Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Klopsiki i innne zjawiska pogodowe


animacja · komentarzy 11

klopsy
Wiele razy zastanawiałam się, jak elokwentnie i z gracją zacząć ten tekst, ale w końcu stwierdziłam, że recenzja filmu, w którym kiełbasa i bekon spadają z nieba, a dzieci kąpią się w lodach, nie potrzebuje wykwintnych metafor – „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe” to produkcja może nie najmądrzejsza, ale zwariowana i dość zabawna.

Pomysł jedzenia spadającego z nieba narodził się w umyśle Judi Barret, autorki dziecięcej książki z 1978 roku pt. „Cloudy with a chance of meatballs”. Filmowa wersja nie ma wiele wspólnego z oryginałem, dzieje się we współczesnych czasach i przedstawia nowych bohaterów. Główną postacią jest naukowiec Flint, który od najmłodszych lat wpatrywał się w zdjęcie Nikoli Tesli i marzył o zostaniu wielkim wynalazcą. Niestety, większość jego tworów sprawiała więcej kłopotów niż pożytku (choć osobiście postrzegam „ptako-szczury” za sukces), co naraziło biednego bohatera na szyderstwa i ogólne potępienie przez resztę mieszkańców. Akcja zaczyna się, gdy Flint pracuje nad wynalazkiem, który miałby zamieniać wodę w przetworzone jedzenie – niestety w wyniku problemu z podłączeniem urządzenia do odpowiedniego źródła zasilania maszyna wylatuje w przestworza i zatrzymuje się w chmurach, a tam… wody jej pod dostatkiem. I gdy młody naukowiec myśli, że już wszystko stracone, na rękę spada mu pyszny hamburger. W tym samym czasie do miasta przybywa Sam Sparks, urocza reporterka telewizyjna, która, jak się okazuje, kiedyś również marzyła o zestawie małego chemika, ale porzuciła swe zapędy ze względu na negatywne reakcje otoczenia. Jeśli ktoś wyczuł wątek romantyczny, to ma dobrego nosa, choć związek tych dwóch postaci traktowany jest raczej komediowo.

klopsy2

Oczywiście, po pierwszej euforii spowodowanej działającym wynalazkiem Flint będzie musiał stawić czoła nowym zagrożeniom, produktywność maszyny bowiem ma swoje granice, a chciwość mieszkańców miasteczka nie. Fabuła jest skomponowana klasycznie: najpierw jest źle, potem dobrze, następnie okropnie, a na końcu super. Punkt kulminacyjny następuje pomiędzy „okropnie” a „super”. Oznacza on podróż przez korytarze pełne jedzenia, walkę z bezgłowymi kurczakami oraz wielkie tornado spaghetti. W tym wszystkim umiejscowiony jest również wątek relacji ojciec-syn, oraz czarny policjant Earl (w angielskiej wersji językowej głosu użycza mu Mr. T!), który całkowicie ignoruje prawa fizyki, skacząc na wielkiego tosta, którego jednocześnie podrzucił do góry. Innymi słowy – dużo się dzieje, ale wcale nie jest chaotycznie, wręcz przeciwnie. Jest po prostu dziwnie i trochę obrzydliwie… kąpanie się w lodach nie jest przyjemne, tak samo zresztą jak wchodzenie w skórę kurczaka (!). Oglądając film, starszy widz cały czas zastanawia się, gdzie rozkłada się nadmiar jedzenia oraz jak bardzo musi śmierdzieć miasteczkowe wysypisko („O fuj, oni stoją na bekonie!!”).

klopsy3

Film jest bardzo kolorowy, momentami wręcz pstrokaty. Dużo w nim różu, fioletu i żółci. Postacie są proste i zabawne, a jedzenie spadające z nieba gładkie i perfekcyjne. Taki design jest zupełnie zrozumiały, jeśli popatrzymy na grupę docelową filmu – dzieci – ale nawet dorosłym powinien on przypaść do gustu. Świetnie wyglądają kolorowe chmury, dymy i wybuchy, a wszystkie dynamiczne akcje rozplanowane są naprawdę porządnie (lot samochodem w huraganie jedzenia robi wrażenie). Niestety kinowe 3D nie sprawdza się do końca, co podczas seansu zauważył nawet mój kolega, któremu czarne okulary na nosie najzwyczajniej przeszkadzały.

