
Po pięciu długich miesiącach od światowej premiery wreszcie na ekrany polskich kin wszedł “Odlot”, najnowsza animacja studia Disney Pixar. Od kwietnia u słowiańskiej widowni zdążyło nagromadzić się wiele oczekiwań, podsycanych przychylnymi opiniami i sukcesem kasowym filmu. Będąc osobą, która wpatrywała się w plakaty i oglądała trailery już od stycznia, mogę z ulgą stwierdzić że “Odlot” spodoba się nawet tym najbardziej wymagającym, daje on bowiem przykład świetnej narracji, sympatycznych i zrozumiałych bohaterów, dynamicznie rozplanowanej akcji i grafiki na najwyższym poziomie.
Każdy, będąc dzieckiem, ma swoje marzenia – zresztą nie tylko dzieci je mają. Jedni chcą być strażakami lub astronautami, a inni, wybierając te mniej osiągalne cele, wróżkami lub elfami. Główny bohater “Odlotu”, Carl Fredricksen, od małego marzył, że w przyszłości zostanie podróżnikiem, tak jak jego idol Charls Munz. Wspólnie z dziecięcą przyjaciółką Ellie przyrzekł, że kiedyś zabierze ją do Ameryki Południowej i tam założą swoją bazę klubu odkrywców. Jak zapewne wszyscy się domyślają, wraz z upływem czasu plany pary dzieci, a potem pary młodej, zaczęły się zmieniać. Priorytetem stała się rodzina i dom. Niestety małżeństwo nie mogło mieć dzieci, co pozostawiło Carla i Ellie z pustką z sercu. Powrócili więc do dawnych marzeń i jako swój cel obrali kontynent Pelego i karteli narkotykowych. Ten pozostał jednak w sferze planów – czy to z braku czasu czy pieniędzy, wyjazd przeciągał się w czasie i nim Carl Fredricksen zdołał się obejrzeć, żegnał się na zawsze z żoną na szpitalnym łożu. Bohater został sam w kolorowym domu pełnym wspomnień, który to zresztą chce od niego odebrać firma budowlana. Gdy już wydaje się, że jedyne, co czeka Carla, to przybytek spokojnej starości, niespełniony podróżnik wpada na pomysł użycia ogromnej liczby balonów do uniesienia swego domostwa w górę i odlotu do wymarzonej Ameryki Południowej. Na jego nieszczęście, lub szczęście, na ganku fruwającego budynku zawierusza się młody “przyjaciel przyrody”, Russell. Ta przedziwna para będzie zmuszona wytrzymać ze sobą w dziczy oraz stawić czoła wielu niebezpieczeństwom, takim jak wściekłe, gadające psy i burze.

“Odlot” porusza wiele poważnych kwestii – stratę ukochanej, problemy w rodzinie i starość – w sposób subtelny i wzruszający. Film stara się odpowiedzieć na pytania dotyczące podróży, ale nie tych dosłownych, tylko życiowych. Czy rzeczywiście człowiek potrzebuje zobaczyć prawdziwą dzicz w swoim życiu? A może tak naprawdę wygląda ona dobrze jedynie na zdjęciach? I przede wszystkim – czy warto podróżować samemu? Prócz tego, “Odlot” prezentuje zupełnie inną starość niż ta, którą oferują nam typowe produkcje dziecięce. Głównym bohaterem jest staruszek, normalny, myślący, a nie marudzący bez przerwy na młodzież, jak to bywa w filmach dla młodszych (twój typowy starszy sąsiad). Carl wzbudza natychmiastową sympatię, i nie traci jej wraz z upływem czasu, nawet gdy po śmierci Ellie staje się zgorzkniały i smutny. Widz rozumie go i wspiera. Podobnie rzecz ma się z Russellem – młodym “obrońcą przyrody”. Chłopiec strasznie chciałby się przydać swemu towarzyszowi, ale jednocześnie jest tylko dzieckiem, na dodatek odrobinę rozkojarzonym i wielu rzeczy nie rozumie. Mimo to jego starania i cytaty z poradnika młodego skauta wzbudzają uśmiech na twarzach publiczności.
Film reklamowany jest jako kolorowa dynamiczna przygoda, ale w rzeczywistości nastrój produkcji jest bardzo nostalgiczny, wzruszających momentów jest wiele i naprawdę sprawiają, że łza się w oku kręci. Oczywiście dowcipów też nie brakuje, głównie dostarcza je publiczności Russell oraz gadający pies As. Jaskrawy ptak Stefan również śmieszy swoimi minami i dziwacznym zachowaniem. Mimo to film okazał się być poważniejszy, niż sobie wyobrażałam. Trudno mi stwierdzić, jak odniosły się do takiego zabiegu dzieci, ale parząc na sukces jaki “Odlot” odniósł w Ameryce, chyba poradziły sobie z doroślejszymi nastrojami bez problemu. Na pewno bardziej zachwyciły ich pościgi, gadające psy i powietrzne akrobacje – te rzeczywiście są widowiskowe, kulminacyjna potyczka trwa dość długo i jest świetnie rozplanowana, akcji nie brakuje jej nawet przez chwilę. Finał jest odrobinę zaskakujący, lecz każdy starszy widz zdąży go przewidzieć dużo wcześniej.

