Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Po prostu chcieliśmy rysować na potęgę


wywiady · komentarze 33

Masa spada

W grudniu 1999 roku, gdy ukazał się pierwszy numer „Produktu”, Michał Śledziński miał 21 lat. Z okazji rocznicy zgodził się porozmawiać o historii magazynu, jego funkcjonowaniu i swojej roli w całym tym cyrku. Dziesięć lat to niemalże cała epoka, ale na szczęście Śledziu nie ma kłopotów z pamięcią. Miłej lektury.

Mamy lato 1999 roku, jak to było? Przychodzi do Ciebie Marcin Przasnycki, Martinez, i mówi „Śledziu może chciałbyś, żebym ci wydał magazyn komiksowy?”?
Nie, to było troszkę inaczej. Trzeba zacząć od tego, że pracowałem wtedy nad pełnometrażową historyjką ze Skolmanem, czyli nad „Biegunką”, skończyłem ją właśnie jakoś tak latem i postanowiłem zawieźć całość, żeby pokazać Tomkowi Kołodziejczakowi z Egmontu – on już wtedy prowadził „Świat Komiksu” i byłem ciekaw, czy będą zainteresowani publikacją pełnometrażowego albumu. Zrobiłem tę „Biegunkę”, w Warszawie trwał jakiś konwent fantastyczny, coś w stylu Polkonu, nie pamiętam dokładnie nazwy. Potem pogadaliśmy chwilkę, ale Tomek był strasznie zabiegany, znalazł dla mnie tylko moment, więc miałem jeszcze sporo czasu w stolicy do pociągu, który dopiero wieczorkiem wracał do Bydgoszczy. Zadzwoniłem do Martineza i zapytałem, czy nie chce się spotkać i pogadać, on odpowiedział, że bardzo chętnie. Było około 16-17 godziny, spotkaliśmy się w takim barze, który przypominał totalny PRL, czyli cerata, pani bufetowa wyjęta jakby z poprzedniej epoki, galaty na wystawie i te sprawy. Zamówiliśmy sobie po Żywczyku i zaczęliśmy rozmawiać o różnych rzeczach. Ja mu wcześniej ilustrowałem „Kompendium wiedzy”, więc wspominaliśmy troszkę tę robótkę, a potem rozmowa zeszła na moje pomysły komiksowe – nad czym teraz siedzę. Opowiedziałem mu o „Biegunce”, że jest to skończony album humorystyczny, ale też że po głowie chodzi mi komiks o kolesiach z osiedla, już nie pamiętam, czy miałem wtedy tytuł „Osiedle Swoboda”, być może tak. Opowiedziałem mu mniej więcej, co sobie wyobrażam, wówczas miałem tylko kilka szkiców, na dodatek nie przy sobie… to właściwie było wszystko. Tak naprawdę w trakcie rozmowy na bieżąco wymyślałem, czym „Osiedle” ma być. Właściwie ten opowiedziany wtedy przy piwku pomysł to był pierwszy odcinek. Martinezowi strasznie się ten pomysł spodobał, ale stwierdziliśmy, że pewnie nikt nie będzie chciał tego wydać, więc żeby opublikować „Osiedle Swoboda”, trzeba było stworzyć magazyn i tak właśnie powstał „Produkt”.

„Biegunka” pojawiła się jednak dopiero w drugim numerze „Produktu”. W takim razie, skąd wziąłeś autorów komiksów do pierwszego numeru, był pierwszy epizod „Osiedla Swoboda”. Skąd reszta?
Na początku to była wielka radocha, że ktoś chce na to wyłożyć kasę, nawet nie wiedziałem, skąd Martinez brał pieniądze na „Produkt”, sfera finansowa całego magazynu mnie za bardzo nie obchodziła i tak było od początku do końca, że ja się tym nie interesowałem. Dlatego pewnie w magazynie nie było reklam, na co ludzie – nawet nasi Producenci – narzekali, że reklamy być powinny, bo magazyn „oddychałby” wtedy szerszą piersią. Wracając – była radocha, ze ktoś chce stworzyć magazyn komiksowy – na dodatek tylko i wyłącznie z polskimi autorami. Tą radością podzieliłem się z Andrzejem Janickim, Maciejem Simińskim, czyli Simsonem, wspomniałem też coś Gajosowi, który pisał scenariusze do sagi o Zdzichu i Wujasie. W kilka tygodni zrobiliśmy pierwszy numer. Logówka to był jakiś kwadrans projektowania, siedzieliśmy z Andrzejem u mnie w domu i na szybko zrobiliśmy, spodobało się nam, zresztą – nie było czasu nad tym wszystkim myśleć, po prostu chcieliśmy się wstrzelić w grudzień i trzeba to było przygotować bardzo szybko. Czyli na początku była bydgoska ekipa, razem z ludźmi, którzy pisali teksty. Chłopaki orbitowali wokół, nie wiem czy można tak powiedzieć, „bydgoskiego środowiska komiksowego”. Spotykaliśmy się zazwyczaj u Andrzeja albo u Jacka Michalskiego i tam się wszystko rozgrywało. Potrzebowaliśmy publicystyki i wiedzieliśmy, że będzie ważna – tylko raz się zdarzyło, że jej nie było, bo miała być w poniedziałek (śmiech). Potrzebowaliśmy ludzi, którzy piszą, więc naturalnie nawinęli się bydgoszczaki.

