Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Bękarty nuuuuuuuuuudy


film · komentarzy 80

Bękarty Wojny

Jak wiadomo, Tarantino wielkim reżyserem jest i czegokolwiek się nie dotknie, zamienia w obiekt kultu. Tym razem udała mu się rzecz niebywała: pomimo stworzenia dwóch rewelacyjnych postaci i kilku świetnych scen, „Bękarty wojny” jako całość niemożebnie nużą i są strawne jedynie dla tarantinowskich kultystów.

Fabuła filmu niemalże bezpośrednio nawiązuje do klimatu amerykańskich komiksów z czasów drugiej wojny światowej, kiedy superherosi bezpośrednio angażowali się w wysiłek wojenny i nikomu nie przeszkadzało, że Kapitan Ameryka traktuje prawym sierpowym Adolfa Hitlera. „Bękarty wojny” to kolejna odsłona fascynacji Tarantino pulpą, więc naprawdę nikomu nie powinno przeszkadzać, że żydowskie komando dowodzone przez Brada Pitta grasuje po okupowanej przez nazistów Fracji, aby na końcu zabić Hitlera. Ojej, ale ze mnie niezdara, zdradziłem zakończenie. Absurdalność fabuły nie jet żadnym problemem i tylko największe marudy mogłyby się czepiać faktu, że w czerwcu 1944 r. Hitlerowi chciałoby się przyjeżdżać do Paryża na premierę pewnego filmu Goebbelsa, gdzie byłby pilnowany jedynie przez dwóch strażników, na dodatek z Wehrmachtu a nie SS. Na swój sposób jest to jakiś krok wstecz – po latach kinowego radzenia sobie na wiele różnych sposobów z tematem drugiej wojny, Tarantino cofa nas do lat 40 i prostego obrazu złych nazistów i dobrych aliantów. Obrazu, który nie każe zastanawiać się, co, kto i dlaczego, bo w jakiś sposób adresowany jest do tych, którzy doskonale wiedzą o co chodzi, więc są w stanie przyjąć tę grę. Mimo że nie wnosi nic nowego.

Wbrew moim wcześniejszym założeniom, podjudzanym przez kampanię promocyjną, „Bękarty” nie są bardziej wybuchową i krwawą „Parszywą dwunastką” z Pittem zamiast Lee Marvina. Tak naprawdę terapeutyczny wątek żydowskich komandosów dających łupnia Niemcom jest drugorzędny i stanowi komediową przeciwwagę dla gadaniny, stanowiącej pozostałe 99,99 proc. filmu. Postacie siedzą za stołami i gadają, gadają, gadają, po 15 minutach następuje mały wybuch, cięcie, następna scena, inny stół, podobne postacie, gadają, gadają, i tak w kółko. Przez dwie i pół godziny. Stanowi to pewną miłą odmianą od pierwszej połowy „Deathproof”, kiedy to postacie gadały przez godzinę, aby następnie umrzeć. Mam trochę wrażenie, jakby „Bękarty wojny” zostały dotknięte klęską urodzaju – owszem, dialogi są cwane, czasem zabawne, z uwagą obserwuje się scenę, rozgrywając w myślach wszystkie możliwe warianty jej zakończenia, ale w pewnym momencie orientujemy się, że robimy to już któryś raz z rzędu i tracimy zainteresowanie dalszym przebiegiem wypadków.

Bękarty Wojny

Podobnie mam z absolutnie rewelacyjną postacią Hansa Landy – graną przez Christopha Waltza – to jeden z najbardziej przerażających nazistów w historii kina, chyba głównie przez to, że się tak często uśmiecha. Każde jego pojawienie się na ekranie zwiastuje kłopoty, jednakże pod koniec już tylko zerkamy na zegarek, zastanawiając się, że może by już zrobił to, co chce zrobić, bo czas iść do domu. Jego przeciwieństwem jest porucznik Aldo grany przez Brada Pitta, który mówi niewiele, ale gdy już coś powie, to jest to czyste złoto.

Czy „Bękarty wojny” są dobrym filmem? Mam wrażenie, że Tarantino pszaszarżował w swojej zabawie kliszami i konwencjami, przez co zamiast dobrego filmu mamy jeden wielki szum, z którego łatwo wyłowić pojedyncze ciekawe sceny, ale jako całość brzmi jak kakofonia. Jest chyba po prostu za długi, bo zaczyna przesycać widza gdzieś tak w połowie drugiej godziny, a finał nie oferuje nic, co usprawiedliwiałoby czekanie. Pastiszem filmów wojennych nie jest, ale trudno być przez to zawiedzionym, bo tych, i komedii wojennych, było już wiele i nie wiem, co Tarantino mógłby do tego tematu dodać poza większą ilością niemieckich czaszek pękających pod wpływem uderzeń kija bejsbolowego. W gruncie rzeczy wyszedł mu taki bardzo, bardzo długi odcinek „Allo Allo” z bardziej demonicznym Gruberem. Można obejrzeć, ale z dużym kubkiem coli w ręce, choć fani reżysera będą zachwyceni. Jak to fani.