„Klopsiki i inne zjawiska pogodowe” to nie animacja roku, ale na pewno przebija ona „9”, gdyż przynajmniej z tego seansu wyszłam z uśmiechem na twarzy. Oczywiście – jest to pozycja dla dzieci, toteż każdy, kto liczy na poważną intelektualnie wymagającą opowieść, może sobie „Klopsiki” odpuścić. Film niczego nie udaje. Opowiada o jedzeniu spadającym z nieba, a jego zadaniem jest dostarczyć widzowi 80 minut kolorowej rozrywki. Wywiązuje się z niego całkiem sumiennie.

komentarzy 11

  • i sobie przypomniałem właśnie, że poza kawą też coś jeść powinienem…
    Filmu nie oglądałem i mnie nie pociąga. Wystarcza mi kolorowe trailery jakie już widziałem. A 16 zł zamiast biletu przeznaczę na zestaw w burger kingu. Albo kilka zestawów pierogów w złotej kurce.

  • Filmu nie widziałem, ale parę tygodni temu rano po imprezie zapuściliśmy ze znajomymi trailer „Klopsików”. Łomatko, jaka poprana, psychodeliczna jazda! Całość wygląda jak jakiś grzybowy trip:

    klik klik

  • A ja film widziałem i powiem, że całkiem dobrze się go ogląda.
    Jak napisała Zuza – historia prosta jak konstrukcja cepa ale i w tej prostocie tkwi urok całej opowieści.
    Nic ambitnego, nic powalającego, lecz mimo to można zobaczyć.

  • @ asu: z burger kinga to tylko potrójne whoopery :lol:

    mnie po Epoce lodowcowej w 3D zafascynowało 3d, więc może się przejdę. Trejler w 3d był fajny.

  • O przebicie ‚9’ to akurat nietrudno. Nadal nie pojmuje jak z dobrej krótkometrażówki można zrobić tak beznadziejny film (do którego w dodatku rękę przyłożył Burton :< ).

    Za to 'Klopsiki' mnie nie pociągają, może dlatego, że za nimi nie przepadam. W zamian za to wybiorę się na 'Up', które zapowiada się prawie tak dobrze jak 'Wall-e'.

  • @qba potrójne? prawdziwi faceci zaczynają od popiątnych. Albo i lepiej: klik klik

    A na „Klopsiki” się najpewniej wybiorę. Miałem wcześniej iść na „9”, ale po opiniach wśród znajomych i średniej ocen na rotten tomatoes, wybiorę jednak to pierwsze.

  • @Mirzka

    Na „Up” to ja czekam od pół roku…

  • Ja to w ogóle przebrałem się za dziewczynkę i symulowałem białaczkę by obejrzeć wcześniej UP!
    (budum budum plasz!)

  • Oj Asu, leci w Twoją stronę zgniły pomidor!

    Dla mnie ten film brzmi jak jakaś amerykańska bajka ludowa – tłuste żarcie spadające na grubasów.brrr.

  • Dzięki. I dunno, bardziej mi się klopsy spodobały od Up. Scena z odkryciem bitwy na śnieżki zostanie mi w głowie na wieki.

  • tn film byl STRASZNY. olbrzymie gdaczące pieczone bezglowe kurczaki beda mi sie snily po nocach. zastanawiam sie, czy cierpialy, czy te oparzenia je bolaly czy tez bez glowy im to zwisalo. i czym gdakaly? a mrdowanie żelkow-misiaczkow? masakra.

Dodaj komentarz