Produkt

A gdy mieliście już pierwszy numer w swoich rękach, czy mieliście świadomość, ile to będzie trwało, czy wszystko było na zasadzie „zobaczymy, co będzie z następnym numerem”?
No właśnie „zobaczymy co będzie z następnym numerem”. Martinez wspominał o tym, żeby zobaczyć, jak to będzie się toczyło, ale i tak trzeba przygotować ze trzy numery, inaczej nie dowiemy się co i jak. Nakład pierwszego numeru wynosił chyba 20 tysięcy, więc był troszkę przestrzelony.

Ja na przykład pierwszy numer „Produktu” kupiłem dopiero po latach, zacząłem od drugiego, bo mnie ominął.
Bo to było coś, co pojawiło się z reklamą jedynie w „Neo Plus”. To wydawnictwo odpowiedzialne za ten magazyn o grach wydało nam cztery pierwsze numery, byliśmy jakby podczepieni pod nich i to wszystko miało formalnie ręce i nogi. Więc oni wydali pierwsze cztery numery i jeśli chodzi o reklamę, to pojawiła się tylko tam. Także o tym, że istnieje „Produkt” wiedzieli tylko ci, co natrafili na niego w empikach bądź w kioskach, ale o to drugie było raczej trudno, bo wiadomo, jakie są tam problemy z ekspozycją. Także jestem ciekaw, ilu czytelników „Neo Plus” uderzyło po „Produkt”. Myślę, że było sporo przypadkowych ludzi, którzy zobaczyli to gdzieś na półkach, wzięli do ręki, zobaczyli na przykład „Osiedle” i zabrali do domu. No i cena też była wesoła, bo 6,66 zł – tam po prostu wszystko ładnie ze sobą grało. Nie wiedzieliśmy, nie mieliśmy zielonego pojęcia, ile to będzie trwało. Szczerze mówiąc – patrząc na to z perspektywy czasu, to stwierdzam, że fakt, że to trwało cztery i pół roku, to jest jakiś – kurczę – cud, bo to było robione na wariackich papierach, i to od początku do końca.

Wy jako autorzy nie dostawaliście żadnego wynagrodzenia za swoją pracę?
Od któregoś numeru dostawaliśmy bardzo małe pieniądze, ale na pewno pierwsze cztery numery były robione kompletnie ze darmo.

Produkt

W szczytowym okresie nowy numer ukazywał się raz na dwa-trzy miesiące. W jaki sposób udawało się utrzymać to tempo i ogarnąć to wszystko organizacyjnie?
Był w pewnym momencie nawet taki czas, że wyszły chyba trzy numery miesiąc po miesiącu i to był ten czas, kiedy była największa pijalnia. To był czas studia Bonin, piło się i paliło jointy, a powstało najwięcej komiksów, i to jest tak naprawdę nie do ogarnięcia.

Rozumiem, że wydawca załatwiał za was sprawy kolportażu itd.
Zgadza się, tym się kompletnie nie interesowałem – to było zrzucone na barki Krzysztofa Poplińskiego i jego ojca, którzy zajmowali się całą robotą papierkową wokół magazynu.

Ale mimo wszystko robiłeś tam za redaktora naczelnego, poganiałeś chłopaków i zbierałeś materiały. W dzisiejszych czasach ziny tworzone przez ludzi w podobnym wieku wychodzą raz na pół roku, na konwentach komiksowych. W jaki sposób wam to się udawało przez te wszystkie lata?
To jest bardzo dobre pytanie (śmiech). Myślę, że po prostu chcieliśmy rysować tak na potęgę, poza tym właściwie nie studiowałem, moje studia ograniczyły się do dwóch razy po trzy miesiące pobytu na wyższej uczelni. Myszkowski zero studiowania, Kurcik, Kamil Kochański ze studiowaniem też mieli non stop perypetie, mieliśmy ogromne ilości wolnego czasu i jakoś trzeba było ten czas zagospodarować. Zarabiało się jakieś grosze i dostawało się od rodziców jakąś kaskę, ja sobie nawet całkiem dobrze radziłem, bo wymagania były o wiele mniejsze: wyro, pokój, nie chata jakaś, trochę podłego żarcia oraz podłego alkoholu i to wszystko. Z kaską nie było większego problemu, jak ktoś nie miał, to przychodził to kogoś na obiad. No i się rysowało, po prostu był na to czas.