Ja jednak jakoś nie mogę zapomnieć następującej sceny: hitlerowcy oglądają w kinie film o dzielnym snajperze, który sprowadza się do trzystu scen śmierci alianckich żołnierzy. Naziści się cieszą i przeżywają, a my się z nich śmiejemy, że są takimi debilami, aby podniecać się tak głupawym filmem. A zaraz po niej następuje kolejna scena, w której to Bękarty strzelają do stłoczonych Niemców i dziurawią twarz Hitlera na sito. I widownia się śmieje. Ale już ta prawdziwa. Ciekawe tylko, czy z siebie?

film

komentarzy 80

  • też miałem to wrażenie – z czego sie śmiać, że ginie człowiek?

    pitt faktycznie

    świetna scena z udawaniem Włochów.

    najbardziej mnie mierził wątek z Francuzką i jej niemieckim adoratorem.No a Landa demoniczny, ale chyba przejął 40% linii dialogowych filmu.

    Zgadzam się – za dużo gadania. mimo że ciekawego treściowo, to przy takim natężeniu nudzącego widza siłą rzeczy.

  • Byłem, zobaczyłem, zgadzam się ze wszystkim w recenzji co nie wyraża emocji na temat filmu ;)

    Na „Bękarty” jako film warto wydać te 15zł w kinie tylko żeby zobaczyć Brada Pitta (Aldo) i Christopha Waltza (Lando), którzy pokazali kawał dobrej gry aktorskiej.

    Fakt jest faktem że ten obraz jest mocno gadany – naprawdę jest mało Bękartów, dużo całej reszty. Ale z kolei dialogi są dość sprytne, cały czas zmuszają do zastanawiania się jak bohaterzy wyplączą się z gier słownych, ew. do czego zmierza Hans Lando. Lub innymi słowy: zwyczajnie mnie nie znużyły. A dość groteskowe podejście do tematu drugiej wojny jako takiej też ma swój urok.

    Podsumowując, żeby nie powtarzać Twojej recenzji – moim zdaniem film jest dobry, dialogi mimo że długie potrafią utrzymać w kinie przez 2.5h, całość jest miłą odmianą od normalnie serwowanych w kinie obrazów, a dwie świetne kreacje z filmu usprawiedliwiają ewentualne niedogodności związane z dialogami czy szaloną fabułą. Taka jest przynajmniej moja opinia.

    Ale ja jestem fanem ;)

  • E, zupełnie się nie zgadzam (mimo że nie jestem „tarantinowskim kultystą”). Bawiłem się świetnie i przez te 2,5h miałem non stop uśmiech na twarzy i 2,5h po seansie również.

    Dialogi przednie – jak to u Tarantino, nie nużą nic a nic. A to rozgrywanie w głowach widzów wszelkich wariantów o którym piszesz, jest dla mnie megaplusem tarantinowskich filmów – zastanawiasz się w którą stronę Q. pójdzie, co wymyślił tym razem a i tak zazwyczaj nie trafiasz.

    Dla mnie bomba i jak wyjdzie na DVD to kupuję od razu.

  • Na film wybieram się w weekend i mam pewne obawy, bo właściwie trzy ostatnie filmy Tarantino to było przynudzanie.

  • Zgadzam się z arczem. Świetne kino, 2,5 godziny minęło momentalnie. Jak dla mnie najlepszy Tarantino od czasu „Pulp Fiction”.

  • Jak dla mnie najlepszy Tarantino w ogóle. A też nie jestem tarantinowskim fanbojem – Deathproof i Jackie Brown mi się nie podobały. Do Pulp Fiction mam nieco zastrzeżeń.

    Ale napisałem moje zdanie gdzie indziej, więc nie będę już wzniecał flejma.

  • Podtrzymuję się wypowiedzi Arcza: film przedni. Wszystkie dialogi świetnie poprowadzone, nudy nie odczuwa się nawet na moment. Powiem więcej, gdyby film był o godzinę dłuższy o sceny z Bękartami to jeszcze wyżej bym go oceniał. Ale i tak warto udać się do kina. Dla włoskiego akcentu Pitta, scen z Lando, muzyki i naprawdę świetnie ułożonych dialogów. Tarantino w szczytowej formie.

  • Okrutny Szubrawiec

    Dzięki za spoiler okrutny człowieku:)
    Na szczęście wszyscy w mediach tak podkreśłali, że nie chcą spoilować tego końca, że można i tak było domyśleć się o co chodzi. Niemniej recenzji nie piejącej nad tym filmem wyczekiwałem niczym kania dźdźu więc za to tym bardziej dziękie;)

  • Parafrazując kwestie z filmu: Zarówno Twojej recenzji, jak i recenzji Gonza mówię „Bravo!”. Hałewer ja również wyszedłem z kina zadowolony. Może dlatego, że uwielbiam to Tarantinowskie przynudzanie.

  • Pierwszy film od dawna na którym byłem i zostałem w 100 procentach usatysfacjonowany:). Swietna rozrywka. Polecam serdecznie i z całego serca.

