Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Every day the same dream


gry · komentarzy 59

Every Day The Same Dream
Znacie to uczucie, kiedy dni zlewają się w jedno, poranki są identyczne, a kładąc się wieczorem spać, nie pamiętacie, co działo się rano? Kiedy szarość i bylejakość przytłacza, a w tle brzmi wciąż ten sam monotonny soundtrack. Autor ze studia Molleindustra, znanego z gier niesztampowych, postanowił uchwycić to uczucie w grze. A może to już nie gra?

„Every day the same dream” bazuje na mechanizmach, które stanowią sedno każdej gry – choć często gracze nie są ich świadomi. By najlepiej to zrozumieć, najlepiej zagrać nią samemu, dlatego jeśli tego nie zrobicie przed lekturą, nie miejcie potem żalu, że odebrałem wam część zabawy. Więc może jednak spróbujecie… A potem wróćcie, porównamy spostrzeżenia.

Bohater, nad którym gracz przejmuje kontrolę, nie wydaje się nikim szczególnym. Jest idealnym wcieleniem everymana, do którego można przypisać dowolne cechy. Ułatwia to uproszczone przedstawienie postaci, a także brak jakiejkolwiek charakterystyki czy nawet imienia. Równie przeciętne jest jego życie. Doskonale podkreśla to spartańska oprawa graficzna, utrzymana w odcieniach szarości i nadająca całemu światu dość umowne, a przez to uniwersalne rysy.

Every Day The Same Dream

Fabuła wydaje się bardzo prosta. Nastaje ranek, bohater wstaje z szarego łóżka, zakłada garnitur, zamienia słowo z żoną i wychodzi na szarą ulicę. Potem tłoczy się w korkach, na ulicach zapełnionych identycznymi szarymi samochodami z identycznymi kierowcami. W pracy siada przy biurku, pośród setek identycznych biurek z setkami identycznych pracowników. Nawiasem, świetnie obrazuje to praca „kamery”, która ukazuje biuro z coraz szerszej perspektywy, dobitnie uzmysławiając wszechobecną uniformizację pracowników. Gdy bohater usiądzie przy biurku, dzień się kończy. Nastaje ranek, bohater wstaje z szarego łóżka, zakłada garnitur… Zapętlenie w rzeczywistości podkreśla monotonna i dość ponura muzyka, znakomicie budująca klimat smutnego, szarego, rutynowego życia.

„Every day the same dream” uderza brakiem jakiegokolwiek jasno postawionego przed graczem celu. Wydaje się, że zbudowana jest dokładnie na opak zasadom tworzenia gier. A jednak odwołuje się za to do najbardziej pierwotnych potrzeb, które leżą u podwalin każdej produkcji. Gracz zaś w trakcie interakcji zaczyna je mniej lub bardziej świadomie realizować. Odczuwa potrzebę znalezienia wyzwania oraz potrzebę eksploracji świata i poszukiwania założonych przez twórców granic – oczywiście po to, by je przekroczyć. Cała przewrotność „Every day the same dream” opiera się na tym, że wykroczenie przeciw zasadom świata nie jest tu wykroczeniem. Autor gry z góry założył, że gracz znudzony rutyną i niewidzący sensu w powtarzaniu tych samych czynności, będzie chciał odnaleźć w grze coś więcej. Wiedział doskonale, że grającego zaniepokoi niezmienność świata i słowa staruszki w windzie: „Pięć kroków i będziesz innym człowiekiem”. I z tego uczynił cel swojej produkcji. Wiedział, że gracz nie wytrzyma i będzie chciał te pięć elementów odnaleźć.

