtować. Sam Tomasz Kołodziejczak coraz łaskawiej wypowiada się o wypuszczaniu komiksów w seriach – jak choćby w wywiadzie dla Alei Komiksu, gdy mówi o „Fantasy Komiks”:

Jestem zachwycony, i to nawet nie tylko dlatego, że my jesteśmy wydawcą – uwielbiam magazyny, cykliczne serie, antologie. […] Polski rynek komiksowy się dławi. Dławi małymi nakładami, w ich konsekwencji zbyt wysokimi dla wielu klientów cenami okładkowymi, krótką półką księgarń (albo i całkowitą nieobecnością w zwykłych księgarniach), wyczynami niektórych dystrybutorów. Możemy dalej wydawać komiksy w nakładach 1 czy 2 tysiące sztuk. Tylko że to nie za bardzo ma sens, szczególnie dla dużych wydawców takich jak my, którzy muszą generować stosowne nakłady i sprzedaże. Dlatego próbujemy wrócić do kiosków – większych nakładów, niższych cen, bardziej masowej dystrybucji.

Jak widać – jeśli istnieje jakikolwiek spisek wydawców, co sugerował blog akcji, to Egmont do niego nie należy. Szef Egmontu wyraża się też pochlebnie o serii „Star Wars Komiks”, dla której znalazła się w kioskach i półka, i klient. A warto pamiętać, że wstępne prognozy Jacka Drewnowskiego – redaktora naczelnego tego periodyku, nie były wcale różowe, o czym już kiedyś pisałem.

Kocham zeszytówki, pierwszy pobiegłbym po nie do kiosku. Jednak jestem realistą – nie ma się co spodziewać cud-wydawcy, który pojawi się znikąd z pełną ofertą zeszytów. Był TM-Semic, którzy wstrzelił się w moment, była Mandragora, która uprawiała chaos wydawniczy i był Dobry Komiks, który znienacka wydumał sobie kilkanaście tysięcy, a może więcej, miłośników komiksów. Wszystkie trzy wydawnictwa miały ten sam problem – dobre wydawnictwa musiały konkurować o uwagę ze średniakami lub niewypałami – rynek, choć chłonny, nie wytrzymał zalewu. Nikt dziś nie zaryzykuje, żaden z wydawców nie zmieni znienacka swego profilu. Także z tego powodu, że timof, Kultura Gniewu czy Hanami wydają takie komiksy, jakie lubią i chcą widzieć na rynku – i znajdują tu uznanie czytelników. TM-Semic swego czasu robił to samo – to była grupka pasjonatów, którzy wydawali to, co chcieli czytać – a przy okazji idealnie trafili w zainteresowanie czytelnika.

Dlatego liczę na Egmont, który ciągle bada rynek, jest doświadczonym wydawcą komiksów, ma możliwości, by wydać większy nakład i coś kombinuje z kioskową dystrybucją. Wydawnictwa dla dzieci, „Star Wars Komiks” i „Fantasy komiks” mogą być jaskółkami nowego, trzeba tylko być cierpliwym. Na nic nie zdadzą się spontaniczne akcje i podnoszenie larum.

Nagłówek bloga akcji
Czy to zachęca do lektury?

„Tęsknię za Tobą, zeszytówko”, ale inaczej to okazuję

Mamy to chyba jednak we krwi, że zamiast powolnej pracy u podstaw, wolimy rewolucje, demonstracje i potrząsanie szabelką. Choć popieram podstawową ideę akcji „Tęsknię za Tobą, zeszytówko”, to bardzo zraziła mnie forma. Pierwsza rzecz, to zdecydowanie się na akcję internetową – jaki był cel? Sporządzenie listy chętnych, którą wyślemy do wydawców? Bez żartów.
Akcja takowa ma sens tylko jako akcja promocyjna i informacyjna, że takiego komiksu nie ma tyle co kiedyś. Z jednej strony zachęcamy czytelników do rozejrzenia się po kioskach, z drugiej robimy szum wokół wydawców, którzy odważą się spróbować, co zachęca ich do dalszych działań. Wspominamy stare tytuły, by zaobserwować jakie wzbudzą zainteresowanie, z drugiej komentujemy nowości z USA i widzimy, czy wzbudzają emocje. Oczywiście nie jest to żadne badanie rynku, nie ma też gwarancji, że któryś wydawca z tego skorzysta. Ale taka akcja robi dobry PR i pokazuje, że środowisko fanów zeszytów potrafi się zorganizować.