  • Okrutny Szubrawcze: tak naprawdę zakończenie jest nieco później i na inny temat :)

    Dla mnie najlepszym Tarantino jest druga połowa Deathproof – są i świetne dialogi i wartka akcja. Byliśmy w kinie w piątke – z Gonzem, Olą, Łukaszem i Radkiem i wystarczyło po seansie jedno spojrzenie i wszyscy prawie, że jednocześnie powiedzieli „ale czerstwe” :)

    To pisałem ja, Konrad, z komputera Marty

  • A ja bardzo nie lubię zabiegu pseudobiektywizacji recenzji poprzez stosowanie przez recenzenta liczby mnogiej: „tracimy zainteresowanie dalszym przebiegiem wypadków”, „jednakże pod koniec już tylko zerkamy na zegarek”, „zaczyna przesycać widza gdzieś tak w połowie drugiej godziny”…
    Każde z tych stwierdzeń jest z mojego punktu widzenia bzdurą.

    Co do fragmentu „Naziści się cieszą i przeżywają, a my się z nich śmiejemy, że są takimi debilami, aby podniecać się tak głupawym filmem” – ja nie śmiałem się z tego, że Niemcy są podniecającymi się głupim filmem debilami. Bo w tej scenie w ogóle nie chodzi o Niemców i film „Duma narodu”. Następne zdanie dało mi nadzieję, że wątek zostanie pociągnięty, ale uśmierciłeś go, Konradzie, szybko i przerażająca słabą „płętą”. Bardziej efekciarską niż film Tarantino.

    Polecam na przyszłość wyjść poza tę zewnętrzną, najbardziej oczywistą warstwę filmu. Recenzentowi to nie przystoi.

    “Dla mnie najlepszym Tarantino jest druga połowa Deathproof – są i świetne dialogi i wartka akcja.”

    To ja już nie mam pytań.

    “Byliśmy w kinie w piątke – z Gonzem, Olą, Łukaszem i Radkiem i wystarczyło po seansie jedno spojrzenie i wszyscy prawie, że jednocześnie powiedzieli “ale czerstwe” :)”

    No, to jest argument.

  • No, powiedzmy, że nie „najlepszy”, a „najlepiej się bawiłem”.

  • Szymonie, a zatem – dlaczego „Bekarty” to dobry film?

    A puenta Konrada godna puenty Tarantino – przypominam – „chyba wyszlo mi arcydzielo”.

    A „Bekarty” najnormalniej nudza. Wiecej – pozniej.

  • Dla mnie to film roku – nie mam pojęcia w którym miejscu mógł on znudzić kogokolwiek. Perełka w morzu gówna – jedyny film od bardzo dawna, po zakończeniu którego cała sala w kinie wstała i zaczęła klaskać (łącznie ze mną:). Tarantino jest jak wino.

  • Idę na to w przyszłym tygodniu, więc z przeczytaniem recenzji wstrzymam się do tego czasu.

  • Jako gość, dla którego druga część Kill Billa zjadała pierwszą i który klaskał( z całą salą) po Deathproofie spodziewam się po Bękartach… tylko najlepszego.

  • Na naszym seansie sala klaskała tylko po scenie z King Kongiem :)

  • Napisałem krótko parę słów od siebie. Zapraszam:

    http://kaj-man.blogspot.com/2009/09/parszywe-dranie.html

  • KRYstian

    Może i nie jest to najlepszy Tarantino jakiego świat widział, ale film jest bardzo fajny. Bawiłem się świetnie, nontoper uśmiech na twarzy. Nie ukrywam, że liczyłem na coś innego, coś co mnie wgniecie w fotel i zabierze głos na następną godzinę-zamiast tego dostałem mile łechcące Tarantinowskie dialogi(nie kultowe, ale trzymające poziom) i godzinę przekrzykiwania się z kumplami na parkingu o to „któy tekst/scena była najbardziej miażdżąca”

  • Nie wiem jak się komuś mógł Deathproof nie podobać. U mnie też sala klaskała, a w końcu widziałem go 3 razy.

  • Ja tam się może jakoś niemożebnie nie jaram, ale miło spędziłem czas w kinie i daleko mi było do nuuuuudy. W przeciwieństwie do Gonza polewałem z Żyda Niedźwiedzia.

  • Najgorszy wpis na całym motywie

  • Konrad, zadarłeś z fanbojami Tarantino. Teraz zrobią Ci z dupy jesień średniowiecza.

  • @DeBe: uzasadnij. Zamiast pretendowac do najgorszego komenta na motywie.

  • gruberson

    „są strawne jedynie dla tarantinowskich kultystów”That’s fine with me. Dalej nie czytam coby sie nie wkurwiac

  • hm a ja mam zagwozdkę, bo film chciałem zobaczyć, ale nie dla Tarantino, który chciał mnie zabić przenudnym „Kill Billem”, tylko dla Pita. Teraz, po tym tekście Konradha jakoś się boję.

  • Przenudny „Kill Bill”… Paradne, paniczu Bruce.