Every Day The Same Dream

Gra nie każe wprost łamać reguł, ale oczekuje, że gracz to zrobi i delikatnie mu to sygnalizuje. A gdy już bohater zrobi to odpowiednią ilość razy, czeka go zupełnie nowy świat. Jednak zakończenie może wywołać niepokój. Bo tak naprawdę nie wiadomo, kim wtedy jesteś i kogo widzisz? Być może uciekając od trzymania się reguł wyrwałeś się z kieratu codzienności? Możliwe, że tak – wszyscy inni nie wytrzymali, a Ty przetrwałeś i w zakończeniu widzisz ostatniego pracownika? Albo może za każdym razem wcielałeś się w kolejnego identycznego człowieka i każdemu w inny sposób udało się uciec z machiny? Wtedy zakończenie byłoby optymistyczne – jesteś wolny,a korporacja upadła. Można też założyć, że zawsze byłeś wolny i patrzysz na świat z perspektywy szczęśliwca, który nie brał udziału w wyścigu szczurów, a tylko obserwuje jego skutki. Możesz też być duchem, który widzi kolejnego pracownika, postępującego tak samo jak Ty przed chwilą. A może – jak sugeruje tytuł – to wszystko było tylko koszmarnym snem, gdzie byłeś uwięziony w bezcelowym powtarzaniu tych samych czynności. A w zakończeniu się budzisz…

Niejasne rozwiązanie doczekało się zresztą wielu interpretacji w komentarzach na innych serwisach – ale jeśli nie graliście, to lektura popsuje Wam zabawę. O to zresztą chodziło autorowi gry, Paolo Pederciniemu, jasno zaznaczył, że chciał wywołać pytania i wątpliwości:

Moim celem było użycie gier jako nośnika trudnych tematów – wykorzystałem to jak łatwo zyskują popularność i pozwalają rozprowadzić jakąś ideę w sieci. Jednocześnie mogę badać relacje między ideologią a rozrywką.

Wykorzystał też swoją grę, by skrytykować korporacyjny styl życia. Grając, koniecznie zwróćcie uwagę na wykres wyników firmy. Będzie się zmieniał za każdym razem, gdy złamiecie reguły. Korporacyjne molochy nie lubią indywidualizmu. Przekształcają ludzi w smutne automaty – może dlatego w trakcie gry kołatał mi się w głowie utwór Nine Inch Nails „Every day is exactly the same”. Zapewne przez skojarzenia z „Wanted”, gdzie został wykorzystany właśnie w celu podkreślenia pustki w życiu głównego bohatera. No i przez szarość w teledysku:

„Every day the same dream” jest przewrotna. Jej reguły opierają się na omijaniu reguł, jej celem jest uniknięcie braku celu. A choć grafika jest szara i schematyczna, a muzyka dołująca, to całość jest intrygująca. Zależnie od interpretacji może mieć pesymistyczną lub optymistyczną wymowę, lecz nie można odmówić jej, że wdzięcznie ujmuje nielekki temat zatracenia się w pędzie współczesnego świata. I zmusza do myślenia. Dlatego warto poświęcić jej te 10 minut – nawet jeśli nie znosicie tych małych niezależnych gierek flashowych.

gry

komentarzy 59

  • Ja chyba jednak jestem tradycjonalistą w grach. Mają mnie rozerwać, a nie stawiać mi pytania.

    Swoją drogą jest chyba moda na nagonkę na korporacyjny styl życia, czy jak? Wszyscy upatrują w tym samegoszatana, mam wrażenie.

  • No ta „moda” ma jakieś nie wiem, trzydzieści lat?

  • A co, to ją nobilituje?

    Raport Rzymski też ma swoje lata i nadal jest tak samo bzdurny w niektórych miejscach.

    Chodzi mi o to, że ostatnio znów się wszyscy lubią z tego nabijać / zwracać na to uwagę – albo ja więcej tego widzę. A może zwyczajnie drażni mnie to, bo chociaż nie siedzę w kostce, to jednak pracuję w wyznaczonych godzinach, w wyznaczonych dniach, za konkretne pieniądze, zamiast być wolnym duchem, co robi co chce i kiedy chce i gdy tylko chce, to się martwi o rachunki :D

  • Wybierasz skrajności, które wygodnie Ci porównać.

