Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Code Geass


anime · komentarzy 21

title2
„Kup to! Teraz, zaraz, natychmiast! Pędź do sklepu, wejdź na stronę Anime Virtual, ukradnij pieniądze babci, zrób, co tylko możesz, ale po prostu KUP TO! – tak chciałabym zacząć ten artykuł i następnie go zakończyć, ale dobrze wiem, że nikt nie zastosowałby się do mojej instrukcji bez argumentów, dlaczego właściwie powinien wydać 80 zł na sam pierwszy DVD box nieznanego anime.

Zanim jednak wymienię powody, które być może skłonią Was do „Code Geass: Lelouch of the Rebellion”, tradycyjnie wprowadzę niezaznajomionego z anime czytelnika, czym właściwe jest. Pierwszy sezon serialu wystartował pod koniec 2006 roku, drugi pojawił się już w roku 2008 (razem 50 odcinków). Oba zdobyły nagrodę dla najlepszej serii telewizyjnej na festiwalu Animation Kobe. Głównymi twórcami „Code Geass” są Ichiro Okouchi oraz Goro Taniguchi pracujący do studia Sunrise, które wcześniej dało fanom wielkich robotów „Gundama” oraz „Visions of Escaflowne”. Dwaj panowie współpracowali z arcypopularną grupą rysowniczek Clamp – zlecone im zostało zaprojektowanie postaci, ale panie dorzuciły również swoje trzy grosze do samej historii. Po premierze „Code Geass” zdominował wszelkie fora, kluby i blogi poświęcone mandze i anime, a następnie trafił do pierwszej dziesiątki najpopularniejszych, a także najlepiej ocenianych anime na My Anime List. Jest jedną z niewielu produkcji zajmujących tak wysokie pozycje w obu listach (towarzyszą mu „Death Note” i „Tengen Toppa Guren Lagann”). Niedawno studio Sunrise zapowiedziało trzeci sezon serialu – fani już spekulują na temat fabuły i bohaterów.

Nagrody i globalne uwielbienie nie są jednak powodem, dla którego warto nabyć „Code Geass” – choć dają pojęcie o popularności anime. Wyróżniłam zatem osiem atutów, które czynią serię wyjątkową i zajmującą.

1. Intryga
intryga

Choć brzmi to ogólnie, intryga prezentowana w serii należy do jednej z lepszych, jakie można zobaczyć w anime. Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, gdzie Japonia okupowana jest przez Święte Imperium Brytyjskie, „superpaństwo” rządzone przez rodzinę królewską, zajmujące terytorium obu Ameryk. Jego armia wyposażona jest w „Knightmare’y”, mobilne roboty sterowane przez pilotów – to one zazwyczaj przesądzają o wyniku bitwy. Kraj Kwitnącej Wiśni nazywany jest przez Brytyjczyków jedenastą kolonią, a jego mieszkańcy jedenastostrefowcami (Eleven). Rząd zmusza ich do usługiwania obywatelom Imperium, zabiera prawa, domy i wszelkie inne dobra. Oczywiście, powstaje ruch oporu, średnio zorganizowany i kiepsko wyposażony – jednak nie w nim znajdziemy głównego bohatera. Ten uczęszcza do ekskluzyjnej brytyjskiej szkoły, ma 17 lat i swe wolne chwile spędza na graniu w szachy za pieniądze. Nazywa się Lelouch Lamperouge. Życie go nudzi, a sytuacja społeczna – zniesmacza. Nastolatek zdaje sobie jednak sprawę ze swojej bezsilności i wie, że może jedynie patrzeć na niesprawiedliwość, ale nie może jej zapobiec. Wszystko to zmienia się, gdy przypadkiem zostaje wplątany w atak terrorystyczny zorganizowany przez ruchu oporu. W wyniku niezwykłego zbiegu okoliczności Lelouch zostaje obdarzony „mocą królów” zwaną „Geass”. Dzięki niej jest w stanie narzucić swoją wolę każdemu, kto spojrzy mu w oczy. „Umieraj”, „Żyj dalej”, „Zabij”, „Walcz” – bohater staje się panem życia i śmierci. Jednak każdy rozkaz niesie ze sobą wiele komplikacji i nie wszystkie nastolatek potrafi przewidzieć. Mimo to ambicją Leloucha jest zmienić świat – tak, aby jego młodsza, łagodna, niepełnosprawna i niewidoma siostra Nunnally mogła żyć w nim bez strachu. Dla tego celu ludzie będą ginąć, państwa powstawać i upadać, miasta płonąć, a ilość zdrad i nieoczekiwanych zwrotów akcji zaskoczy każdego fana rozmachu i dynamizmu. Sam bohater założy zaś maskę, przyjmie kryptonim „Zero” i stanie na czele tytułowej rebelii.