  • ależ proszę Albercie ;-)i bądź tak łaskaw podaj mi piwo

  • Też biłem brawo na Death Proof.
    Moim zdaniem film świetny. Bardzo Tarantinowy. Lubię jego dialogi, więc mi w zupełności nie przeszkadzało, że w filmie gadają. Lubię jak gadają (co można wywnioskować po moich komiksach, gdzie bohaterowie stoją naprzeciwko siebie i mówią).
    Rob ma rację. Zadarł konrad z fanbojami Tarantino i teraz będziesz miał to co ja miałem na The Movie z mangowcami, kiedy raczyłem napisać, że Appleseed był niemiłosiernie chu… słaby.
    Ja ani przez chwilę nie zerknąłem na zegarek. A co więcej w pewnym momencie zapomniałem zupełnie, że na kolanach mam nachos z sosem serowym, który całkowicie wystygł, bo przypomniałem sobie o nich dopiero na napisach końcowych. Więc dla mnie rewelacja.

    Jezu, jeżeli “Kill Bill” był przenudny, to radzę Ci nie oglądać już nigdy żadnego filmu. Bo możesz na którymś z nudów umrzeć.
    No chyba, że na Transformers 3. To może Cie zadowolić.

  • Bele sprzedawczyku, sam przyznaleś za kulisami, że film ma dłużyzny! – konrad

  • r. sienicki a czy ten drugi tekścik to kopiujesz za mangowcami? Też Ci to napisali?

  • Przyznałem, że ma dłużyzny, ale nie przyznałem, że mnie one bolały, KondzioMarto.
    Rozmowa z francuzem na początku była długa. Ale rewelacyjna.

    @znikt: Nie, tego mi nie napisali. Bo nie pisałem, że Appleseed był nudny. Napisałem, że był “ch…”, więc analogicznie zwyzywali mnie od “głupich ch…” ;)

  • aaa rozumiem. A co do filmu, to nie prowokacja, on mi się naprawdę nie podobał.

  • Ależ ja żadnej prowokacji nie sugeruję (tak tylko z nudów zaczepiam). Szanuję, że są różne gusta.
    Konradowi od razu po obejrzeniu napisałem, że film mu się nie spodoba, bo jest długi i przegadany. Dla mnie to akurat była zaleta. :)

  • Mi się podobało bardzo. „Przegadany” film?- A może reżyser chciał, żeby to był film przede wszystkim „mówiony”? A skoro tak, to może po prostu treść dialogów do Ciebie nie trafiła i znudziła? Ciężko mi to jednak zrozumieć. Mnie te gadki wciągały bez reszty, a najbardziej fascynujące było to, że dialogi z udziałem Landy były tak cholernie ironicznie i bezwglednie inteligentnie poprowadzone z jego strony, wow! On bawił się w kotka i myszkę z rozmówcami, miałem wrażenie, że po dwóch zdaniach doskonale wiedział „co i jak” i prowadził rozmowę jak chciał. A Aldo i jego akcent?

    No do mnie to poczucie humoru trafiło w 100%, a nie jestem absolutnie fanem Tarantino- Pulp Fiction trafiało do mnie długo i gdyby nie Bruce Willis…

    Myślę, że czasami bardzo złymi hasłami rekalmuje się filmy i potem ciężko być bardziej zen i oglądać film bez filtra typu „Bękarty” są bardziej wybuchową i krwawą “Parszywą dwunastką” z Pittem zamiast Lee Marvina”.

    gdyby mnie ktoś spytał, poleciłbym w ciemno. Również kandydat do kupienia na DVD.

  • kamionek

    podobało mi się.

  • po pierwsze:
    dziwię się, że argumentem na NIE jest przegadanie. dla mnie to oczywiste, że filmy Quentina sa przegadane. Jego pierwszy reżyserowany film to teatr telewizji gdzie jeden chłop leży i gada, a drugi nad nim stoi i gada. Pulp Fiction to film gdzie czarny i biały łażą i gadają, Death Proof to przez 3/4 filmu gadanie, gadanie, gadanie, gadanie
    , w jego filmach tylko gadają i stawiaja przecinki strzałami. Prawdziwy Romans – scena z przesłuchaniem ojca – ja wiem czy krótsza od tej pierwszej sceny Bekartów?

    gadanie nie jest wada tego filmu. nie w gadaniu jest pies pogrzebany.
    ten film jest zwyczajnie nudny. nie rozwleczony, nie przeciągany tylko nudny. chciałem zobaczyć skalpujących żydów (pokazali kilka scen) a dostałem jakieś alo alo na poważnie. coś o jakimś kurwa kinie. łotafak?

  • ramirez82

    A ja zupełnie nie rozumiem tej recki. Dla mnie, obok Strażników, czy Wrogów Publicznych, to najlepszy film tego roku. Ani sekundy nudy. Wciągająca historia, świetne postacie i poczucie humoru które do mnie trafia. Tarantino w najlepszym stylu.

  • „…może by już zrobił, to chce zrobić, bo czas iść do domu.” literówka.