    Normalna praca na etacie nie w stałym czasie za stałą kasę nie ma wiele wspólnego z korporacjami z ich etosem, dresscodem, wydumanymi normami, zawłaszczaniem pracownika, narzucaniem absurdalnych reguł, boksami. Są firmy, które choć narzucają zasady, to traktują Cię jak człowieka.
    I tych nikt tu nie krytykuje.

    A skoro to Cię drażni, to może jednak odczuwasz, że w pracy jesteś upodmiotowiony?

    Aczkolwiek mam wrażenie, że dyskusja nie ma sensu, bo już podzieliłeś sobie świat na uczciwych ludzi pracy i wolne duchy czyt. „nierobów”.

  • Widzisz, bo to nie jest takie czarno-białe.

    Ja też pracuję w gigantycznej, międzynarodowej korporacji, która ma oddziały w kilkudziesięciu krajach. Po prostu u nas ze względu na specyfikę branży / pracy nie ma większość sztafażu korporacji – bo na tym się to wszystko dla mnie skupia – na zewnętrznych przejawach jak kostki, dresscode i reszta, co samo w sobie jest w sumie mało ważne.

    Co do wrażenia, to jak zwykle, wyciągasz wnioski za wcześnie, a co za tym idzie – błędnie. Sam byłem kiedyś takim „wolnym duchem” i zaczęło mi to tak strasznie przeszkadzać, że „dlatego jestem w korporacji”, że tu zacytuję klasykę gier. Wybrałem stałe godziny w zamian za stałą pensję. I bez żalu zamieniłem t-shirt na koszulę – bo głupio się chodzi czasem na spotkania z ludźmi w t-shircie.

    Demonizowanie korporacji jest wesołe. Tak samo, jak urojona i nie wiadomo na czym niby polegająca „walka z systemem”. Którą większość nas w wieku lat -nastu też przechodziła, a niektórym zostało do dziś.

    Jeśli ktoś ma problem z pracą w korporacji – niech ją rzuci. Jeśli nie, to niech się odpierdoli od tych, co w niej pracują bo chcą, albo bo się na to godzą. Jeśli nie pracuje w korpo, to nie jego problem.

    Jak komuś źle na kasie w tesco, to niech znajdzie lepszą robotę, jak nie potrafi, to może tak mu pisane?

    To trochę tak, jak z radykalnymi wegetarianami, co wyzywają mnie za to, że zgodnie z naturą jem mięso.

    Śmieszą mnie ludzie piętnujący i wyszydzający „korporacyjny styl życia”. Bo co to jest niby? Poza tym wspomnianym sztafażem, czym się wyróżnia? I tym podobne pytania.

  • No właśnie o wyszydzanie tego zbędnego sztafażu chodzi – on niby stanowi o korporacyjności, a tak naprawdę nie daje nic, poza uprzedmiotowieniem ludzi.
    To piętnują przeciwnicy korporacjonizmu.

    Czyli się zgadzamy – stała praca z zasadami ok, śmieszne korporacyjne rytualiki – nie ok.

  • Oczywiście, że się zgadzamy.

    Ale jest tu inna kwestia – przeciwnicy korporacjonizmu. Ja uważam, że nie jedzenie mięsa jest niezdrowe. Uważam też, że niejedzenie mięsa na gruncie ideologicznym jest głupie. Ale nie walczę z wegetarianami.

    Jak ktoś ma problem z korpo, niech nie robi w korpo, jak ktoś pracuje w korpo, to albo niech to zaakceptuje, albo niech odejdzie. O co tu walczyć?

    Jak firma mi się nie podoba, to ja nie każę się firmie zmieniać, tylko zmieniam firmę. Lepsze, szybsze, bezpieczniejsze, nerwów nie ma. Ot.

    Masa cała jest ruchów na tym świecie, które niczemu nie służą. Poza sianiem nienawiści do jakichś zmyślonych zjawisk czy idei. Walka z korporacją jest dla mnie takim ruchem. Z gruntu pozbawionym sensu.