2. Wielkie roboty
roboty

Ze smutkiem wspominam czasy, kiedy uważałam mechy za nudne i zbyt męskie. Dziś oglądam „Gundama” i „Macrossa” i dobrze wiem, jaki urok czai się w przewodach wielkich maszyn – ale przekonał mnie do nich dopiero „Code Geass”. Pilotowane w nim mechy mają ciekawy wygląd, niezwykły sposób poruszania, seksowe kokpity dla kobiet i oryginalny zestaw broni. Do najlepszych z nich należą haki, wykorzystywane na wszelkie możliwe sposoby, lance i różnego rodzaju fale energetyczne. Oczywiście, znajdzie się również miejsce na ogromne pistolety, te jednak piloci głównie celują w ludzi, a nie inne mechy. Dzięki zainstalowanym „rolkom” maszyny poruszają się bardzo szybko we wszystkie strony, co czyni walki dynamicznymi i spektakularnymi. Najśmieszniejszy jest jednak wygląd „klucza” do włączenia robota – pozostawię go jednak w tajemnicy. Dodam tylko, że wśród różnorodności mechów pojawi się jeden sterowany… klawiaturą.

3. Lelouch Lamperogue
lulusz

„Code Geass” byłby niczym bez swojej głównej gwiazdy, inteligentnego mistrza szachów i manipulacji. Lelouch jest sprytny, zdeterminowany i bezwzględny. Ma poczucie sprawiedliwości, ale jego czyny bywają okrutne – naprawdę nie zawaha się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Zdradzi tych, którzy mu ufali, wyceluje pistolet w przyjaciół, a następnie zatuszuje wszystko tak, aby nikt nie wątpił w jego szczere intencje. Nieważne jednak, czego dopuści się Lelouch – widz i tak będzie go wspierał. Może potępiać jego decyzje, żałować tych, którzy zredukowani zostali jedynie do roli pionków w grze bohatera, ale zawsze będzie liczył na jego zwycięstwo. Wszytko dzięki ludzkiej, współczującej stronie postaci, o której twórcy nie zapomnieli ani na chwilę. W Lelouchu dopatrzyć się można dualizmu – jako przywódca, Zero, jest bezwzględny i kieruje się rozsądkiem. Jako nastolatek przeżywa dramaty będące bezpośrednim następstwem decyzji jego alter ego. Często są to tragedie przyjaciół i rodziny. W „Code Geass” nie mamy jednak tak wyraźnego podziału pomiędzy dwoma postaciami jak w „Batmanie” czy innych opowieściach o bohaterach w masce. Lelouch i Zero przeplatają się i łączą, role bohatera oddziałują na siebie, przynosząc mu zwycięstwo lub porażkę.

4. Fan-serwis
faserwis

Wspomniany już projekt kokpitów, w którym bohaterki pochylają się do przodu wyraźnie pokazując biust to przykład „fan-serwisu”, czyli scen, których głównym celem jest wyzwolenie pierwotnych instynktów męskiej (i nie tylko męskiej) widowni. Obcisłe mundurki, kostiumy kąpielowe, sceny w przebieralni – panowie będą mieli na co patrzeć (druga seria przebija pod tym względem pierwszą). Ktoś może uważać takie zabiegi za prostackie i tandetne, ale osobiście nie widzę w nich problemu. Nie są one najważniejszą stroną anime, służą raczej jako dodatek, rozluźnienie. Autorzy wiedzieli też, jak sobie z nimi poradzić – nie rozbijają akcji, nie spłycają fabuły, po prostu „są”. Dla wielu fanów to wystarczy…

5. Muzyka
zero

Za soundtrack „Code Geass” odpowiedzialny jest Nakagawa Koutarou i jest to jedna z niewielu ścieżek dźwiękowych, która niezmiennie rozbrzmiewa z mojego urządzenia grającego pewnej firmy sadowniczej, choć zajmuje około 500 megabajtów. Znajdują się na nim zarówno mocne jak i spokojniejsze utwory, muzyka „do walki” zaś jest żywa i dynamiczna. Najlepiej posłuchać samemu. Czołówki do serialu to dwie pop-rockowe piosenki, zupełnie przyzwoite, ale nie porywające (choć druga przypada mi do gustu).

