Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Dystrykt 9


film · komentarzy 25

Dystrykt 9

Niedawno na łamach Motywu Zuza opisywała „9”, film animowany, który powstał na skutek zainteresowania znanego reżysera krótkometrażową produkcją mniej znanego twórcy. Historia stojąca za powstaniem „Dystryktu 9” jest bardzo podobna, ale mimo że efekt końcowy jest dużo bardziej udany niż w przypadku dzieła Shane’a Ackera, to pozostawia wrażenie pewnego niedosytu.

W 2005 roku Neill Blomkamp nakręcił „Alive in Joberg”, sześciominutowy paradokument o kosmitach, którzy zawitali do RPA i żyją w slumsach. Dalej legenda głosi, że na film trafił Peter Jackson i zauroczony pomysłem postanowił sfinansować wersję kinową. Za dotknięciem czarodziejskiej, kosztującej 30 milionów dolarów różdżki „Alive in Joberg” przepoczwarzył się w „Dystrykt 9”, dzięki czemu widzowie na całym świecie mogli przekonać się, że marzenia się spełniają, a kino Sci-Fi to nie tylko hollywoodzkie „Transformery”.

Przez pierwsze pół godziny historia przedstawiona jest w formie filmu dokumentalnego – poznajemy „archiwalne” nagrania, wypowiedzi różnych ekspertów, towarzyszymy operatorowi w jego wyprawie do Dystryktu razem z przedstawicielami MNU – międzynarodowej korporacji, której zostało zlecone zarządzanie strefą. Tym razem ich zadaniem jest wysiedlenie kosmitów do tworzonego z dala od miasta obozu. Cały proces przeprowadzany jest w majestacie prawa – urzędnicy muszą grzecznie prosić o podpisanie odpowiednich dokumentów, jednakże o jakim prawie można mówić w sytuacji, gdy kosmici, nazywani pogardliwie „krewetkami” nie mają na nie żadnego wpływu? A urzędników ochraniają drużyny uzbrojonych po zęby komandosów? W pewnym momencie musi oczywiście dojść do komplikacji i niestety – wraz z nią możemy zapomnieć o formule paradokumentu. „Dystrykt 9” staje się kolejnym filmem o przypadkowej jednostce uwikłanej w sytuację, która ją przerasta. Z gościnnym udziałem obcych. Następnie mamy trochę mrożących krew w żyłach laboratoryjnych scen, pościgi, strzelaniny, niosące zniszczenie pancerze wspomagane oraz małych słodkich obcych z dużymi słodkimi oczami.

Dystrykt 9

Wycofanie się z paradokumentalnej otoczki stanowi dla mnie największą wadę „Dystryktu 9”. Nie zrozumcie mnie źle, pomimo kilku dziur w scenariuszu – to nadal całkiem interesujący film poruszający takie tematy jak: prywatyzacja publicznej odpowiedzialności, zło międzynarodowych korporacji, zakłamanie mediów, tchórzliwość polityków, rasizm i pułapka, jaką stanowią dzielnice biedy. Użycie kosmitów jako metafory może się wydawać nieco zbyt dosłowne, ale jak widać po reakcjach publiczności tylko dzięki temu udało się przekonać ogół widzów, że „Dystrykt 9” to „film o czymś”. Strasznie jednak szkoda, że twórcom zabrakło pary, aby pociągnąć tę paradokumentalną narrację do końca – wydaje się, że zrezygnowali z niej tylko po to, aby lepiej przedstawić sceny akcji. Pod koniec film znowu wraca do gadających głów. Te pierwsze pół godziny filmu są dla mnie najciekawsze – dostarczają masy informacji o sytuacji, trzymają w napięciu, pozwalają spojrzeć na sprawę z kilku perspektyw, a potem puf, zostajemy przywiązani do głównego bohatera i zostajemy z nim niemalże do końca. Na szczęście Wikus Van De Merwe nie jest typem herosa, któremu przezwyciężanie kolejnych problemów przychodzi z palcem w nosie i błyskiem śnieżnobiałych zębów. Bardziej pasuje do niego określenie „tchórzliwa szuja” i reżyser zdecydowanie nie ułatwia nam odczuwania względem niego sympatii czy współczucia.