  • @godai

    Tu chyba chodzi o tą korporacyjną postawę „Masz wielbić firmę, która Cię ubiera, karmi, daje na rozrywki i wykształcenie Twoich dzieci i pamiętaj, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, dlatego staraj się, żeby nie podpaść firmie”. Ja wiem, że to głupi i przesadzony stereotyp, ale pamiętam jeszcze czasy, kiedy sam walczyłem z „systemem” nie wiedząc tak konkretnie z czym walczę.
    Generalnie szło tam chyba o to, że korporacja coraz śmielej wkracza w sferę prywatną swoich pracowników, ale dowodów na poparcie tej tezy nie mam, bo wciąż jestem wolnym duchem :]

  • > Normalna praca na etacie nie w stałym czasie za stałą kasę nie ma wiele wspólnego z korporacjami z ich etosem, dresscodem, wydumanymi normami, zawłaszczaniem pracownika, narzucaniem absurdalnych reguł, boksami.

    Tyle że to taki Dilbertowy obrazek z lat 80. Teraz to się sporo zmieniło, bynajmniej nie wszystko na lepsze. Nie ma boksów (w ogóle czasem nic nie ma, bo nie ma stałych miejsc; nie po to dostajesz od firmy laptop żeby Ci jeszcze udostępniali kawałek biurka), dresscode jest ważny tylko w kontaktach zewnętrznych (nikogo nie obchodzi jak przychodzisz do biura, bylebyś nie poszedł w t-shircie na spotkanie z klientem), zamiast wydumanych norm są „wartości firmy” z naciskiem na społeczną odpowiedzialność. Wyścig szczurów formalnie nie istnieje, jest kult teamworkingu, rozwoju osobistego, pomocnej dłoni, spełniania potencjału i pozytywnych relacji w grupie.

    Oczywiście wszystko do czasu.

  • I wszystko jest tylko dla chętnych. Tak, jak kasa w tesco. Nikt nikogo karabinem z ulicy nie zagania.

    :D

  • Tobie to tak fajnie mówić z perspektywy Warszawy.

    o, emota wstawiłeś.

  • Godai, to jak z wojskiem, wszyscy się z niego śmieją, a Ty dziwnym trafem uważasz za przygodę swojego życia.

  • Pierwszego dnia sprawdziłem jak twardy jest cement. Po pobudzce wyłaczem grę. Nuda.
    I żonę powinien zmienić. Taka co to go będize budzić odpowiednie wcześnie a nie robić śniadanie któego nawet nie ma czasu zjeść.

  • Klimacik tej gry trochę jakby z komiksów Jasona.
    Fajna, fajna.

  • @Maciej: przepraszam, nie pierdol. Jeszcze powiedz „bo wy tam w tej Warszawie tyle zarabiacie”, to już zupełnie będzie mądrze.

    Robotę znajduje się nie z perspektywy miasta tylko umiejętności. Że w Polsce „C” jest trudniej, to ja wiem, ale też można.

    @kmh: chyba mnie pomyliłeś z kimś. To, że nie dostaję spazmów jak każdy wymoczek z załatwioną kategorią D, to prawda, ale przygoda życia to trochę przesada. Po prostu nie udawałem kaleki przed komisją, tylko postanowiłem odsłużyć swoje. A liczy się dla mnie w tym wypadku tylko opinia tych, co byli – bo tylko oni wiedzą, o czym mówią. To tak, ja ja próbowałbym ci tłumaczyć SXE – też byś mnie wyśmiał, bo znam ruch tylko ze słyszenia.

  • Z drobną pomocą znajomego udało mi się skończyć grę. Świetna. Zakończenie jest boskie.

  • Bo wy tam w tej Warszawie tyle zarabiacie.

    Podzielam Twoją opinię.

  • Jako osoba z kategorią D zaręczam Ci, że nie musiałem udawać kaleki przed komisją.

  • Właśnie o taki prostym kategoryzowaniu mówiłem…
    Dostał D = symulant, kaleka
    Krytykuje korporacje = beztroski nierób

    To ułatwia życie, nie?

  • Bardzo. Szczególnie, że niestety stereotypy nie biorą się z dupy.