  • @znikt – na drugi raz sprawdź jak się nazywa postać, którą parodiujesz… :)

  • „Tarantino cofa nas do lat 40 i prostego obrazu złych nazistów i dobrych aliantów”
    Nie zgadzam się. Zauważ, że rola bękartów sprowadzała się do zdejmowania skalpów, wycinania sfastyk na czole, wtykania palców w rany i rozwalania ludzi z bejsbola. Niemcy, może faktycznie nie byli pozytywni, ale w przeciwieństwie do żydowskich robotów-zabójców, byli przedstawieni bardziej ludzko. Temu urodził się synek, ten się zakochał, a innememu zachciało się gumy podczas seansu :).

  • To ja tylko w biegu przyznam się, że też się raczej nudziłem, spodziewałem się więcej i bardziej, przegadywanie T. nie pasuje mi do tej konwencji i w ogóle to zupełnie nie mój film (w przeciwieństwie do klasycznego przygodowego kina wojennego sprzed dekad). Ale właśnie wróciłem z festiwalu w Gdyni i naprawdę żal nad Tarantinem to przy polskiej kinematografii mały pan pikuś jest.

  • Pulp Fiction, Death Proof – może ten reżyser po prostu tak ma?
    Mi podobało się bardzo, ale ja ogólnie lubię jego filmy, i filmy w ogóle.

  • JAPONfan

    Znaczy co? zrobili gadana wersje Metal Slug? Biore to!

  • „A zaraz po niej następuje kolejna scena, w której to Bękarty strzelają do stłoczonych Niemców i dziurawią twarz Hitlera na sito. I widownia się śmieje. Ale już ta prawdziwa. Ciekawe tylko, czy z siebie?”
    Ja się śmiałem, ale nie z siebie, tylko z grubymi nićmi szytego nawiązania do Skarface’a.

    PS. Nie płakałem po papieżu, klaskałem po Death Proof.

  • Excusez-moi, Scarface’a. Gupia literufka.

  • @ Soll: ot co, bardzo trafnie to ująłeś. Naziści są pokazani jako ludzie z krwi i kości, zwyczajni obywatele, inteligentni ludzie, ze wszystkimi codziennymi troskami.

    Skoro „przegadanie” to cecha filmów Tarantino, i o tym wiedzieli wszyscy przed pójściem na film, to dlaczego niektórzy się nudzili? bo dialogi były nieciekawe? I żeby było jasne, ja nie chcę niczego tym „nudzącym się” udowadniać, tylko próbuję zrozumieć skąd takie reakcje u Was.

  • Widziałem film wczoraj i jak dla mnie to najlepszy Tarantino od czasu „Pulp Fiction”. Trochę się obawiałem, bo po całkiem udanym „Jackie Brown” forma reżysera wyraźnie zniżkowała. „Kill Bill” był moim zdaniem przeciętny, a „Death Proof” jeszcze gorszy. Na szczęście to co dostałem wczoraj zupełnie mnie usatysfakcjonowało. Napakowane pastiszem poszczególne sceny „Bękartów…” to majstersztyki. Tarantino to jednak geniusz i chyba wyszło mu arcydzieło.

  • Ja tam nie czytałem tego co napisaliście u góry gdyż dopiero wybieram się do kina:)
    Chciałem tylko powiedzieć że jestem cłakowicie bezkrytyczny jeśli chodzi o Tarantino po Kill Bill i P.F. Pitta też uwielbiam więc to po prostu musi byc dobry film.
    Łukaszu gdzie ta obiecana lista premier MFKowych?;)

  • A tak na marginesie, to czemuś Konradzie zdradził zakończenie? Ja rozumiem, że film Ci się nie spodobał, ale było nie było zakończenie jednak zaskakuje – choć zgadzam się iż nie jest najważniejsze.

    Czy odebranie czytelnikom zabawy z filmu to taki przewrotny protest przeciwko fanbojom Tarantino? „A macie, nie będziecie się tak dobrze bawić na Bękartach jakbyście chcieli, podłe fanboje!”

  • pstrąg: scena ze śmiercią Hitlera to nie jest zakończenie, no wybacz.

    qba: to, że w filmie ciągle gadają nie jest wadą, po prostu w „Bękartach” mnie to znudziło – w poprzednich filmach Tarantino, poza wspomnianą pierwszą połową „Deathproof”, nie miałem z tym problemu.

  • Ja tam się cieszę, że nie czytałem tego tekstu przed filmem, bo to czy dopadną Hitlera czy nie, nie było takie jednoznaczne, a interesujące :)

  • Konrad – scena ze śmiercią Hitlera jest zakończeniem głównego wątku, no wybacz. Fakt, że później jest jeszcze jakiś epilog niewiele zmienia. Miałem nieszczęście przeczytać jakiś tekst w Wyborczej zanim poszedłem na film, w którym ktoś podobnie jak Ty myślał, że zakończenie jest nieważne i pamiętam, że byłem bardzo wkurzony i rozczarowany.

  • No cóż, dla mnie nie jest. Nie wiem czy grałeś już w „Batman: Arkham Asylum”, ale uważaj – Batman wygrywa.