Z rozmazanych i dynamicznie montowanych materiałów „archiwalnych” dowiadujemy się, że Dziewiąty Dystrykt to dzielnica zamieszkana przez blisko 2 miliony obcych, którzy żyją w ledwo skleconych budach i żywią się kocią karmą. Momentalnie w głowie powstaje obraz rojnego ula, coś jak „Miasto boga”, ale z większą ilością czułek i chitynowych pancerzyków. Gdy jednak wjeżdżamy z kamerą na teren dzielnicy, to w kadrze zobaczymy najwyżej dwie budki i pięciu obcych. Krewetki owszem, wygenerowane zostały znakomicie, ale zabrakło w filmie ujęć, które pokazywałyby ogrom i rozmach Dystryktu. Jak się nad tym zastanawiam, to cała narracja filmu została tak poprowadzona, że na wszystko patrzymy z perspektywy ludzi i tak naprawdę nie dowiadujemy się, jak rzeczywiście wyglądało życie wśród obcych. Widać po filmie, że został zrealizowany przy użyciu całkiem skromnych środków i mimo że twórcy robią, co mogą, to czasami to wyłazi na wierzch.

Dystrykt 9

Szczerze pisząc, nie jestem za bardzo na bieżąco z czymś, co można by określać jako „współczesne kino Sci-Fi”, więc nie wiem, czy jest, co wskrzeszać i skąd wracać, tym bardziej też trudno mi powiedzieć, jak w tym wszystkim znajduje się „Dystrykt 9”. Faktem jednak jest, że po całej zawierusze wywołanej przez fanów i masę pozytywnych opinii znajomych miałem dosyć spore wymagania względem filmu Blomkampa i czuję się odrobinę rozczarowany. Jednocześnie mając w pamięci fiasko „9” Ackera, miło było popatrzeć na produkcję będącą realizacją marzeń młodego twórcy, która rozciągnięta na dwie godziny nie sprawiała wrażenia kompletnie niepotrzebnej. Jednakże trudno pisać, aby Blomkamp zabrał mnie na drugi kraniec kosmosu i pozwolił snuć wyobrażenia z pogranicza nauki i fikcji.

film

komentarzy 25

  • legenda tak naprawdę głosi, że urzeczony shortem Jackson chciał wyprodukować Halo, które Blomkamp miał reżyserować. Idea padła, Jackson na osłodę powiedział ‚to masz tu 30 baniek i kręć se co chcesz…’

  • Nie jestem pewien czy cały film kręcony jako paradokument byłby zjadliwy. Kilka już takich było „Blair Witch Project”, „Rec”… wydaje mi się że właśnie odejście a na koniec powrót do tej konwencji wyszły filmowi na dobre…

  • Odejście od dokumentu zdecydowanie wyszło na dobre. Jest tam sporo dziur merytorycznych, ale ogólnie właśnie trzeba na to przymknąć oko i tyle, bo na ten film trzeba bardziej chyba patrzeć jak na rodzaj metafory, przypowieści… tak go odbieram.
    To nie jest pierwszy tego typu paradokument o kosmitach. Jest przecież podobny poświęcony STAR WARS.
    Ogólnie polecam DYSTRYKT 9, bo jest to porządny kawałek kina, może nawet kina społecznego:)

  • Mi się film bardzo podobał. Oczywiście były tam jakieś kawałki lub sceny, które były absurdalne. W końcu ktoś przedstawił kosmitów w innej formie niż postaciami siejącymi panikę i zagładę. Tutaj kosmici nie atakują ziemi, w „Dystrykt 9” tylko jest pokazane jak obcy żyją i to mi się bardzo podobało w filmie.

  • Właśnie wróciłem z kina. Też mam wiele zastrzeżeń, zwłaszcza jeśli chodzi o kontrast pomiędzy hardkorowym początkiem a przesłodzonym zakończeniem, ale myślę, że chyba zbyt surowo oceniłeś film. To naprawdę film scfi jakiego nie było od lat.

