Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Millennium, tomy pierwszy i drugi


książki · komentarzy 10

Millennium
Fragment okładki pierwszego tomu trylogii.

Żadnemu miłośnikowi kryminałów nie trzeba polecać trylogii „Millenium” Stiega Larssona – jeżeli jeszcze jej nie przeczytał, to na pewno czytał masę pochlebnych recenzji (m.in. w „Przekroju”, „Dzienniku” i „Rzeczpospolitej”). Publicyści pieją z zachwytu nad kunsztem pisarskim autora, który stworzył galerię świetnych, prawdziwych postaci, w tym coś, co nie udało się do tej pory nikomu od czasów Agathy Christie – kobiecą bohaterkę kryminału. Akcja poprowadzona jest tak dobrze, że uprawdopodabnia wszystkie sensacyjne elementy powieści – współcześni naziści, rodzinne sekrety, hakerka na światowym poziomie, milionowe przekręty gospodarcze (w tym w Polsce), tajni agenci GRU, gangi bajkersów – to tylko część tego, co Larsson wplata w swoje książki. I wszystko razem wspaniale gra! Ale poza niewątpliwymi walorami rozrywkowymi „Millenium” ma także ciekawy wymiar socjologiczny.

Każda z dotychczas wydanych części – „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” i „Dziewczyna, która igrała z ogniem” – opowiada odrębną historię. To właśnie tym dwóm opowieściom słusznie należy się etykietka „kryminał”. W pierwszej zastanawiamy się nad zniknięciem Harriet Vanger. Zagadkę sprzed lat próbuje rozwiązać Mikael Blomkvist, dziennikarz pogrążony w chwilowych kłopotach zawodowych. Pomaga mu Lisbeth Salander, researcherka o wzroście metr pięćdziesiąt cztery, która w wolnych chwilach uprawia boks i włamuje się do cudzych komputerów. O ile ta intryga mieści się jeszcze w granicach prawdopodobieństwa, a autor skupia się na samej akcji, lekko tylko kreśląc wzajemne związki i przeszłość bohaterów, to w drugiej części zaczyna się prawdziwy hardkor. Oraz to, co można by nazwać powieścią obyczajową, naciągając ten termin tylko nieznacznie.

Stieg Larsson
Stieg Larsson we własnej osobie.

Tamże dochodzenie dotyczy siatki przemytników kobiet, a dziwny splot wydarzeń stawia Salander w samym środku akcji. Dowiadujemy się więcej o jej przeszłości, a Lisbeth mimochodem udowadnia twierdzenie Fermata. Zaznaczone tylko w poprzedniej części wątki – przemocy wobec kobiet i funkcjonowania szwedzkiego rządu – wychodzą na pierwszy plan. To w nich kryje się sekret sukcesu powieści. Larsson porusza dwie struny, które po prostu gwarantują czytelnikowi emocje. Obie zbiegają się w postaci Lisbeth Salander, czyniąc ją fenomenem popularności.

O niej samej wiadomo początkowo niewiele – jest ewidentnie dziewczyną z problemami, maskującą wygląd dwunastolatki licznymi tatuażami i piercingiem. Taka prezencja nie zapewnia jej powszechnego szacunku, wręcz przeciwnie, mało kto traktuje ją poważnie. Co jest olbrzymim błędem. Lisbeth ma fotograficzną pamięć i mózg, który z łatwością analizuje niezliczone dane. Komputery nie mają przed nią tajemnic, podobnie jak walka wręcz. Brzmi jak cyborg? Nieprawdopodobna, martwa postać? Błąd! Salander jest żywa, uzbrojona i robi to, o czym skrycie marzy wiele dziewcząt – karze mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Najpierw rozprawia się z najbardziej wyrafinowaną i ciężką do zdefiniowania formą dyskryminacji płciowej, czyli z pobłażaniem. Bycie kobietą często oznacza bycie traktowaną z łagodnym, pełnym zdziwienia dystansem, który przejawia się w porozumiewawczych spojrzeniach za plecami, w lekkich uśmieszkach, subtelnym języku ciała, który mówi: „Tak, tak, jesteś bardzo mądra, dziewczynko. A teraz daj nam porozmawiać na poważne tamaty”. Nie radzę próbować tej taktyki z Salander. Ona miażdży, w krótkich, celnych słowach ściera głupkowate uśmiechy z twarzy swoich rozmówców. Na zawsze.