6. Seiyū
seiyu

Prócz muzyki na szczególną uwagę zasługują seiyū – czyli aktorzy. Fukuyama Jun podkładający głos Leloucha otrzymał główną nagrodę na Seiyu Awards 2007 w kategorii pierwszoplanowej roli męskiej, a Ami Koshimizu, grająca Kallen Stadtfeld (pilotującą mecha nastolatkę) zgarnęła nagrodę za żeńską rolę drugoplanową. Oba trofea należą się aktorom całkowicie, ale również inni dubbingowcy wspaniale radzą sobie ze swoimi postaciami. Twórcom udało się zebrać wielu sławnych seiyū: Takahiro Sakuraiego, Yukanę, Jōji Nakatę, Norio Wakamoto czy Kikuko Inoue. Są to może nazwiska nieznane czytelnikom Motywu, ale każdy fan anime zna głosy wymienionych osób, gdyż usłyszeć je można w naprawdę wielu produkcjach. Na polskim DVD mamy do wyboru japońską wersje językową oraz niemiecką. O tej drugiej nie będę się wypowiadać, choć brzmiała dość przyzwoicie. Miłym dodatkiem są dodatkowe komentarze twórców i aktorów, zaopatrzone w polskie napisy.

7. Styl – anime pełną gębą
styl

Oto atut, który część widowni może niestety odstraszyć, a część właśnie zachęcić. „Code Geass” jest anime z krwi i kości, gdzie postacie są smukłe, mają kolorowe włosy i duże oczy. To styl grupy Clamp, znanej w Polsce z mang takich jak „X”, „Chobits” i „Card Captor Sakura”. Panie nie przejmują się zbytnio realizmem – nikt zresztą w Japonii go nie wymaga. Rysowniczki wykonały kolokwialny „kawał dobrej roboty” pracując nad „Code Geass” wraz z Takahiro Kimurą – można to zauważyć np. w oficjalnym artbooku „MUTUALITY: CLAMP”. Kolory w serialu są żywe, a animacja dość staranna, choć to wciąż serial telewizyjny i trzeba brać ten fakt pod uwagę podczas jej oceny.

8. Emocje
kallen

„Code Geass” pełen jest suspensów, retardacji, które, choć często wykorzystywane, za każdym razem zostawiają widza z szczęką blisko podłogi. Fani gapią się na końcowe napisy i nie mogą uwierzyć, że właśnie czeka ich cały tydzień czekania na kolejny odciek. Jestem szczęśliwa, że znalazłam serial już po jego zakończeniu – pozwoliło mi to obejrzeć obie serie w niecałe cztery dni. Nie musiałam czekać, debatować na forach nad przyszłym rozwojem fabuły, ale i tak emocjonowałam się co niemiara. Jest w anime parę momentów, przy których widz nie wie, czy to, co zobaczył, wydarzyło się naprawdę – a jednak.

Niewiele anime z ostatnich lat zrobiło na mnie takie wrażenie jak „Code Geass: Lelouch of the Rebellion”. Dorównuje mu jedynie „Death Note”, do którego zresztą bardzo często jest porównywany. Dlatego też niezmiernie cieszy mnie wydanie serialu na DVD przez Anime Virtual – pierwszy box zawiera wspomniane już 9 odcinków, nie ma dokładnej rozpiski, kiedy pojawią się kolejne, ale na pewno i one znajdą się na mojej półce. Mam również nadzieje, że nie tylko na mojej…

komentarzy 21

  • Chińskie bajki? Whoo caaares?
    Gdzie jest coś męskiego? O wąsach na przykład. Czy w tym serialu są wąsy?

  • Są na drugim obrazku z góry.