    Znam kilku ludzi, którzy faktycznie mieli D – jeden za astmę, inny za nadwagę, ale znakomita większość miała A i dostawała spazmów, dokonując cudów. Zapisując się do jakichś dziwacznych szkół, dając łapówki i nie odbierając wezwań, albo w pokrętny sposób dostając zmianę kategorii. Nie poradzę, że mam ogólne wrażenie, że większość się migała albo oszukiwała.

    I nie zmienia to faktu, że najgorsze rzeczy o wojsku zawsze wygadują ludzie, którzy nigdy nie byli bliżej wojska niż na komisji poborowej. A ci, co byli, przyznają, że to owszem, strata czasu i było ciężko, ale nie rozsnuwają panicznych wizji.

    A to z korporacją to już z dupy wyjąłeś chyba. Przestań czytać między wierszami, przynajmniej w moich wypowiedziach. Bo ja nic między nimi nie umieszczam.

    @kmh: a za co masz D, tak z ciekawości? Bo raczej nie za anemiczny wygląd, tylko musiałeś faktycznie mieć jakieś podstawy.

  • Ja też mam A. :) Ale w wojsku nie byłem. Studiowałem.

  • D mam za wadę wzroku – więcej niż -6 dioptrii. Bez okularów mało co widzę :)

  • I to jest normalne akurat. Taki scenariusz pomijam i nie komentuję, bo nie ma co.

    Chociaż jeszcze w okresie, gdy ja poszedłem, mogłeś się razem z dyplomem spodziewać biletu, bo wtedy do 28. roku życia brali.

    I wtedy masa ludzi dostawała nagle szajby; co, co wylecieli ze studiów tym bardziej.

    @kmh: mieliśmy kilku okularników w jednostce, ale nie aż tyle.

  • szkoda, ze nie mamy normalnej armii swoją drogą.
    był o tym fajny tekst w Strzale, ale nie można sie doprosić, żeby zrobili wersję online magazynu, chyba przyjdzie zeskanować i naruszyć prawa.

  • To ja się będę starał godaiemu nie pokazywać na oczy. Nie dość, że jestem głupi, bo nie jem mięsa „na gruncie ideologicznym”, to jeszcze jak ostatni wymoczek załatwiłem sobie kategorię D na lewo.

  • a jak? piłeczka pingpongowa?

    a btw:
    http://zarucki.soup.io/post/48961794/Pi-szympans-w
    i „Tak właśnie wykuwa się kultura korporacyjna firmy”. popularna historyjka, a wkurwiające to jest, ze każdy chętnie przyjebie się do korporacji bo to trendne, ale tego, jak bardzo cały kraj jest wciąż pierdolonym PRLem- dokładnie na tej samej zasadzie, „zasadzie szympansa”- to się jakos nie komentuje.
    wystarczy popracować w firmie państwowej, spróbować załatwić cokolwiek w urzędzie, albo, nie daj Boże, mieć do czynienia z mili… pardon, policją, zeby się przekonać, że wciąz rządzi Gierek.
    czemu? minęło 20 lat wolnej (na pewno nie szybkiej)Polski, a wciąż wszystko jest po znajomosci, pod ladą, z partyjnego nadania i czy się stoi czy się leży. 20 lat minęło, nastąpiła wymiana pokoleniowa, a WCIĄŻ JEST KURWA TAK SAMO.

  • Zrobiłem lewą spirometrię. Ale okazało się, że jak słabo bym nie dmuchał w rurę, to moje wyniki i tak są za dobre na astmę. Więc pielęgniarka zrobiła badanie za mnie. Po znajomości, pod ladą.

    PIŁECZKA PINGPONGOWA??

  • Widzisz, wonder, i ja osobiście nie pochwalam czegoś takiego. Skłamałbym, gdyby powiedział, że nie myślałem o tym, czy nie ma jakiegoś sposobu na uniknięcie armii – bo to jest rok w plecy. Ale poza podatkami i uczciwą ciężką pracą nie robię dla tego kraju kompletnie nic. Więc to była taka moja danina. I uważam, że takie oszustwa nie są w porządku.