Graficznie “Odlot” nie jest może innowacyjny, ale niewątpliwe prezentuje najwyższy poziom animacji 3D. Postacie są bardzo uproszczone, ale tekstury na ich ubraniu to już inna bajka. Szczegóły ubioru (plecak i odznaki Russella) oraz twarzy (tiki nerwowe, zarost) to dodatkowe smaczki filmu. Większym smaczkiem są lokalizacje – dżungla, płaskowyż, szczeliny skalne. Wyglądają niesamowicie. Kolory są jasne i ciepłe, jak przystało produkcji “dziecięcej”. Kinowe “3D” jak zwykle się nie sprawdza, osobiście nie muszę widzieć jednych krzaków bliżej a innych dalej, jak w książce interaktywnej dla najmłodszych, a innych efektów tam nie znajdziemy. Niektórzy jednak uważają, że pozwala to na lepsze “wczucie się” w sytuację, przez co film bardziej wciąga – toteż jest to jednak kwestia gustu. Słowo o muzyce – o dziwo aż trzy utwory zapadły mi w pamięć, a to oznacza, że było naprawdę nieźle. Zresztą – posłuchajcie sami.
Na koniec wspomnę tylko, że przed seansem “Odlotu” można obejrzeć przeuroczą krótkometrażówkę Pixara – “Partly Cloudly” opowiadającą o tym, skąd się biorą dzieci, zarówno te ludzkie jak i psie, kocie, krokodyle i rekinie. Uśmiech gwarantowany.
torturr dnia 21 października 2009 o 11:07
Piękna animacja. A sekwencja początkowa i wszelkie “poważniejsze” sekwencje wyciskają łzy. I robią to subtelnie, pięknie i mądrze.
KRYstian dnia 21 października 2009 o 11:15
Jako że na filmie byłem rano to oprócz mnie na sali była całą zgraja dzieciaków z podstawówki. Słyszałem jak nauczycielki przed seansem mówiły, że nie będą cały czas siedzieć…siedziały wpatrzone do końca. Dzieciaki natomiast wkurwiająco się wierciły i nie widziałem żeby film je zachwycił. Świetnie się bawiłem odnajdując te smaczki w animacji. Na koniec film nabiera akcji rodem z Indiany Jones’a a Carl wygląda jak Nathan Drake z Uncharted. PIXAR ZNÓW TO ZROBIŁ! polecanki
Folko dnia 21 października 2009 o 11:40
Byłem z 4 dzieci 9-13 lat (w tym 2 moich ;-)). Wszystkie były zachwycone… a najbardziej to chyba ja ;-) Polecam bardzo :-)
Dem dnia 21 października 2009 o 12:00
Veto, Russell jest postacią, której ma się chęć wysunąć w tłustą twarz. Ciężko o bardziej wkurzającą postać.
Z kolei sam film zaczyna się fenomenalnie, ale rozwija niestety w randomową, schematyczną przygodę.
Znaczy, to jest dobry film, ale nie mogę przeboleć, że Klopsiki zostały właściwie pominięte przez starych oglądaczy kreskówek, bo nie zrobił ich Pixar. Klopsiki są lepsze. Animacyjnie, humorystycznie i scenariuszowo.
hakuPL dnia 21 października 2009 o 12:54
Zarówno Klopsiki jak i Up to porządne animacje, jednak bardziej podobał mi się Up. Może dlatego, że był bardziej spokojny i subtelny? W każdym bądź razie, Up to bez wątpienia kolejny mocny tytuł Pixara, który warto poznać.
Zuzanna Kochańska dnia 21 października 2009 o 19:30
@Dem
Klopsiki były śmiszne i zwariowane- ale fabularnie nie powiedziałabym, że lepsze, bo jednak strasznie klasyczne (co zresztą napisałam w recenzji) i poruszające o wiele mniej problemów, nastawione dużo bardziej na kolorową rozrywkę.
Czy rzeczywiście zostały pominięte? Zarobiły z tego co wiem tez sporo i na rotten tomatoes mają 86% – czyli zupełnie dobrze.
Dem dnia 21 października 2009 o 21:10
@Zuzanna
Klopsiki wzięły klasyczność i ją przerysowały. I tak, recenzenci chwalą Klopsiki, ale i tak nikt się na nie nie chce do kina wybierać, dopóki ich tam sam nie wepchnę.
Konrad Hildebrand dnia 21 października 2009 o 22:01
Ja tam się “klopsików” boję. “Odlotu” również, wygląda to tak słodko, że się boję, że mnie zemdli. Takie filmy mogę obejrzeć przypadkiem w telewizji, jak “Auta”, na których się prawie popłakałem.
Zuzanna Kochańska dnia 21 października 2009 o 22:35
Mi słabo przypadły do gustu “Auta” ale to penie dlatego że nie lubię aut.
asu dnia 22 października 2009 o 0:29
ja uwielbiam auta, ale “Auta” mi się nie podobały.
Na “UP” polecam iść.
Ostatnio przesiaduję na ursynowskim przedszkolu i panie przedszkolanki opowiadały mi, że film wspaniały, ale dla dzieci zbyt rozbudowane fabularnie.
Jedna opowiadała, że płakała cały film, czego też podopiecznym wytłumaczyć nie potrafiła, bo te z kolei głównie się śmiały.
“UP” nazwałbym filmem ambitnym.
NMX dnia 31 października 2009 o 12:30
Myślałem, że Wall-e jest mistrzostwem świata, dopóki nie zobaczyłem UP. Spodziewałem się zabawy na poziomie Gdzie jest Nemo, a zostałem pozytywnie zaskoczony, zauroczony i wyciśnięty z łez. Piękne, subtelne, przyjemne.
txD dnia 11 listopada 2009 o 20:36
Moim zdaniem Up to najlepszy film pixara.
Wall-e bardzo mi sie podobał ale bardziej przemówił za mną Up.
Jest to film familijny dlatego polecam.
Jak oglądałem ten film to nie miałem za dobrych warunków(dzieci krzyczały i płakały).
Rodzice po prostu nie umieją dobierac filmów do wieku dziecka.
Ale film doskonały.:D:D:D:D