Produkt

W którym momencie zorientowaliście się, że „Produkt” to jest spora rzecz, że zrobiliście jakieś wrażenie na czytelnikach, wobec których macie pewne zobowiązania i że to już przestała być zabawa?
Wątpię, żeby taki moment w ogóle nastąpił. Raz poczułem się bardzo fajnie w Łodzi w 2001 roku, kiedy zorganizowane było spotkanie ze mną z okazji premiery „Fido i Mela” z Egmontu. Cała duża sala w ŁDK-u była wypełniona szczelnie ludźmi, jakieś straszne owacje i wtedy wiedziałem, że to nie przez album „Fido i Mel”, który był projektem gdzieś tam na boczku, a przez „Produkt”. To było bardzo przyjemne uczucie, ale oprócz tego jednego momentu, nie czułem żadnej presji, skierowanych na mnie oczu – po prostu trzeba zrobić nowy numer, jest wielkie skrzyknięcie się i trzy-cztery tygodnie roboty nad zamknięciem numeru. Potem znowu odsapnięcie na miesiąc, taka sinusoida – albo się nic nie robiło przez miesiąc, albo się robiło strasznie dużo w bardzo krótkim czasie. Takiego odczucia, że jesteśmy wielkimi gwiazdami polskiego komiksu, nie było, przynajmniej ja go nigdy nie miałem i myślę, że chłopaki również.

W sumie nie chodzi o uczucie bycia wielkimi gwiazdami, ale o to, że „Produkt” był i jest niesamowicie ważny dla masy ludzi. Czy był taki moment, w którym jednak się zorientowaliście, że tworzycie nie tylko dla siebie, ale że jednak macie ze sobą te kilka tysięcy czytelników, którzy czekają codziennie, zaglądają do kiosków, empików bo jest „Produkt” i chcą dorwać nowy numer?
Takie wrażenie troszeczkę było, bo dostawaliśmy spory feedback od ludzi, czy to z forum „Produktu”, w mailach, zdarzało się, że na ulicy ktoś podszedł. Tak czy siak, nie budziło to w nas poczucia jakiejś misji, liczyło się tylko to, żeby jak najwięcej narysować i powiedzieć, może niekoniecznie najmądrzej, ale żeby się „wylać”.

Był taki moment, że pisałeś mnóstwo scenariuszy naraz i wielu różnych rysowników z „Produktu” się za nie brało. Czy wówczas też był problem z brakiem scenarzystów?
W przypadku „Drena” czy „Gangsta”, było tak, że wpadłem na jakiś pomysł w rodzaju „zróbmy jakąś historyjkę ze zwierzątkami”. Wiedziałem, że Kurcik w tym się będzie super czuł, a to było grubo przed wydaniem „Blacksada” w Polsce, więc nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje, mimo że gangsterski klimacik był podobny. Usiedliśmy sobie z Kurtem, opowiedziałem mu o tym pomyśle: „Zwierzątka, mafia, czasy prohibicji i płaszcze, prochowce, spluwki. Słuchaj – to będzie super, w ogóle jeszcze do tego walniemy jakiegoś nindżasa czy Chińczyka, to zależy”. Kurcik się podjarał i powstała „Gangsta”. Z Myszkowskim było podobnie np. z „Drenem” – „tutaj mam taką historyjkę – mroczną – ja wiem, że Ci się spodoba, tutaj pan zaszyte usta”. To było na zasadzie wspólnej podjarki, mieszkaliśmy w jednym mieście właściwie cały czas, Myszkowski mieszkał troszeczkę pod Poznaniem, ale widywaliśmy się bardzo często, zresztą był stałym rezydentem studia Bonin. To wszystko było takie wspólne i tego też mi trochę brakuje. Tzn. nie brakuje mi może tej czysto technicznej morderczej roboty związanej ze składem, ale brakuje mi takiego wspólnego siedzenia po kilka dni i burzy mózgów. Kiedy spotyka się parę osób, które może nie myślą koniecznie tak samo, ale mają wspólną podjarkę na dany temat – a tym tematem był komiks – to tworzy się taki dziwaczny mikroklimacik. Zwłaszcza, jeśli ci ludzie spędzają ze sobą kupę czasu – a wtedy tak było – ten klimat owocuje. Brakuje mi tego. Siedzę teraz sam w różnych chatach, jestem w Niemczech i nie znam tutaj żadnego komiksiarza, z którym mógłbym telepatycznie wymienić się myślą.

Produkt
Zdjęcie autorstwa Grzegorza Olkowskiego

Tamten okres to był ten wyjątkowy czas, kiedy w empikach można było znaleźć kilka różnych magazynów, czy to komiksowych, czy traktujących o komiksach, ale jedynie „Produkt” ma dzisiaj ten kultowy status. Jak myślisz, co jest przyczyną tego stanu rzeczy, że nie było forum maniaków „AQQ”, nie było legionów wyznawców „KKK”, „Areny”, nie mówiąc już o „Krakersie”, którego w gruncie rzeczy zniszczyliście na łamach „Produktu”.
Bez przesady, „Krakers” od początku do końca miał swoje grono wiernych czytelników i to się nie zmieniło. Dla nas było to strasznie obciachowe.