  • tygryszbetonowejdzungli

    ty naprawde wychodzisz z zalozenia ze ‚obywatel jest dla panstwa’?

  • Nie. Wychodzę z założenia, że jak się coś od państwa bierze, to czasem można też coś dać.

    Nie mam po prostu postawy homo sovieticus w stylu „mnie się należy, bo tak”.

    To dziwne, że całe życie korzystając z zasobów swojego kraju mam poczucie, że też powinienem jakoś je wspomagać?

  • @godai

    Jak śmiesz promować tutaj postawę dojrzałego obywatelstwa? Może jeszcze głosujesz w wyborach, zamiast jęczeć, że wszyscy politycy to złodzieje a polityka to bagno, hę?

    @wonder

    Naprawdę nie masz się czym chwalić.

  • @rob:niestety tak, przepraszam. Odkąd odebrałem dowód głosowałem zawsze w każdych wyborach. Nawet powiatowych i gminnych.

    Jestem po prostu zaślepionym medialnym bełkotem trutniem. Przepraszam.

  • tygryszbetonowejdzungli

    ale nie masz nic przeciwko postawie panstwa „mnie sie nalezy, bo tak” czym de facto byl obowiazkowy pobor?

    a tak na marginesie, to oddawanie semidobrowolnej ‚daniny’ w postaci kompletnie zmarnowanego roku (i dla ciebie i dla panstwa) to jak dla mnie cos chyba ponad li tylko wspomaganie.

  • Był obowiązkowy pobór, ale to nie jest kwestia. Można ściemniać, udawać, że się ma choroby i cała resztę. Można też mieć moją postawę i nie oszukiwać. A państwo, cóż, na tym polega ten twór, że coś dając, żąda coś w zamian. Nie czas i miejsce na akademickie rozważania, czy te proporcje są zachowane.

    Czy to było coś ponad to? Nie wiem. Ale miałem wrażenie, że po coś stałem z przysłowiowym karabinem w mroźną noc. Być może po nic, bo być może istnienie armii też jest tylko fanaberią systemu. A może ze względu na brak prawdziwej armii akurat tak było trzeba? Być może oprócz mnie nikt nie uzna tego za pożytek, że tam stałem. W sumie wasze prawo i nie oczekuję od nikogo nawet przemyśleń na ten temat, co dopiero opinii – trudno mieć ją w temacie, który się słabo zna zwykle.

    Ja tam wyciągnąłem dla siebie z woja ile się dało. Nie dużo, ale wystarczająco, żeby nie płakać, że to był czas tylko zmarnowany.

  • Edward Mruwnica

    Witam,

    @: To dziwne, że całe życie korzystając z zasobów swojego kraju mam poczucie, że też powinienem jakoś je wspomagać?

    To bardzo chwalebne, ale przecież „odsłużając” wojsko tylko jeszcze bardziej obciążyłeś państwo. Znacznie bardziej byś mu się przydał, gdybyś jednak przez ten rok pracował i płacił podatki. Przysłużyłeś się co najwyżej zwiększeniu wpływów wojskowego lobby na politykę, czyli de facto oficerom i ich rodzinom (jak wiadomo żołnierz zawodowy w życiu nie splamił się kupieniem choćby grama oleju napędowego do swojego prywatnego diesla).

  • Rob: z tymi wyborami na Motywie, to chyba coś Ci się bardzo pomyliło.