  • Konrad pisze: „aby na końcu zabić Hitlera. Ojej, ale ze mnie niezdara, zdradziłem zakończenie.”

    Jak pisze o tym Konrad to jest zakończenie, jak pisze o tym Pstrąg to już nie jest?

    Nie wiem jak dla Ciebie, ale dla mnie zakończenie żadnego filmu Tarantino nie jest oczywiste. I wcale bym się nie zdziwił gdyby to wszystko się inaczej skończyło. Co więcej! Tarantino właśnie na tym się opiera – na założeniu przeciętnego widza, że co jak co, ale historii drugiej wojny światowej się w filmach nie zmienia. Do tej pory to był swego rodzaju temat tabu. Tarantino to tabu łamie. Zaskakuje widza (oczywiście tego przeciętnego, nei tak świadomego jak recenzent). Ty to zakończenie zdradzasz. Swoją drogą nie wiem dlaczego, nie ciągnąłeś wątku zakończenia dalej, tekst świetnie by sobie poradził bez tego jednego zdania.

  • Pstrąg, to był żart. Skoro muszę Ci go tłumaczyć to jednak nie był wystarczająco dobry.

  • Ja wiem, że to był żart. Ale mało śmieszny dla kogoś, kto chciał obejrzeć film.

  • Nie wiem czy wytłumaczysz to Konradowi a.k.a. śmierć-Hitlera-to-nie-spoiler-bo-spoilery-dotyczą-tylko-zakończeń-a-przecież-jest-jeszcze-epilog. Gdybym nie oglądał filmu nie wiem dokładnie iloma kurwami bym rzucił, ale zapewne byłaby to moja ostatnia przeczytana ‚przed’ recka na MD.

  • Po prostu dla mnie wątek Bękartów i Hitlera jest naprawdę drugorzędny w tym filmie i jedynie kampania marketingowa tak go rozdmuchała.

  • A ja nie wiem – jakoś od początku było dla mnie jasne, że oni tego Hitlera zabiją. Jest Hitler w takim filmie, pokazany tak a nie inaczej… to raczej wiadomo, do czego to wszystko dąży. Ale to może ja tylko.

  • Konrad – nie zgadzam się, że to wątek drugorzędny.
    Łukasz – fakt, domyślasz się, że Hitler zginie. Ale jeżeli nie jesteś tego pewien, to zadajesz sobie pytanie, czy Tarantino odważy się aż tak zakpić z historii. Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująca. Jest częścią magii tego filmu.

  • Nie widzę w tym żadnej odwagi. Odwagą by raczej było pójście na drugi biegun. Hitler wygrywa, a Europa się cieszy, mówiąc mu „danke”. Oba rozwiązania efekciarskie.

  • Dzięki za spojler zarówno benkartów jak i Deathproof.

  • czy dalo sie przewidziec,ze hitler zostanie zabity czy nie, nie ma znaczenia, spoiler spoilerem pozostanie.

  • Maciej – jeżeli nie widziałeś „Deathproof” to już wyłącznie Twoja wina. Film już ma jednak trochę i nie powinno dziwić, że jak jest wywoływany w takich okolicznościach, to się pisze więcej niż w materiałach promocyjnych. Ojcem Luke’a jest Darth Vader.

    Natomiast jeżeli chodzi o „spojlery” – dla jednych coś będzie spojlerem, dla innych nie. Bardzo nam przykro, że będziecie mieć teraz nocne moczenia przez tekst na MD, ale chyba musicie się z tym pogodzić – gdy się o czymś pisze nie sposób nie napisać o pewnych rzeczach, szczególnie, gdy chce je się w taki a nie inny sposób ocenić. Nigdzie też nie mamy napisane „piszemy bez spojlerów”. Tak, czasem się zdarzają. Więc zamiast krzyczeć „spojler! spojler!”, pójdźcie do kina i napiszcie, co sądzicie o filmie, bo domniemany „spojler” nie jest tak naprawdę ważny. Takie rzeczy, które naprawdę mogłyby Wam popsuć ewentualną zabawę, w tekście nie wystepują.

    EOT. Zapraszam do dyskusji o filmie.

  • Wybacz, ale po ilu miesiącach (latach) spojler przestaje być spojlerem?

    Przykład z Ojcem Lucka jest nieadekwatny.

  • > Maciej – jeżeli nie widziałeś “Deathproof” to już wyłącznie Twoja wina

    Co to za argument z dupy?

    > dla jednych coś będzie spojlerem, dla innych nie

    WTF? Widzę, że macie ogólny problem z przyznawaniem się do oczywistych wtop z Waszej strony i tendencję do odwracania kota ogonem taplając się w swojej zajebistej nieomylności. Jeżeli coś psuje jakikolwiek element zaskoczenia w filmie to jest to spoiler. EOT. Finito. Arrivederci. Dla mnie śmierć Hitlera do końca była niepewna – i w pompie mam to, że zaraz po niej nie było napisów końcowych.