„Tęsknię za Tobą, zeszytówko” to kompletne zaprzeczenie takiego podejścia. Po pierwsze blog – smętny i pusty, z nieciekawą grafiką, która nijak nie kojarzy się z komiksami. A wystarczyło spojrzeć na wygląd Kolorowych Zeszytów – to idealny wzór. Do tego niekonkretne teksty, zdradzające brak jakiejkolwiek metody działania:

Chcemy dowieść, że – wbrew ogólnie panującemu przekonaniu – kolorowe zeszyty spod znaku Marvela, DC i Image wciąż mają w Polsce wielu fanów, którzy z chęcią kupowaliby ja także dziś, w czasach drogich, ekskluzywnych wydań zbiorczych.

Dobrze, ale jak tego dowiedziemy? wyjdziemy na ulice? zasypiemy wydawców listami? sami to wydamy? Jeśli autor liczył, że kilka słów poparcia w komentarzach lub na serwisach coś zmieni, to musi wrócić na ziemię – nikt nie wierzy w internetowe głosy.

Za tym tęsknimy...
tilanseven, Flickr, CC-BY-NC-ND

Nie podoba mi się anonimowość pomysłodawcy(ów?) i nieszczęsna nazwa: Nieformalny Front Fanów Komiksu, która nie mówi nic, nie wywołuje żadnych skojarzeń – taką samą może przyjąć grupa fanów grubych awangardowych tomiszcz w twardej oprawie. Wizerunek psuje też polityczno-militarne nacechowanie używanego języka: „Jeżeli w jakiś sposób jesteś w stanie przysłużyć się naszej wspólnej sprawie”, „Relacja z Frontu”, „No to do ataku”. Wojenna retoryka zestawiona z czymś tak błahym jak brak komiksów na rynku może wyłącznie śmieszyć – zwłaszcza osoby postronne, które jeszcze nie wiedzą, o co chodzi. Akcję zabił też brak jakichkolwiek skoordynowanych działań – pojawił jeden tekst będący raczej strumieniem świadomości i wyrzuceniem wszystkiego, co zalegało autorowi na wątrobie. Zamiast analizować rynek – dociekał spisków. Zamiast skupić się na tym, kto mógłby takie zeszytówki wprowadzić, skupił się na narzekaniu, kto ich nie wprowadził i obwinianiu wydawnictw o zupełnie innym profilu. Skupił się na domysłach. Czy nie prościej było wysłać maila do każdego wydawcy z pytaniem, czemu właściwie zeszytówek nie ma? Może to zrobiono – nie wiem, nie było informacji. Dobre posunięcia to powiadomienie serwisów komiksowych i zasięgnięcie opinii sprzedawcy zeszytówek amerykańskich. Niestety, jeden mail z informacją o starcie akcji nie wystarczy – trzeba mieć plan, realizować go i przede wszystkim o nim informować.
Nieumiejętnie wykorzystano też Facebooka i Twittera. By faktycznie odwoływać się do nostalgii, profil takiej akcji powinien nazywać się: „Jak byłem mały, to co miesiąc kupowałem Batmana w kiosku na rogu” – można by nawet dopisać „i teraz za tym tęsknię”. Do takiej grupy dołączyłoby sporo ludzi, którzy przypomnieliby sobie, że faktycznie komiksy kupowali. Za to znów zastosowano militarno-rewolucyjną nomenklaturę. Nikt z zewnątrz nie dołączy do „Nieformalnego Frontu Fanów Komiksu” – bo brzmi to równie dumnie, co naiwnie, a przede wszystkim nie komunikuje celu akcji.
Widać, że był zapał, że była szczytna i bliska mi idea, ale w rezultacie para poszła w gwizdek, w stroszenie piórek i groźne słówka pod złym adresem. Bardzo podobnie podsumował akcję czytelnik podpisujący się „zeszyt”, miał też kilka ciekawych propozycji.

Osobny tekst można by poświęcić temu, czy formuła zeszytu się nie zużywa. W USA Marvel i DC coraz bardziej odsuwają w czasie premiery trade’ów, by podbić słabnące wyniki sprzedaży zeszytówek. Nowe serie o Supermanie i Batmanie mają być wydawane rzadziej, w formie powieści graficznych. A może zeszytówki czeka nowe cyfrowe życie na tabletach i platformach sieciowych? Czas pokaże.