Kruche ciasteczko dla konesera komiksu (śmiech).
No właśnie, kruche ciasteczko dla konesera komiksu. Jeździliśmy po „Krakersie”, nie wiem, czy dało się to odczuć, ale z sympatią. Że tutaj jest taki pan Michał w kapeluszu kowbojskim, który chodzi i sprzedaje śmieszny dla nas periodyk… Ale poczekaj, jakie to było pytanie?

To było pytanie, czemu właśnie „Produkt” i komiksy z „Produktu” dotarły do ludzi, a inne niekoniecznie.
Chodziło chyba o otwartość. Nie kryliśmy się z tym, kim jesteśmy – robiliśmy to dość młodzieżowo, że muza, filmy. Pokazywaliśmy dokładnie to, czym się jaramy. Wydaje mi się, że sporo ludzi czytających komiksy, a nawet tych, którzy w ogóle komiksów nie czytali, a zostali czytelnikami „Produktu”, identyfikowało się nie tyle z bohaterami naszych historii, ale jakby z nami, twórcami. Myślę, że ta otwartość właśnie wprawiła to koło w ruch.

„Produkt” miał swoją stronę internetową, całkiem żywe forum i to było w czasach, kiedy mało kto miał w Polsce szerokopasmowy internet, to wszystko dopiero się rozwijało. Zastanawiałeś się, jak taki aspekt społecznościowy wokół magazynu mógłby wyglądać dzisiaj, kiedy mamy serwisy społecznościowe, mikroblogi i tak dalej?
Gdyby przenieść tę sytuację z 1999 roku na dzisiejsze czasy, to myślę, że ten feedback byłby o wiele większy, my też byśmy się o to postarali. To, że ja mam konto na Facebooku to też o czymś świadczy, nie ukrywam się. Dzisiaj byłoby chyba łatwiej sprzedać tego typu magazyn, ale z drugiej strony… czy to jest taki sam czas – nie wiem.

Produkt

Bo to jest to pytanie! „Produkt” doskonale sprzedawał się wtedy, kiedy nie było za wiele innych komiksów i wydaje mi się, że było mniej czytelników. Czytelnik miał mniejszy wybór, ale też kupował „Produkt” nie dlatego, że nie miał nic innego do czytania. On po prostu uwielbiał te historie. W dzisiejszych czasach mimo wszystko komiksów jest więcej, jest szerszy wybór, czytelnik jest bardziej wyrobiony, a nic w rodzaju „Produktu” nie pojawiło się od pięciu lat. Jak myślisz, gdzie leżą tego przyczyny?
To jest dosyć ciężkie zagadnienie. Po pierwsze „Produkt” był troszeczkę dzieckiem lat 90. i pewnej beztroski. Naprawdę ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie, może panuje jakaś wszechpotężna blaza. Teraz każdy wszystko wie i do każdej informacji ma dostęp, więc trudno czymś zaskoczyć czytelnika. A my tam wyciągaliśmy jakieś freakowe sprawy, taki artykuł o Tromie na przykład – nie każdy o tym wtedy wiedział.

Tak, dla kilkunastoletniego mnie „Produkt” był oknem na świat, na jakieś zupełnie zwariowane tematy. Wydaje mi się, że było tak dla innych osób – „Produkt” i forum „Produktu” stały się punktem zaczepienia dla wielu ludzi o podobnych zainteresowaniach.
I właśnie – jak konkurować papierowym magazynem w czasach, kiedy całą tę popkulturową otoczkę ma się na wyciągnięcie ręki w domu? Dzisiaj trzeba by przebić się z komiksem, który by pozamiatał, nie wiem, czy treścią, czy bohaterem. Myślę, że „Wilqowi” to się udało po wyjściu z „Produktu”, po prostu byłby potrzebny magazyn pełen różnych „Wilqów”.

Czy w waszej codziennej pracy redakcyjnej pojawiało się myślenie w stylu „tę serię wybieramy, bo ona się bardziej spodoba czytelnikom” albo „to może będzie więcej historii w tym stylu”?
Takiego myślenia pod publiczkę nie było. Gdybym myślał w ten sposób, to nie zakończyłbym „Osiedla Swobody”, które było sztandarową serią magazynu. Po prostu się nią zmęczyłem, więc przestała się ukazywać. Na szczęście był „Wilq”, który troszeczkę podciągnął ten klimacik, ale „Wilq” jest przecież serią typowo komediową. „Osiedle Swoboda” do końca taką komediową serią nie było, ale „Wilq” pociągnął magazyn dalej w takich klimatach blokowo-prześmiewczych… i do tego dochodziło superbohaterstwo. Raz tylko się zdarzyło, że seria zleciała po pierwszym odcinku, to była „Wanda – polska królewna” z szóstego numeru. Ja byłem nią zachwycony. To był tak porypany pomysł i rysowany jakąś dziwaczną, nieudolną, realistyczną kreską, że byłem tym absolutnie zachwycony i chłopaki też byli tym kompletnie zaskoczeni, no bo to było jak Troma w komiksie. Może nie do końca horror, po prostu jedno wielkie dziwactwo, ale czytelnicy strasznie się oburzyli na tę „Wandę” i seria poleciała po pierwszym odcinku. To był chyba jedyny raz, kiedy czytelnik zaingerował w strukturę magazynu. Robiliśmy to, co chcieliśmy robić, ja zmęczyłem się „Osiedlem”, wziąłem się za „Mondo i Daba”, Myszkowski chciał cały czas „Tanka, Emilię i Profesora”, więc cały czas to ciskał. Nie było żadnego ciśnienia w tę lub we w tę.