  • Oglądałam tylko pierwszą serię, drugą spoilował mi znajomy.
    Nie rozumiem piania w zachwycie nad Code Gejasem. Podobało mi się, fakt, ale widziałam sporo lepszych wytworów popkultury. Nawet anime, mimo, że ogólnie nie widziałam bardzo wielu tychże.
    Intryga jest słaba, a fabuła pretekstowa: walka o wolność z najeźdźcą to temat eksploatowany miliard razy, nastolatki w mechach tylko trochę rzadziej, a same rozwiązania (np. to z Euphemią, albo bezludna wyspa) były często po prostu z odbytu i niczym nieuzasadnione. Przynajmniej geass jest w miarę oryginalną rzeczą, a w każdym razie fakt, że może go nakładać na każdego tylko raz. Podobało mi się też bardzo,że mechy nie fruwają, a jeżdżą – do czasu.
    W ogóle na przykład znajomy, który mi tę serię polecał (a który jest wyjadaczem, jeśli o anime chodzi), argumentował, że to świetna parodia serii o mechach, tak radośnie durna potrafi być.
    Ledouche’owi nie da się kibicować, nikt z moich znajomych, którzy to oglądali, nie miał zbyt wiele sympatii do tego obmierzłego, zadufanego w sobie kombinatora. Ale dalsze argumenty przeciwko niemu byłyby już, obawiam się, spoilerami. Choć, w sumie, z Lulkiem nie jest tak źle – gdy ma się w okolicy takie żałosne osoby jak Nina czy Spinzaku, można na ich tle całkiem nieźle wypaść.
    Fanserwis z cyckami, obok mechów, to dwa powody, dla których facetom nie jest wstyd się przyznać, że to oglądali, przeciwnie do przypadku Death Note’a, w którym gejowski fanserwis z kolei pojawia się nawet bez interpretacji fanek (kajdanki, masaż stóp). W CG również jest sporo gejozy, ale można przymknąć oko, bo są cycki!
    Muzyka, fakt, jest świetna – akurat mnie się najbardziej openingi podobały, choć endingi w wykonaniu ALI Project też są smaczne, a i inserty trzymają poziom.
    Seiyū, racja, zatrudnili prawie najlepszych, gdyby dodać jeszcze kilka nazwisk (Hayashibara, Hisakawa) byłby dream-team. No i dzięki tej serii zwróciłam większą uwagę na piękny głos Nakaty, który jest na tyle rozpoznawalny, że później bez trudu odróżniłam go i w Black Lagoonie, i w Eternal Sonacie.
    Styl rysunku jest dziwny – te zdeformowane, powyciągane postacie na statycznych screenach wyglądają okropnie – ale w animacji, nie wiem, może to zaleta budżetu, w każdym razie gdy się ruszają, już nie jest to taki ból dla kogoś, kto ma anatomiczne fobie, jak ja. Chociaż w dalszym ciągu ich miny są… Ach, zresztą, krąży gdzieś po internecie buzia zszokowanej Niny. Ja nie chcę jej drugi raz widzieć.
    Wydaje mi się, że najczęstsze emocje, które CG wywołuje, to uczucie zażenowania wysokim poziomem NARMu. Samo machanie łapami Zero podczas przemówień jest tak głupie, że aż śmieszne, a to tylko drobniutki, niespoilujący przykład.
    Reasumując długaśnego komcia: CG jest fajne, można obejrzeć, ale zachwycanie się nim i wynoszenie na piedestał wydaje mi się przesadzone. Tak samo zresztą z przywołanym DN. Było sporo lepszych (jak i, naturalnie, gorszych) serii. Przegrywających z ww. głównie ze względu na urodę głównego bohatera (Tenma z Monstera nie jest biszonenem).

  • Się oderwać nie mogłem się oglądając to.
    Bardzo wyraźni bohaterowie i świetna muzyka. Tak.

  • Stefania lol tl;dr

    Jakiś rok temu siadłem i obejrzałem wszystko. Wciąga, zwroty akcji są super, niektóre motywy niesamowite, ale po końcu pierwszej serii poczułem się oszukany. No i ta patetyczność i pseudoepickość japońska, da sie porzygać.

    I co robi Gurren Lagann na wysokich miejscach jakiejś topki? Gurenn to średnio interesująca historyjka, która kończy się po pierwszym sezonie.

    I czym się różni fanserwis od Moe(kolejna rzecz nie do strawienia w anime/mandze , każde zjawisko ma oddzielną nazwę, fuck me)?!

  • Przepraszam,czułam się w obowiązku napisania, że CG ssie.

  • to co, Sstefania, mają nie robić HARDKORA 44? bo tam, wiesz, jest walka z najeźdzcą. o wolność, wiesz. i mechy, z odbytu i zupełnie nieuzasadnione. i nawet będzie tak samo radosnie durny. ale pewnie nie będzie cycków.
    zresztą, jak pomyslę, to to samo (i cycki) jest w Avatarze i nawet jest tak samo radośnie durny.