Tęsknię za tobą, zeszytówko, ale zamawiam Cię w trade’ach ze Stanów. I rwał szat z tego powodu nie będę. A jeśli jakimś cudem wrócisz, to Cię przygarnę.

komentarzy 28

  • Pierwszy!

    +1. Bardzo dobry tekst. Nic dodać, nic ująć i może ciszej już nad trumną tej śmiesznej akcji, która coraz bardziej wygląda na jakiś smutny żarcik. :D Smutny, bo daliśmy się wkręcić.

    Hm, choć swoją drogą to korzyść jest przynajmniej taka, że powstał powyższy artykuł. Choćby z tego powodu było warto ogłosić tę chybioną odezwę.

    Pozdrówka

  • JAPONfan

    Pokrzywdzeni nastolatkowie. Części do konsol, gadżety jakoś z Hong Kongu zamawiać potrafią a zeszytowki albo tanszego trada już nie? Albo małe zakupki w polskim sklepie z amerykańszczyzną?
    Chyba że mówimy o młodzieży która nie zna angielskiego i chciałaby czytać komiksy po polsku.
    Zresztą, o ile mnie pamięc i rozeznanie nie myli to ja czy ty byliśmy „wczesnymi nastolatkami” kiedy TM-semic przestało wychodzić. I wtedy już ograniczyłem się do zbierania tylko jednej serii a po jej zakończeniu przerzuciłem się na druga. Nie kupowałem wszystkiego co popadnie. Mielismy ten „luksus” że tytułów w kioskach było kilka więc mogliśmy sobie coś wybrać. A teraz własnie jest internet który który prezentuje wszystko co można dostać. Są Kolorowe Zeszyty które na bieżąco omawiają rynek. I jedynym powodem dla ktorego ktoś nie kupi zeszytowki za 7 zeta jest to ze nie zna języka.
    Choć wolę czytać moim kalekim angielskim niż kalekim polskim.

  • Hm. Moje dorastanie przypadło na podobny okres, mimo że byłem już wcześniej fanem komiksu, TM-Semiców nie kupowałem. Komiksy dla mnie to były Thorgale, Hugo, Rork, Aria… To był dla mnie powiew Zachodu.

  • czy ludzie nia zdają sobie sprawy skąd pochodzi zwrot „ciszej nad tą trumną” że tak chętnie go cytują? bo nie jest to chlubne źródło.
    na temat zeszytówek- co miałem napisać napisałem u Dembola.

  • Wyobraź sobie, że ja sobie zdaję sprawę. Znaczenie tego zwrotu już dawno wiedzie sobie swoje życie, odmienne niż założył sobie endecki publicysta. A że niechlubne pochodzenie – trudno. Narutowicza to nie wskrzesi. Fajną rzecz napisał o tym Bralczyk w „444 zdaniach polskich”. Polecam.

  • Komentarze o WOŚPie znajdziecie pod właściwym wpisem. Zmienił się minimalnie czas dodania.

    Nie ma obaw, że znikną – w kolumnie po prawej zawsze widać najnowsze, nieważne jak stary był wpis.

  • @au
    Czego to się człowiek nie dowie. Jeżeli sformułowanie Cię uraziło, to przepraszam.

    Ale to typowy przypadek oderwania słowa [związku, wyrażenia itp.] od swojego korzenia.

    Pozdrówka

  • co do cen tak dwa słowa z mojego archiwum pamięci:

    spiderman: 9900
    wynagrodzenie miesieczne- 400 000( miesieczny budżet mojej matki)
    czyli
    wtedy za taką kase mozna było kupić 40
    dzisiaj 19 zł (fantasy komiks)
    średnie wynagrodzenie coś koło 2500

    czyli coś około 140

    Tm semicy były w ciul drogie wtedy i fakt były czymś luksusowym

  • Szukałem cen i zarobków z tamtych lat, ale nie znalazłem. To wiele rozjaśnia, dzięki Karolu.

  • @paweł
    no właśnie .. to całe napierdalanie o tanie zeszytówki… pusty śmiech mnie ogarnia…

  • a co w tym śmiesznego?

    @Łukasz- pożyczysz?