W 2001 i 2003 roku wyszło po sześć numerów, pomiędzy nimi jednak jest 2002 rok z czterema numerami. Czemu więc postanowiliście ruszyć z „P Luxem”, zamiast wypuścić dwa dodatkowe numery „Produktu”? Co się stało, że poczuliście się tak mocni, że stwierdziliście, „no dobra, skoro jeden magazyn nam wyszedł, to spróbujemy z drugim”?
Czuliśmy głód rysowania i pisania historii, które byłyby bardziej mainstreamowe. „Produkt” był wariatem, a chcieliśmy zrobić magazyn, który mógłby wziąć do ręki na przykład czterdziestoletni pan i poczytać sobie wieczorkiem dla relaksu. Żeby tam znalazły się historie kryminalne, sensacyjne, horrory, takie klasyczne gatunkowo, ale też żeby nie zapominać o czytelnikach „Produktu”. Chcieliśmy także mieć jakiś wspólny mianownik, na przykład w pierwszym numerze były gościnne tributy dla „Osiedla Swoboda”, żeby tego „produktowego” czytelnika również zaznajomić z takim magazynem, który prezentowałby historyjki troszeczkę inne, ale to się wtedy nie udało.

Pazur

Czemu „Produkt” w końcu się skończył, rynek aż tak się zmienił, czy wy się wypaliliście?
Myślę, że wszystko po kolei, odwalaliliśmy strasznie dużą robotę, sam powiedziałeś, że w dzisiejszych czasach, jak wyjdzie magazyn dwa razy do roku to już jest OK, a on i tak nie ma takiej objętości, jaką miały numery „Produktu”. Zmęczenie materiału było potężne. Ja byłem bardzo zmęczony. Przez ostatnie pół roku trwania magazynu byłem potwornie wykończony, bo nie tylko rysowałem, pisałem, ale też to wszystko od czwartego numeru składałem, byłem człowiekiem od DTP i nie miałem o tym zielonego pojęcia. Wszystkie wtopy typu zielona okładka numeru 19, rozpikselowana okładka 22 numeru – ta, którą Myszkowski zrobił – to były moje błędy jako człowieka, który kompletnie nie miał pojęcia o DTP, a składał cały magazyn. Dostałem wytyczne, – tak wygląda makieta, tutaj przesuwasz, kopiujesz, aha, aha, aha,… i to było wszystko. Myślę, że chłopaki też byli zmęczeni, szczególnie ci, którzy robili najwięcej, między innymi Kurt, Myszkowski, Simson, oni też się powoli wypalali. A dwa, że zmieniał się rynek, pojawiało się coraz więcej albumów totalnych gwiazd komiksowych i nam ciężko było konkurować z absolutną klasyką. Jeśli ktoś miał do wyboru wydać kasę na magazyn albo na album komiksowy, to wybierał album, ja to akurat rozumiem.

Produkt
Słynna rozpikselowana okładka numeru 22

Ale popyt na gwiazdy komiksowe to właśnie wy, na łamach „Produktu”, wytworzyliście, choćby Łukasz Chmielewski swoją publicystyką itd. Recenzje w „Produkcie” ustawiły nastawienie do wielu osób i komiksów, choćby do „Krakersa”, Truścińskiego czy „Strażników”.
Może troszeczkę tak jest, ale pisaliśmy tak naprawdę o oczywistościach. To była taka robota u podstaw, zapomnieli potem o nas jako pozytywistach (śmiech).

Rok 2000 jest przełomem na polskim rynku komiksowym i wiele rzeczy dzieje się równocześnie i bardzo szybko: rozwija się „Produkt”, Egmont zaczyna wydawać coraz więcej komiksów, za chwilę pojawią się kolejne wydawnictwa. Jaką twoim zdaniem rolę w tym boomie odegrał „Produkt”?
To jest tak, że nie było nic oprócz komiksowego forum Wraka czy Gildii, na których i tak udzielał się mały procent czytelników komiksowych, więc jeśli „Produkt” był takim drogowskazem, to pisaliśmy o tym, co warto byłoby znać. Jak w Polsce nie było praktycznie Millera to Chmielu, który jest jego wielkim fanem, walił o nim artykuł za artykułem, potem o Gaimanie, Allanie Moorze. Te wszystkie nazwiska dla wielu czytelników „Produktu” były nowościami, niektóre dla mnie były nowościami. Ja komiksem, jakąś taką otoczką, za bardzo się nie interesuję, nie czytam o komiksie, nie jaram się tym, że Allan Moore wydał coś nowego, tym się zajmowali ludzie od pisania, a w szczególności Chmielu, który mnie też pod tym względem edukował.