  • @tygryszbetonu
    jak widzę to rozmemłane, rozkapryszone społeczeństwo, co do wyborów nie chodzi, „jebać policję” woła i ma garba w wieku 19 lat, to myslę, że powinni przywrócić obowiązkowy pobór- wszystkich, kobiety, mężczyzn, jak w Izraelu- i dać każdemu w wojsku porządnie w kość. taka szkoła życia.
    po latach zacząłem żałować, że mnie ta szkoła akurat ominęła, bo brakowało mi jej. sam jestem rozmemłany i garbaty. ale chodzę na wszystkie wybory.
    obowiązowy pobór w PRL i 3RP nie był ze strony państwa postawą „mi się należy”, bo de facto państwo nic z tego nie miało. armia z poboru kosztuje państwo- czyli nas- więcej niz armia zawodowa i zniesienie obowiązku słuzby wojskowej było podyktowanie ekonomią, a nie pokrzykiwaniem anarchistów.
    postawą „mi sie należy” jest istnienie ZUSu, 40% podatek od dochodów z nieustalonego źródła, 1,04% ukrytego podatku na kościól i inne atrakcje od których nie mamy jak się wykręcić.
    wzamian społeczeństwo nie ma nawet jak się postawić państwu, bo jak przyjdzie co do czego to przecież w wojsku nie było.

  • @Naprawdę nie masz się czym chwalić.
    nie zrobił numeru z piłeczką- nie jest tak źle.

  • Tongue-in-cheek, Konradzie, tongue-in-cheek.

  • @ powinni przywrócić obowiązkowy pobór-

    Pfff, to taka sama prawda, że od napierdalania pasem dzieciaczki się wychowa.

  • Edward Mruwnica

    @au: wzamian społeczeństwo nie ma nawet jak się postawić państwu,

    Akurat karne chodzenie na wybory i wybieranie między Kaczeralskim a Tuwlakiem tylko umacnia bezsilność wobec władzy. Daje tylko złudne poczucie wpływu na politykę — odfajkowane, obowiązek spełniony, zmieniłem rzeczywistość (nie).

  • niechodzenie na wybory to lepszy sposób? „nie zagłosowałem, ale im dałem popalić! bez mojego głosu to sie normalnie posrają (nie)”
    @mrw
    napierdalać rozkapryszonych gnojów! napierdalać!

  • @Rob
    Nie chwalę się, ale i nie wstydzę. To po prostu zabawna historia. Z tym dmuchaniem w rurę pod ladą. He he.

    @au
    Powiedzże wreszcie, na czym polega numer z piłeczką. Drżę z ciekawości.

  • @napierdalać!

    Z KARABINKÓW!

  • Edward Mruwnica

    @: niechodzenie na wybory to lepszy sposób? “nie zagłosowałem, ale im dałem popalić! bez mojego głosu to sie normalnie posrają (nie)”

    Niewiele ale lepszy. Weźmy przykładowe, obecnie rządzące PO: jeśli jesteś wyborcą PiS to jesteś dla nich tylko straconym pikselem na słupku poparcia; jeśli jesteś ich wyborcą to dziękujemy, a teraz pocałuj nas w dupę. Ale jeśli głosowałeś na partię „nie byłem na wyborach” to istnieje choć minimalna szansa na to, żeby zainteresowali się „kupieniem” twojego głosu.

    Ale mnie nawet nie o wpływ chodziło, tylko o spokój sumienia wywołany spełnieniem obywatelskiego obowiązku. Ja już nie mogę się doczekać najbliższych wyborów (i następujących po nich 4 lat), kiedy wreszcie, pierwszy raz w życiu, zagłosuję na partię „głos nieważny”. Do tej pory zawsze się spinałem i czułem współodpowiedzialny, gdy ludzie na których głosowałem robili idiotyzmy (jak np. ostatnio z zakazem palenia). W końcu pokażę im fakulca.

    Dodam, że ja bym bardzo chciał mieć jakichś ludzi w Sejmie za których będę współodpowiedzialny bez natychmiastowego poczucia bycia wydymanym przez ludzi, których poglądy kształtują sondaże.

  • Mo cóż, zrezygnuję z dalszej dyskusji, bo to zaczyna być rozmowa zwolenników „walki z systemem” z rozmową zwolenników systemu, a to, jak wspominałem, jest akademickie.

    Oczywiście – wolałbym zawodowe wojsko. Być może wtedy byłby zawodowym żołnierzem – proponowano mi to, ale odmówiłem z pobudek rodzinnych. I ze względu na wątrobę. Ale ponieważ padają argumenty, które nie są dla mnie argumentami, to nie będę się dalej spierał.