  • kurcze to nie te czasy nie ta kultura.

    tak jakbym miał kupować komiksy dragonballa. no wyrośliśmy z tego.film to film – ma efekty ma audio-wizual, komiks nie ma nic poza majtami na kalesonony. jeszcze jako rysownik mogę doceniać warstwę artystyczną ale w 80% superbohaterskich sieczek jest to ‚jedno kopyto’ szablonowe pop-gówno, które równie dobrze mogę skosztować na deviantarcie.

    ja jako czytelnik komiksu wolę pozycje ciekawsze, głębsze, ambitniejsze niż zeszytowy amerykański crap.
    a jeśli już to zbiorki w stylu essentiali.
    Bo to jak z oglądaniem seriali. W tv crap, ale jak zbierzesz 20 odcinków i łykbniesz na raz to może być ciekawie.

  • @au
    pusty śmiech gdy widzę dzieciaka który smarkał w 98 w rękaw mamie żeby mu batmana kupiła i teraz chce zeszytówek takich jak w latach 90….

    przecież ma… komiksy po 100 zł taka sama proporcja „taniości”

  • co do oderwania zdań od ich pochodzenia- nie dalej jak z pół roku temu któryś minister we Włoszech wypowiedział się publiczne słowami „praca czyni wolnym”. wyobrażacie sobie jaka chryja była. minister tłumaczył się, że nie wiedział.
    dlatego dobrze wiedziec skąd się wzięło to co mamy zamiar powiedzieć, bo a nuż się okaże, że mówimy coś zupełnie innego niz mamy zamiar powiedzieć. i żeby nie mówić „a nóż”.
    a poza tym ja juz jestem starym dziadem i mam chorobę /głos dziada on/”wy młodzi to nie wiecie!”/głos dziada off/

  • @karol- ja swoje kieszonkowe wydawałem na komiksy juz w 93. ale nadal nie widzę w tym nic zabawnego.

  • @au- w 91 roku żeby kupić sobie komiks przeciętna rodzina ot taka jak moja musiałaby zrezygnować z dziennej „racji żywnościowej” czyli żarcia

    zatem śmieszy mnie ten mit jak to zeszytówki były tanie i dla każdego

    w przeliczeniu kosztowały tyle co teraz te wszystkie miszcze i ekskluziwy

  • dzisiaj zeszyt kosztuje dychę albo mniej i ludziom to za drogo.
    w związku z tym „nie ma zeszytówek”.
    w zwiazku z tym wychodzą supertrejdy po 90 zł albo albumy typu „matka wszystkich albumów” po 199,90 co jest juz wybitnie, kurwa, za drogo.
    w związku z tym komiksy sprzedaja się coraz gorzej. w związku z czym ich niedługo nie będzie w ogóle. poza dolną półką i różnymi inicjatywami becikowymi.
    kiedyś w naiwnosci swojej liczyłem na stopniową normlizację rynku i z czasem możliwość zarabiania na tym, albo chociaż życia na jakim takim poziomie, a tu się wszystko, za przeproszeniem, pierdoli, więc powiedz mi proszę, CO W TYM DO CHOLERY ZABAWNEGO.

  • no właśnie nic zabawne śmiech jest ale pusty…

  • au, traktujesz komiks poważnie? whoooaaaa

  • za 10 lat to może być smiech przez łzy, kiedy na forach ludzie będą wykpiwać jakąś dziwną akcję „tęsknię za tobą komiksie”.

  • @titos- nie, juz nie. teraz juz tylko tylko tęsknię za zeszytówką.

  • Mnie bardzo upadek TM Semic zasmucił, gdyż upadł w połowie Appleseeda. I chociaż było to wydanie słabe, to i tak lepsze niż JPF-owskie, który Appleseedem majaczył w ankietach, a na koniec się wypiął.

  • Racja pstraghi, następnym razem zrobię ranking.

  • @au
    Co do pochodzenia słów jeszcze – ich odbiór to już kwestia społeczna i obyczajowa. Dlatego „praca czyni wolnym” pewnie jeszcze długo [oby zawsze] będzie nieakceptowalnym zwrotem.

    Pozdrówka

  • Byle by był dowcipny, fajny i nie za długi (przez za długie rankingi nikt się nie przeklikuje).

  • tl;dr?
    dr;fo

  • Tytułem uzupełnienia – tako rzecze o zeszytówkach sam Tomasz Kołodziejczak:
    NIE zamierzamy w najbliższym czasie wprowadzać do kiosków serii superbohaterskich.>

    „Najbliższy czas” jest nieco pocieszający.

    Więcej na temat jego poglądów na temat wydawania zeszytówek superhero zawierają odpowiedzi na pytania od 10. do 17.

    Chyba wiem, kto wysłał dłuuugiego maila. ;)

Dodaj komentarz