W takim razie, może to było też w drugą stronę, mieliście Strefę Kwasu – przebieraliście te komiksy i myśleliście – dobra puścimy to, to na pewno wszystkich zmiesza, nie będą wiedzieli, co powiedzieć.
W gruncie rzeczy Strefa Kwasu powstała przypadkowo. Rafał Gosieniecki przyjechał wtedy do studia Bonin z Sopotu i zrobił tego śmiesznego ludka, który występował w Strefie. Pod wpływem jakiegoś środka odurzającego pomyśleliśmy sobie, że wrzucimy tam „Phantasmatę”, „Wilqa” i potem chyba również „Likwidatora”. Ten podział dla nas był żartem, nie widzieliśmy potrzeby rozdzielania reszty magazynu od Strefy Kwasu, że fajnie będzie tutaj mieć historyjki, bloki, bloki, naparzanka w „Emilii, Tanku i Profesorze”, tutaj klimaty z lat czterdziestych z nindżasami w „Gangście”, a tutaj będzie Strefa Kwasu. Nie, nie było z tym większego zamysłu.

Produkt

Ludzie jednak to kupili, ja się na to złapałem, myślałem sobie „Wow, nawet jak na «Produkt» te komiksy są zupełnie odjechane”.
Dla nas nie były, ale to dlatego, że wiedzieliśmy, co się przesyła do „Produktu”, bo ludzie przysyłali naprawdę sporo prac. Mam worki pełne listów i prac cały czas schowane u siebie.

Patrząc z perspektywy tych wszystkich lat, to z czego jesteś najbardziej zadowolony?
Przyjemne jest to, że spora grupa ludzi, która pracowała przy „Produkcie” nadal jest obecna na rynku. Magazyn był trampoliną dla nich do solowych projektów i publikacji, to jest spora rola, przed czasami internetowych galerii i boomu webkomiksowego „Produkt” był kuźnią talentów. Nic tak nie pomaga jak to, że twoja praca jest wydrukowana na papierze i wtedy dopiero widzisz błędy, jakie popełniłeś i starasz się ich nie popełniać później. To jedno. Drugie – że wychodził tak długo, będąc robionym w tak dziwacznych sytuacjach.

Na przestrzeni ostatnich lat łapałeś się różnych komiksów, komercyjnych zleceń. Jakby ktoś ci teraz zaproponował: „Śledziu mam kasę na cztery numery, wydajmy, zobaczymy, co z tego będzie”, złapałbyś się znowu za magazyn komiksowy?
Kurczę, ale to wtedy musiałoby być naprawdę na poważnie. To znaczy, że ja się nie zajmuję składem, dbam tylko o jakość, tak zwaną artystyczną, a ktoś pilnuje kasy i dba o reklamy. To musiałaby być profeska. Na taką partyzantkę, jaka była przez te wszystkie lata, nie mam już sił.

Za pomoc w przygotowaniu wywiadu serdecznie dziękuje Damianowi Bernachowi i Pawłowi Laskowskiemu – Konrad.

komentarze 33

  • Tak a propos Produktu. To była to pierwsza seria Komiksowa którą zaktualizowałem o wszystkich autorów (tak mi się wydaje) na Alei Komiksu
    http://komiks.nast.pl/seria/716/Produkt/

  • Produkt czytałem, kiedyś nawet wysłałem swoja pracę :D Na szczęście nikt nie odebrał przesyłki.Skoro magazyn ukazywał się przez tyle lat to komuś musiało się to opłacać. Ktoś musiał na tym zarabiać. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że wydawcy byli altruistami robiącymi to z potrzeby serca. Oczywiście szacunek dla twórców za ich pracę (a raczej wolontariat), ale mam wrażenie że Was ktoś przekręcił. Wykorzystał Wasz młodzieńczy zapał;), albo po prostu na to pozwalaliście w imię jakiegoś wyższego celu. Można się dobrze bawić i jeszcze przy tym zarabiać. Kto wie, może gdybyście zadbali o finanse magazyn ukazywałby się po dziś dzień w nieco zmienionej formie, ale jednak. A tak … Zrobieni w komiks:/

  • Super sprawa te komiksowe nasiadówki. Może macie jakieś foty ze Studia Bonin?

  • Produkt… szacunek.

    Ja już jakiś czas temu złożyłem mu tribute: http://www.rynarzewski.pl/produkt-wiecej-niz-komiks/

    Niedawno trafiłem na różne numery Produktu na wyprzedaży na dworcu… po 2 pln ;/ Oj nie tam jego miejsce!

  • I człowiek żałuje, że nie urodził się kilka lat wcześniej, by móc poznać i docenić „Produkt”.
    Hail to the king!