    > gdy się o czymś pisze nie sposób nie napisać o pewnych rzeczach

    Przeczytałem kilkanaście recenzji IB. Tylko MD był tak inteligentny inaczej, żeby zepsuć komuś jeden z kulminacyjnych wątków filmu.

    > Nigdzie też nie mamy napisane “piszemy bez spojlerów”

    A tu już robisz się żałosny. Mam prawo zakładać, że spoilery się nie pojawią – ogólnie przyjętą zasadą jest oznaczanie/ukrywane ich w odpowiedni sposób.

    > o domniemany “spojler” nie jest tak naprawdę ważny

    Zapomniałeś dodać „IMHO” (bo to zajebiście subiektywna opinia i chyba tylko Wasza dwójka ją podziela), a to „domniemany” zostawię już bez komentarza.

  • Łukasz, no nie. Zgodzić się z Tobą nie mogę. Po pierwsze – tak dużych spojlerów w recenzji być nie powinno, po prostu. A ten spojler jest, drogi Łukaszu, gigantyczny. Zapomnijmy przez moment, że to postmodernizm, Quentin Tarantino i zabawa kinem. O co w prostackim skrócie chodzi w filmie? O próbę zabicia Hitlera, no i Konrad pisze, że „nie musicie oglądać, Hitler umiera”. Ja rozumiem, że można zdradzić zwrot akcji w środku filmu, bo np ciężko bez tego streścić fabułę, ale nie pisze się o ostatnich 5 minutach. A po drugie – spojler byłby do wybaczenia, gdyby naprawdę wnosił coś do tekstu (np gdyby Konrad skupił się na interpretacji tego zakończenia czy coś). A ten tekst byłby dokładnie taki sam bez tego jednego zdania.

    Co do Deathproof to się z tobą zgadzam. Maciej – umówmy się, że okres ochronny spojlerowania trwa góra rok, nie można wiecznie wszystkiego trzymać w tajemnicy.

  • @m010ch: „Co to za argument z dupy?” – nie wiem, czy z dupy, pstraghi się zgodził.

    „Widzę, że macie ogólny problem z przyznawaniem się do oczywistych wtop z Waszej strony i tendencję do odwracania kota ogonem taplając się w swojej zajebistej nieomylności. […] Dla mnie śmierć Hitlera do końca była niepewna – i w pompie mam to, że zaraz po niej nie było napisów końcowych”. – może. A może mylisz nas z sobą. Zluzuj. A jak dla kogoś śmierć Hitlera była zaskoczeniem, to średnio zna QT, średnio kojarzy… nie wiem. To było oczywiste. Widocznie inaczej patrzymy na popkulturę. Chyba to, że inaczej patrzymy na popkulturę jest przyczyną tego, że wciąż piszemy na Motyw, podczas gdy inne blogi upadają. Musiałem o tym wspomnieć, bo jesteśmy zajebiści, co już ustaliliśmy.

    „Przeczytałem kilkanaście recenzji IB. Tylko MD był tak inteligentny inaczej, żeby zepsuć komuś jeden z kulminacyjnych wątków filmu”. – Ten film nie miał kulminacyjnego punktu. A nie, zaraz, miał – gdy QT spuszczał się po raz enty, jaki jest zajebisty.

    „A tu już robisz się żałosny”. – Bardzo proszę, trzymaj pion. Oczywiście, że masz prawo zakładać. Inną rzeczą jest, czy Twoje założenia się sprawdzą.

    m010ch, cieszyłbym się, gdybyś używał mniej agresywnego tonu. W innym wypadku będę moderował. Wiem, że masz prawo oczekiwać, że nie będziemy moderować, ale my nigdzie nie mamy napisane „nie moderujemy” (po prostu do tej pory tego nie zrobiliśmy). Ja mam prawo oczekiwać, że czytelnicy nie będą mi pisać „jesteś żałosny” albo „żal.pl”, bo tak gadać to ja nie będę. Ogarnij się i naucz się od pstraghiego, jak prezentować swoje racje.

    @pstraghi: mamy po prostu inne podejście. Ja żyję w świecie bez spojlerów, nie drę szat, gdy ktoś mi zdradzi jakiś urywek fabuły. Była kiedyś taka sytuacja, że na jakiejś imprezie Produktywnych zdradzono mi ścisłe zakończenie pewnego komiksu (spojer brzmiał „święty zabija boga”), którego byłem/jestem wielkim fanem. Oczywiście na początku byłem lekko wkurzony, ale okazało się, że potrafiłem sobie jakoś zresetować to wszystko, a ów „spojler” został przekuty w żart, z którego śmiejemy się do dzisiaj. Nie wiem… mamy inaczej mózgi skonstruowane, nie dogadamy się ;). Spojler z Hitlerem do gigantycznych nie należy, bez kontekstu nie oznacza nic. Zresztą – gdy dowiedziałem się, że w filmie jest Hitler, a „QT zakpił z historii”, było to dla mnie dość jednoznaczne, co się stanie. Nie jak się stanie. Pewnie to był szczęśliwy traf z mojej strony, ale dalej uważam, że nikt inteligentny nie powinien się obruszać na taki spojler (tak, bardzo ładny chwyt erystyczny, wiem, byłby jeszcze ładniejszy, gdybym o nim nie pisał). Tak czy siak – nie dogadamy się, bo dla mnie sam fakt, że Hitler ginie, się jakoś nie łapie do kategorii „gigantyczny spojler”, łapie się do tej samej kategorii, co gdybym napisał, że Aldo wycina faszystom swastyki na czole. O. Napisałem to.