  • Hmm, wyraze delikatnie taka opinie: jesli ten film traktowac jakos SF, dobre SF, to chyba tylko dlatego, ze w ogole brak cos ostatnio dobrego SF do ktorego mozna by bylo poziomem D-9 porownac. Wole ten film bardziej jednak dbierac jako satyre spoleczna. Odnosnie kontatku z obcymi to dosyc znaczaca kropke postawil LEM w „Fiasko”. Przydaloby sie od tej strony cos sensownego stworzyc dla kina S-F, a D-9 raczej tutaj nie dosiega poprzeczki.

  • amsterdream

    Mi się bardzo podobał. Cieszy mnie to, że teraz za tak małe pieniądze są kręcone tak dobre filmy, które wynikami oglądalności śmieją się prosto w twarz hollywoodzkim blockbusterom. Teraz czekam na Paranormal Activity.

  • Mike: dokładnie! Dystrybutor jednak nie zna litości i na plakaty wrzuca hasło „Łowca androidów XXI wieku” :)

    Gonzo: no to koniec końców lepiej, że powstał „Dystrykt” niż „Halo” :)

  • JAPONfan

    @ Konradh: I tak nic nie przebije „Across the Universe” jako „hair lat 60”

  • W końcu jestem na czasie, bo tak się szczęśliwie zdarzyło, że film wczoraj zobaczyłem. I to przejście z paradokumentu to filmu akcji wyszło świetnie. Po opisach i pierwszy ch opiniach trochę się bałem, że cały film będzie opowieścią o aparteidzie ubraną w kostium s-f, a tu się okazuje, że to w dużym stopniu też historia o wykluczeniu, a następnie zaszczuciu, jednostki przez system.

    Najlepsze było to, że film wcale nie nużył. Jednak 20 min. robi różnicę i człowiek zaczyna tęsknić za filmami trwającymi 90-100 minut. A samego „Halo” i ogólnie klimatu komputerowych strzelanek trochę tutaj było… (energetyczne pukawki dały radę i wcale nie sprawiały wrażenia strzelających promieniami patyków czy pilotów od telewizora).

  • @ kajman: „hardkorowym początkiem a przesłodzonym zakończeniem” — przesłodzonym? chyba Ci się filmy pomyliły. znaczy, były tam różne popeliny po drodze, były nagłe akty heroizmu, ale no końcówka to przecież zasadniczo chaos i śmierć z lekką dawką melancholii. nie nazwałbym tego happy endem.

  • Ja nic nie pisałem o happy endzie. Ale moim zdaniem metalowy kwiatek to było lekkie przegięcie.

  • Kurcze, jak dla mnie sposób zmontowania początkowej, ‚paradokumentalnej’ sekwencji to lekka przesada- w kinie oglądało się naprawdę ciężko.
    Ogólnie jednak, to faktycznie film jednak odstaje od reszty [podobnie- jest to jedynie moje wyobrażenie o kondycji obecnego kina SF ] i daje nadzieję, że nie wszystko zawsze musi się sprowadzać do bez- albo, wręcz przeciwnie, turbomózgich kosmitów, którzy chcą nas wykończyć i w sumie wszyscy są jedynie zainteresowani naparzaniem się.
    Przyznaję, że wkręciłam się w film na tyle, że olałam niektóre braki i dosyć poważnie podchodziłam do pytań stawianych przez autorów [np. o naturę organizacji międzynarodowych, biurokracje, problemy demograficzne].
    Jasne, że nie są to jakieś szczyty artyzmu, ale w sumie można i nieźle się bawić, i trochę pomyśleć- to już chyba coś.