  • Nie ma tego złego. Może Ty doczekasz latających samochodów, a my już nie.

  • Fajnie, że ktoś w ogóle o tej rocznicy pamiętał;) Dziwne, że to już tyle lat minęło.

  • Ten magazyn był naprawdę najlepszy. Po lekturze tego artykułu zaczynam już chwytać, czemu tak bardzo za nim ja i moi znajomi przepadaliśmy- bo to wtedy był zakręcony czas dla wszystkich. Tak zakręcony, że w pewnym momencie nawet zabrakło mi na komiksy i dostałem prawie wszystkie odcinki rok temu na gwiazdkę:D obiecuje że będę go kiedyś wspominać jak dziś niektórzy PRL:D wielkie dzięki!

  • straaaasznie żałuję, że… jw u Górskiego

  • Blacksad

    Czasy glorii „Produktu” to dla mnie czas zerowego zainteresowania komiksem. Chociaż pamiętam z kioskowych wystaw tego wyszczerzonego Likwidatora. Skompletowałem całość dopiero jakoś tak w 2007 i przeczytałem z tchem zapartym jak przy zaparciu. Oprócz komiksów zadziwiła mnie trafność analiz i recenzji, które pochodziły z lat dla mnie komiksowo kompletnie archeologicznych. Mieli czuja chłopaki i smak, co dobre a co niekoniecznie.

  • Pamiętam, że jako pierwszak w podstawówce kumpel brata przyniósł Produkt. Magazyn bez którego połowa z nas nie wchodziłaby na motyw i nigdy nie zainteresowała się komiksem

  • kurde, dla mnie produkt to był nawet taki ‚głos pokolenia’. raz że z postaciami z osiedla można się było identyfikować, z murów w kadrach brało się nazwy kapel (często zresztą były też o nich arty – dzięki temu poznałem Kyuss’a i za to wielkie dzięki), teksty wchodziły do obiegu w szkole, na osiedlu. to był magazyn który bez obciachu można było pokazać znajomym – przykład kumpla który komiksu nie trawił, a osiedle łykał za każdym razem (pożyczał P;) i do dziś w pracy posługuje się ksywą wiraż;D. zajawki które pojawiały się w artach wskazywały pewną drogę – teraz włazisz sobie na bloga – choćby motyw drogi – czytasz o takim ‚the guild’ i sobie oglądasz bo ktoś napisał że fajne. internet miałem od końca 98 roku to w polskim necie niewiele było tego typu mediów które by mnie interesowały. Produkt to było zjawisko;)

  • MD: bardzo fajny pomysł na cykl, dawać więcej. :)

    Końcówka żywotności Produktu to dla mnie czas włażenia w robienie czegoś okołokomiksowego w necie [na WAKu wówczas]. Na początku sam P jakoś mnie nie ruszał, ale potem zakupiłem pięciopaki i mnie trochę wciągnęło [„trochę”, bo to jednak nie były moje klimaty do końca].

    Może nie załapałem na największy hype P, ale i tak zawaliście miło było zostać poproszonym przez Śledzia, by pisać te głupawe teksty na dołach stron. Weszły chyba tylko w dwóch numerach [chyba przedobrzyłem], ale i tak miła sprawa. :) W tamtych czasach puchło się z dumy, jak można się było o P otrzeć.

    Dla mnie dziś największy wpływ P widać w tym, co ludzie rysują do antologii, zinów i innych kartonów. Nie wiem, czy to po prostu polski styl taki, czy jednak [pod]świadome nawiązania do tego, co się czytało w P.

    Pozdrówka!

  • ja to mam taką teorię, że Internet troche zabił tego typu akcje jak Produkt.

    Cięzko mi dociec bezpośredniej przyczyny, ale mam wrażenie że wraz z jego upowszechnianiem w naród komiksowy wdało się jakieś lenistwo rysunkowe (wiem po sobie) i ogólnie mniejsze zżycie ludzi do wspólnych inicjatyw. (jak tu śledziu wspomniał ekipe i wspólne rysowanie w jednym lokum to człowiek rozumie że takie podejście mobilizuje) Zwłaszcza tak poważnych inicjatyw jak zin komiksowy.

    Internet wysiekł generalnie prasę komputerową i nie tylko komputerową.

    Generalnie wzamian internet nie oferuje nic poza publicystyką.
    Bo nie widziałem e-zinu komiksowego nigdy na oczy. Zresztą co papier, to papier.

    choć z drugiej strony ewenement – pustka po Produkcie zapełniona przez forum Wraku.

    liczę że opiszecie też i te ciekawe rzeczy z 2005-2006 roku.

    Pzdr.

  • No niestety,sporo racji w tym co Pornboj napisał,jest. Chociażby przypomnę sobie bodajże ostatnie spotkanie P-Crew, kiedy to do Toronto zjechała sie prawie cała ekipa, celem ratowania tego co jeszcze ratowac można było. Zabrakło jednej, kluczowej osoby – zgadnijcie kogo. Cóż, było jak było,ważne, że jest co wspominac i zasadniczo są to miłe wspomnienia. Pozdr.