  • @SStefania
    „Samo machanie łapami Zero podczas przemówień jest tak głupie, że aż śmieszne, a to tylko drobniutki, niespoilujący przykład.”

    It’s not Narm, its FABULOUS!

    @brzozo
    „I czym się różni fanserwis od Moe(kolejna rzecz nie do strawienia w anime/mandze , każde zjawisko ma oddzielną nazwę, fuck me)?!”

    Moe to cecha postaci która sprawia ze staje się lubiana – moe mogą być faceci, szelki i miecze. To bardzo ogólny termin. Popularnie jednak serie moe pełne są dziewczyn o dziecięcych, słodkich twarzyczkach, które mają przypodobać się męskiej części publiczności. Fanserwis to ujęcie, które typowo ma pokazywać trochę nagości, cycki, tyłki, prowokujące pozy. Takie tam.

  • No na Hardkora nie czekam, ale z troszkę innych powodów.
    A ograne wątki trzeba umieć przedstawić w interesujący sposób. Sunrise nie umie.
    Doprecyzuję może: nie chodzi mi o sam fakt pokazania wielkich robotów i walk narodowowyzwoleńczych – tylko o wykorzystane sposoby, wątki, ‚intrygę’ (dla pewności ukazania głębi Lulu trzyma podczas swojego chrztu bojowego figurę szachową, bo takim jest przegenialnym taktykiem przecież). Już pomijając jego wspaniały pomysł: rozmontujemy imperium rządzące większością świata za pomocą grupki japońskich rebeliantów. Jeniusz!
    Taki White Knight Chronicles jest jRPG, w którym ratujesz porwaną księżniczkę. Ale jest dobrze zrobione i skonstruowane, tak, że pomimo absolutnej przewidywalności i kliszy za kliszą gra się całkiem przyjemnie (zgrzyty są, zresztą nie jest to wiekopomne dzieło). Level5 pokazało, że można. Sunrise – nie w każdym przypadku.

    Na wypadek kolejnego tl;dr: CODE GEASS SSIE OKRUTNIE!

  • Nie ssie, nie ssie. Jak chcesz zarąbistego realizmu to sięgnij sobie po LoGH, którego niestety pewnie nigdy tu nie opisze bo nie ma go w Polsce, a jest dla mnie serią co najmniej szczególną.

  • Fajnie, że w artykule wspomina się rewelacyjny jak dla mnie Death Note i nie tylko dlatego fajnie, że to anime mi się tak podobało ale przez to, że często fani anime którzy oglądali Notatnik Śmierci polecają Code Geass jako coś nieco podobnego do DN i w drugą stronę jest podobnie. ;)

  • Dobry tekst o dobrym anime, które właściwie jest jednym z moich ulubionych. I w sumie pierwszy raz spotykam się z tym, że ktoś krytykuje CG. Widocznie SStefania ma oryginalny gust^^

    Miło by było zakupić, ale ciężko będzie. Do kupna Haruhi zabieram się już kawał czasu, a dopiero jedną płytę mam.

  • Fajne, ale straszny design rodem z Clampa. I nie lubię wielkich robotów.

  • Nastolatki w wielkich mechach. I learn something new everyday.

    Wiele osób mi to polecało i sam artykuł bardzo mnie zaciekawił, więc na pewno anime przynajmniej sprawdzę. Faktycznie brzmi podobnie jak Death Note. Główny bohater z pewną mocą i nabudowanymi wokół niej regułami i dużo kombinowania.

    Lubię przekombinowane imiona, ale Lelouch Lamperouge to już przesada. Zwłaszcza, jak wyobrażę sobie, jak mówią na niego po japońsku. „Lelu”? „Leloł”?

    Zuza, mam jedno pytanie. Czy ta jego niewidoma siostra to jedna z tych wkurzającyh postaci, która nie potrafi nic więcej poza beczeniem oraz byciem wkurzającą i jest pretekstem głównego bohatera do działania i głównym celem porwań wszystkich badguy’ów w okolicy?

    O, o, pytanie drugie. Słyszałem, że w tym anime jest jakiś bohater z Polski z własnym mechem, który jest stylizowany na ułana i nazywa się, hmm…nie pamiętam, ale coś w pokroju „Piłsudzki”, czy coś. I wspominają przelotnie braci Kaczyńskich. Czy to prawda?