    Fajnie, że wiesz o co mi biega z „Deathproof” :*.

    Żeby nie było – doskonale wiem, o co Wam chodzi z „łoboże spojler”. Po prostu nie podzielam takiego podejścia, bawi mnie ono itede itepe. Mam nadzieję, że zawiedliśmy Was ostatni raz. Postaramy się ograniczyć takie wtręty, chociaż nie widzimy w nich nic złego. Naprawdę.

  • Ej, ale dlaczego okres ochronny ma trwać tylko rok? Nawet w ogólnodostępnej TV jeszcze takiego filmu zazwyczaj nie puszczają w tym czasie.

    Umówmy się, że spojlerujemy klasyki w stylu „Ojca Lucka” a nie jeden z filmów, którego się jeszcze nie zdążyło obejrzeć w nawale tysięcy innych dzieł kinematografii.

  • martasz

    Maciej: to jak kiedyś wreszcie znajdziesz czas aby sięgnąć po „Deathproofa”, to sobie zobaczysz, jaki to był spoiler. Żaden.

  • okej przeczytałem tekst przeczytałem wątek
    filmu nie widziałem
    chciałem przeczytać coś co nie jest peanem

    i ktoś mi tu solidnie zjebał wszystko…

  • pierwszy raz od niepamietnych czasow zgadzam sie z recencją na motywie. widzialam trailerzyk i spodziewalam sie milej papki i hektolitrow krwi jak w kill billu. dostalam duzo gadania,g adania, gadania. nigdy nie lubilam quentina za jego dialogi, ale kiedy jest ich miej, jakos moge przelknac film. no ten jest nie do przelkniecia. az chyba zrobie recenzje, bo cos mnie ostatnio malo ludzie nienawidzą.

  • A ja powtórzę to co pisałem już kiedyś. Jeśli czytasz recenzje (i komentarze pod nimi) to musisz się liczyć, że ktoś wyjedzie ze spoilerem. Czytasz na własną odpowiedzialność!
    Mnie spoilery nie robią, dlatego często z kmh mamy małą wojnę spoilerową.
    Więc mówiąc wprost – nie chcesz mieć spoilera? Nie czytaj pieprzonych recenzji!
    HITLER UMIERA! ZABIJA GO ELI ROTH. ROBI MU Z TWARZY „HOSTEL 2”!

    Dla tych co nie widzieli filmu polecam nie klikanie w „czytaj więcej” tylko pozostanie przy wstępie, który w prosty sposób przedstawia punkt widzenia kmh.

    Proste.

    Chociaż jak już ochłonąłem to muszę stwierdzić, że jeśli recenzja zawiera jakieś spoilery, to można to zaznaczać w nagłówku. To tak na przyszłość, żeby Ci mniej odporni na spoilery znowu się nie zawiedli. :)
    Bo nie wszyscy są jak ja – ja czytam recenzje po filmie, aby zobaczyć co inni o nim sądzą, a nie żeby zdecydować czy warto iść czy nie.

  • r.sienicki – tak, w zasadzie bym się z Tobą zgodził, gdybyśmy mówili o prawdziwych, krytyczno-literackich recenzjach, w których analizuje się poszczególne elementy dzieła filmowego. Ale nie mówimy. Większość z tego co wszyscy robimy na swoich stronach/blogach/twitterach/serwisach/bóg wie gdziejeszcze, i co robi się na co dzień w papierowej prasie to nie recenzje, a poradniki z cyklu „czy wydać 20 złotych na bilet do kina”. Ten tekst też takim poradnikiem jest. I zamiast dać odpowiedź – nie, nie warto, bo to kiepski film jest; daje odpowiedź – nie, nie warto, bo mogę ci opowiedzieć zakończenie.

  • No cóż, będę miał nauczkę na przyszłość, aby lepiej dobierać słowa w następnym tekście. Tonem przeprosin, wszystkim urażonym faktem, że wspomniałem o śmierci Hitlera, dedykuje recenzje z „Naszego Dziennika” z następującym fragmentem:

    Widz może poczuć się zawiedziony, że dzielni żydowscy komandosi nie zabili Hitlera, ale, kochani, nie wszystko na raz. Będą na pewno następne arcydzieła z tej samej stajni.

    To co, zgoda?

  • A mi się ten film zajebiście podobał… :)

  • zwracam honor- to nie miało znaczenia- spoilerowanie w sensie

    film doskonały z drobnymi rysami
    jakby się chcieć przypierdalać to pewnie można by dojśc do tych samych wniosków co Konrad

    tylko po co?

Dodaj komentarz