    Jestem dumny z tego, że byłem żołnierzem. Kto chce, niech się śmieje. Kto mnie rozumie – ten się tylko uśmiechnie. Ale to każdego osobista sprawa.

  • Nie znalazłem piątego kroku, a muzyka nie pomogła mi w dalszych poszukiwaniach.

  • Przejrzyj komentarze do podlinkowanego wpisu – zwłaszcza te oznaczone „spoiler”. Tam znajdziesz piąty krok. Za drugim razem można przejść ją szybciej, załatwiając kilka kroków za jednym zamachem.

    A muzyka zdecydowanie nie pomaga. ;)

  • Hmmm, wychodzi na to że zwolenników „partie nie maja mi nic zaoferowania i sa kiepawe” jest mniej niż tysiąc w całej Polsce.

  • @Edward Mruwnica

    >Ale jeśli głosowałeś na partię “nie byłem na wyborach” to istnieje choć minimalna szansa na to, żeby zainteresowali się “kupieniem” twojego głosu.

    To znaczy? Wyjaśnij.

    Dodam, że ja bym bardzo chciał mieć jakichś ludzi w Sejmie za których będę współodpowiedzialny

    Polecam bezpośredni kontakt z posłem z Twojego okręgu. Wbrew pozorom działa.

  • nie mogę dojść do końca…
    chyba że koniec jest taki, ze nie ma końca

  • @Rob: jakiś czas temu pisałem, nawet chyba na Motywie, o założeniu własnej partii. Hej, nie podoba ci sie polityka „gówno wiem o internecie ale założe mu kaganiec”, zagłosuj na kogoś kto myśli podobnie jak ty.

  • Wg, mnie przesłaniem gry jest znalezienie choć jednej nowej rzeczy każdego dnia, zrobienie czegoś nowego. Poza tym pokazywanie, jakie to korporacje są złe jest już nudne. Zauważcie, że gra restartuje się do poranka po wejściu do kostki. A to po pracy właśnie człowiek pokazuje, kim naprawdę jest – czy siada przed TV z browcem, czy idze z żoną na elegancką kolację, czy z kolegami na piwo/mecz, czy strzelać z paintballa, czy jeździć konno, czy sklejać modele, czy rysować komiksy!

    Wg. mnie to, czy życie jest szare, a dni wyglądają tak samo, przede wszystkim zależy od nas. Czy przystaniemy i złapiemy spadający listek, czy pogłaszczemy krowę, czy pójdziemy do pracy w bokserkach, że tak powiem językiem przytoczonej gry.

  • Zgadzam się – trzeba się jakoś odrywać od szarości, za każdym razem inaczej. Tylko jak wtedy rozumieć zakończenie…

  • to jak każda ich produkcja świetna gra
    jedyny z tą i z innymi produkcjami Pedercini’ego jest to że niby kontrowersyjne i artystyczne i wogole fakdasystem a jednak gdy przychodzi co do czego to sprzedaje je na tych samych zasadach co wszyscy…

    Jak lubie jego gry tak mam dystans do bulszitowania o misji itd

    Pedoprist czy every day to po prostu gry zajebiste z genialnymi konceptami

  • Grałem na joemonsterze – piękna gra, ale budzi niepokój.

  • do autora:
    Muzyka to około połowy (w moim przypadku – 2/3) wartości tej gry.
    Ta bez ciekawej muzyki byłaby niezauważalna w tłumie flashówek.

    Od godziny mój bezimienny bohater stoi przy łóżku w innej zakładce, abym mógł podsłuchiwać jego życiowy soundtrack.

    A rzadko trafiam na sklejkę dźwięków, których mógłbym przesłuchać więcej niż kilka razy, raz na tygodnie/miesiące (po prostu muzyka to nie papier toaletowy).

  • xyp – robiłem tak samo – muzyka z EDTSD w tle pracy.

Dodaj komentarz