  • Poza samym faktem, że film jest jednym z milszych zaskoczeń roku i naprawdę warto go zobaczyć (zwłaszcza jeśli jest się fanem sci-fi; zaprawdę klasa film) tak chciałem dodać, że Dystrykt 9 został nakręcony za 30 mln dolarów, co jest kwotą za którą w Hollywood kręci się średniej jakości filmy obyczajowe, zaś tutaj aż się nie chce wierzyć jak dobrze rozdysponowano tymi pieniędzmi. BTW plota głosi, że film byłby tańszy o 10 milionów (!) gdyby nie koszta jakie trzeba było zapłacić by mogli kręcić zdjęcia w Afryce. Tym większy szacunek za to jaki obraz powstał.

  • nie wiem jak można odbierać zakończenie jako przesłodzone. bo happy endem to się tego nie da nazwać. formuła paradokumentu jest przez cały czas, może w srodku filmu trochę rzadziej, ale jest (ciekawe przy tym są wstawki z kamer przemysłowych). film podobał mi się, może nie porywał, ale obejrzałem z przyjemnością i nawet nie musiałem zawieszać niewiary zbyt wysoko.
    naprawde tylko 30 milionów?? nie do wiary.
    a co do idei Kontaktu u Lema, to Lem stawiał tę kropkę całą swoją twórczością. wielką, czarną kropkę.

  • SŁABY FILM!!

  • au: co do Lema, fakt, chociaż jednak Fiasko było najbardziej definitywne pod tym względem.

    i względem budżetu: ja za bardzo na ekranie biedy nie widziałem, szczególnie mnie zadziwił świetny wygląd kosmitów, na zbliżeniach byli wręcz doskonali, takiego poziomu „realizmu” (bo ciężko mówić w wypadku dizajnu kosmitów o realizmie) chyba jeszcze w kinie nie widziałem. chociaż, mam wrażenie, że to musiała być hybryda CGI i tradycyjnych efektów specjalnych, ale mogę się mylić.

  • Jeśli ten film kosztował tylko 30 mln $, to swoją drogą ciekawe jak będzie wyglądał FUNKY KOVAL, bo Polch deklarował, że jeśli film powstanie, to na dziś ma minimum 30 baniek na koncie produkcji.

  • Z mojego punktu widzenia to nie jest czyste s-f, Neill Blomkamp wziął dobre patenty z horroru, dramatu, paradokumentu, komedii i romansidła, wymieszał i utworzył genialny, eklektyczny film, przy którym można było jednocześnie ryczeć i śmiać się do rozpuku. Poza tym sporo wycisnął z wiele razy przetrawianego motywu ‚from zero to hero’, także nie odbijało się czkawką. Mam nadzieję, że po tak dobrym początku filmy Neilla będą coraz lepsze, po D9 zamierzam wybrać się na wszystkie jego produkcje.

  • W końcu obejrzałam i nie spodobało mi się. Generalnie zgadzam się z Konradem – film byłby ciekawszy jako paradokument.

  • jeśli funkyego ma kręcić blomkamp, w jakimś biednym kraju i bez znanych aktorów, to jest szansa że wypadnie nie gorzej.

  • mi się film bardzo podobał i to dokładnie w każdym elemencie. Przejście dokument-nawalanka bardzo ok. Jest kontrast, ale nie zgrzyta tylko fajnie się zazębia. Gdyby reszta była w formie paradokumentalnej to film by był płaski, bez przeskoków, a tak jest zderzenie widowiskowości z fajnym informacyjnym wprowadzeniem w sytuację. A fragmenty, które by mogły odsyłać do jakiś głębszych analiz problemów społecznych zostały w sposób odpowiedni zarysowane, dając szerokie pole do interpretacji. Tylko tyle i aż tyle. O.

  • Faktycznie scena z kwiatkiem to trochę przegięcie… Poza tym film był dosyć ohydny – przynajmniej pierwsza połowa. Dla mnie trochę przerost formy nad treścią. Również się zawiodłem. Jeśli chcecie się przekonać jak mógłby wyglądać wywiad z obcym z filmu Blomkampa zapraszam tu: http://kinomania.wordpress.com/2009/10/18/dystrykt-9/
    Inny film s/f – Moon z genialnym Samem Rockwellem wypadł znacznie lepiej a reżyser też nie miał za dużo kaski na realizację…

Dodaj komentarz