  • Raz, widzę, że pomimo zmęczenia, które towarzyszyło mi podczas gadki z Konradem, kilka rzeczy z sensem udało mi się powiedzieć:) Dwa, dzięki za wspominki, łezka się w oku kręci w ten, he, he, he, świąteczny czas.

  • Ja czytałem od 1 numeru. Chyba wypatrzyłem śledziową krechę na okładce w kiosku, nie pamiętam dokładnie. Czytało się, rzucało pancze ze znajomymi, najkacze tupaka itd. W liceum rozważałem nawet, czy by czegoś swojego nie przesłać, ale uznałem, że jestem zbyt chujowy:) A „Wanda” to dobrze, że poleciała:]

  • Przegapiłem. Ale od dobrych paru lat zbieram tysiaki na konto, żeby kiedyś skompletować.

  • Dla przegapowiczów chcących uzupełnić braki, mieszkających w Warszawie mam taką wskazóweczkę. Obok stacji metra Wilanowska jest taki mały, nielegalny bazarek. Jest tam prawie codziennie taki pan sprzedający różne stare czasopisma i książki i ma również kupkę z komiksami. Bardzo często można u niego znaleźć pierwsze numery Produktu (włącznie z pierwszym, Bele:)) po 3 zeta za sztukę. Więc może niekoniecznie trzeba odkładać tysiaki.

    Ja swoje P zbierałem, że tak powiem, na żywo od pierwszego numeru, który nabyłem będąc na drugim roku studiów w Olsztynie. I ten numer z biegnącym na pierwszym planie Smutnym, odmroził moją miłość do komiksów. Zarówno ich czytania, jak i tworzenia. Pamiętam, że moi współlokatorzy, którzy niekoniecznie czytali komiksy, byli wielkimi fanami Zdzicha i Wujasa.

  • Potwierdzam, na rzeczonym stoisku rok temu kupiłem właśnie pierwszy numer „Produktu”.

    Na Allegro jest sporo pojedynczych numerów za grosze.

  • Chyba nigdy nie czytałem żadnego Produktu. U mnie zawsze przegrywały ze Światem Komiksu, KKK i Aqq które kupowałem w Empiku. Świat Komiksu kupowałem bo bardziej mi podchodziły komiksy z tego właśnie magazynu a KKK i Aqq dla publicystki.
    Swoją drogą to były dziwne czasy, wydawano bardzo mało albumów a na półce w raciborskim empiku leżało zawsze pełno magazynów: Krakersów (tak, to była chyba największa chujnia, Produkt wydawał mi się znacznie lepszy), Produktów, Znaków (Znakomiksów) czy Aqq i KKK i chyba jeszcze coś tam było. Także jak widać nie każdy wybierał Produkt.
    Ale oczywiście winszuję jubileuszu:)

  • Tu jesteśmy my, tam stało Zomo.

  • Kurde nie ma edycji.
    Oczywiście była jeszcze „Arena”.
    Aha, bardzo ciekawy wywiad, fajnie się go czytało.

  • Kącik kombatanta.

  • „Produkt” kupowałem przede wszystkim z powodu Śledzia. Jaram się jego kreską od czasu publikacji śledziowych rysunków w „Secret Service”, dlatego gdy zobaczyłem okładkę pierwszego P na wystawie kiosku, po prostu nie mogłem nie kupić. Z komiksami bywało różnie, highlighty to oczywiście „Osiedle..” i „Wilq”, ale później kupowałem już tylko dla ciekawej publicystyki.

  • na Produkcie to się chyba wychowało 3/4 dzisiejszego komiksowego „podwórka”. sam pamiętam jak się tym zinem jarałem, co spotykało się z opiniami „wydajesz hajs na komiksy?”
    anyway. pewnie pamiętacie preludium Produktu, mianowicie Azbest. szit. z wszystkich 3 numerów, #2 zrył moją 11-letnią wówczas psychikę najbardziej;).
    można gdzieś dorwać chociażby skany tego? bo ogólnie to prosperuje jako biały kruk

  • Produkt nie był zinem.

  • mea culpa. Magazyn offcoz :)

  • Ktoś sprzedaje dość dużą kolekcję Produktów…

  • mutilator

    Wychowałem się na Produkcie. Kupowałem go od 1-szego numeru. Miałem wówczas niecałe 12 lat i na początku byłem zszokowany zawartością [ach te urocze artykuły :)], jednak później czułem się dumny, że „mam łeb na karku i potrafię wybrać rzecz naprawdę wartościową spośród tandety”. Dzisiaj po latach mogę powiedzieć bez wazeliny, że Produkt wyrobił we mnie gust estetyczny i poznałem co to jest prawdziwa sztuka. Ogólnie Produkt był takim polskim odpowiednikiem Heavy Metal Magazine. Co do reklam, to przecież były: np. magazynu Klavo :)

    Może kiedyś Produkt powróci?

Dodaj komentarz