  • Przepraszam, lubię wielkie roboty, ale tylko Valkyrie z Macrossa. Natomiast mechy z Evangeliona zawsze wzbudzały u mnie uśmiech politowania.

  • @SpellCaster

    Na Leloucha mówią „Lulu”. A pełne imię wymawiają „luluszu”.

    Tak, ta siostra nie ma żadnej roli prócz mówienia „bracie, bracie”… do czasu. Nie porywają jej na szczęście cały czas, choć zdarzyło się.

    Jest bohaterka z polskim imieniem – Monika Kruszewski, ale pojawia się dopiero w drugiej serii, i dużo się jej nie widzi. Jej mecha nawet nie pamiętam. Jeśli chodzi o Kaczyńskich, to w jednych fansubach, nazwa pewnego oddziału brzmiała „Kacznski unit”. Nic jednak więcej z Kaczyńskimi nie było.

  • @godai

    Natomiast mechy z Evangeliona zawsze wzbudzały u mnie uśmiech politowania.

    Na szczęście to nie wokół okablowanych mechów kręci się fabuła tego anime. :]

  • Nie no, jasne. Ale nawet abstrahując od mechów nie byłem nigdy fanem NGE. Ale w sumie na inną rozmowę.

    (W tamtych czasach – ok. 1995 – warszawski fandom m&a dzielił się z grubsza na tych, którzy woleli Evangeliona i na tych, którzy woleli Record of Lodoss War. I resztę, która miała oba te seriale w dupie. Ale to było dawno, jak jeszcze Czarodziejka z księżyca leciała w telewizji).

  • Obejrzałem pięć odcinków i whoa…ale kicz. Może i fabuła dalej jest jakaś lepsza, ale na pewno jest źle napisana. Historia jest szyta grubymi nićmi, bez skrupułów wmawiając widzom, że pierwszy-lepszy dzieciak z ulicy (do tego ranny) potrafi sterować najbardziej zaawansowanym modelem mecha na Ziemi i tym podobne. I ta słabość Japończyków do robienia z głównych bohaterów uczniaków i pokazywania ich szkolnego życia.
    Jak to w kiepskich anime rozbuchane emocje – jak wydarza się coś niezwykłego, to wszyscy robią wielkie „GASP!”, jakby autorzy rzucali w twarz widzom „Patrzcie, patrzcie, to jest niezwykłe, patrzcie!” i tym podobne. A myślałem, że to amerykanie uważają swoją widownię za idiotów, którym trzeba wszystko mówić PO-WO-LI i WY-RA-ŹNIE, żeby zrozumieli. Do tego dochodzi wpychanie widzom łyżką do gardła patosu, patosu i jeszcze raz patosu. Fatalne dialogi z tymi ich japońskimi echolaliami;
    – Nazywam się Lulu
    – Lulu?
    – Chcę ci pomóc.
    – Pomóc?
    – Przestań kuźwa powtarzać moje słowa!
    – Słowa?

    Możnaby to wszystko zrzucić na kark japońskiej stylistyki, ale jestem zmęczony usprawiedliwianiem tym każdego nieudolnego scenariusza.

    Jakby przymrużyć oczy to wydaje się to całkiem dobrym anime o mechach. Może deczko lepszym od innych kiczowatych anime. Ale to wciąż kiczowate anime.

  • Kicz jest co najmniej DOBRY.

    Echolalia niestety już nie, ale jeśli chodzi o Japonię to występują wszędzie. WSZĘDZIE.

  • SpellCaster
    Mnie tez to anime odrzucało tak do 7 odcinka. Nie wypowiadaj się tak kategorycznie o fabule bo ta akurat jest bardzo przemyślana. Niektóre urywki z 1 odcinka są wyjaśnione dopiero w drugiej serii, także te czasem patetyczne przemowy bohaterów nabierają znaczenia po retrospekcjach.
    Rozumiem CG aż ocieka kiczem, ale żadna inna seria nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak CG. Te inne pseudoambitne serie poprostu mnie nudzą, nauki z nich płynące są ciężkostrawne i w iście japońskim stylu enigmatycze.To jak spojrzymy na cG zalezy od odbiorcy, może to anime potraktować wyłącznie jako rozrywke, ale może tez dzięki tej serii przemyśleć pare spraw. Bo pomimo ,że przedstawione sytuacje są abstrakcyjne to dotyczą ogólnoludzkich zachowań i przy odrobinie wyobraxni można je odnies do rzeczywistości.

Dodaj komentarz