A to tylko przedsmak tej mściwej, niskiej satysfakcji, którą odczuwa się, obcując z Lisbeth, kobietą, która umie się mścić – nawet, jeżeli nie jest w stanie obronić się przed gwałtem. Kiedy Larsson w porażających detalach opisuje los człowieka, który skrzywdził Salander, nie można nie odczuwać jakiejś perwersyjnej radości, nie można stłumić poczucia, że to właśnie należało mu zrobić, a może i jeszcze więcej, chociaż działania Lisbeth są wyjątkowo dalekie od cywilizowanych zasad państwa prawa. Zagranie to trochę ze strony autora nieuczciwe, wykorzystujące pierwotne emocje i odruchy, ale trzeba przyznać, że skuteczne.

ilustracja autorstwa Marka Oleksickiego, z Przekroju
Fragment rysunku Marka Oleksickiego ilustrującego artykuł o szwedzkich kryminałach w „Przekroju”. Kliknij po całość.

W książce znajdziemy jednak coś, co jeszcze bardziej te jaskiniowe instynkty rozpali. Spisek, zgroza, jaki spisek! Szwedzkie służby socjalne zajmują się między innymi osobami z różnego stopnia upośledzeniami psychicznymi. Wiele z tych osób nie ma żadnej rodziny, wyznacza się więc opiekuna prawnego. W zależności od rodzaju nieprzystosowania, taki kurator ma mniejsze lub większe uprawnienia. Jak to możliwe, że Lisbeth Salander, w zupełności sprawna intelektualnie – a nawet więcej przecież niż sprawna – jest ubezwłasnowolniona od 14 roku życia i nie może nawet zarządzać swoimi pieniędzmi? Wyjaśnienie tajemnicy jest nie tylko sensacyjne, ale także tak rażąco niesprawiedliwe, że czytelnikowi ze złości gotuje się krew, a opinia Salander na temat szukania sprawiedliwości w strukturach państwowych staje tym bardziej uzasadniona. Przypominam, że Larsson jest świetnym pisarzem, więc uwierzenie w przedstawioną przez niego intrygę, w której macza palce każda instytucja teoretycznie chroniąca obywateli, jest zwodniczo łatwe. I znów wraca ta dziwna satysfakcja, gdy wszystko kończy się dobrze…

Co więc sprawia, że Larsson, mimo pewnej fantastyczności fabuły i niezwykłych zbiegów okoliczności, znacząco różni się od autora szmatławych przygodówek, Dana Browna? Pozornie przecież wykorzystuje podobne mechanizmy: teorie spiskowe, bohater obdarzony niezwykłą umiejętnością lub wiedzą… Otóż poczucie zagrożenia, jakie wzbudza w odbiorcach Larsson, jest jak najbardziej realne. Systemy sprawiedliwości i opieki społecznej w wielu państwach działają z ogromnymi błędami. Kontrola państwa nad jednostką zwiększa się z roku na rok, ale jest to bardziej kontrola nad szarym obywatelem, podczas gdy uprzywilejowani z łatwością się jej wymykają. Alarm z powodu skutków globalizacji (bo i ogromnym korporacjom się dostaje, a co!) wszczynają poważni socjologowie. Owszem, Larsson uderza w czułe punkty i wyśrubowuje poziom sensacji do maksimum, ale ciężko odmówić mu pewnej słuszności w tym kopaniu systemu. Nie ma się zatem co dziwić sympatii do skrzywdzonej dziewczyny, której udało się wykiwać wszystkich prezydentów świata.

komentarzy 10

  • kolejny tekst na motywie który zwrócił mą uwagę na jakiś tytuł, cholera, mam już długą listę zaległości, a Wy jeszcze dorzucacie, no ale po to jesteście… eh.
    chociaż przyznam, że jakoś dziwnie (przynajmniej w recenzji) powiązałeś globalizację z nadopiekuńczością państwa opiekuńczego, ale nieważne.

  • „powiązałaś”. chudeusz to ona ;).

  • Oj, przychylam sie do opinii autorki recenzji – naprawde swietna lektura! Obie czesci dostalem w prezencie i obie wciagnalem bez popity…

  • Z recenzji wygląda genialnie. Muszę to przeczytać. Koniecznie.

  • Jak na moją kieszeń to ciut drogo. Ale dopisze do listy must have w rubryce „przyszłość” ;)

  • Fajniej o wiele by się to czytało, gdyby autor nie traktował czytelnika, jak ostatniego kretyna, niezdolnego zapamiętać istotnych informacji, jeśli nie zostaną mu powtórzone co najmniej trzykrotnie, czym maksymalnie szybko psuje cała intrygę – takie ordynarne wskazywanie paluchem – ej, tu się patrz, teraz będzie ważne. Drugi minus, to maks sztampowy cały drugi plan (najbardziej idiotyczna postać w powieści – kurator), trzeci to całe ideolo podawane w sposób maks prostacki – wiadomo, że jak bogaty to złodziej i na pewno jeszcze nazista albo i jakiś perwers, a jak biedny, to lewicowiec o dobrym sercu. Jedyne, co ratuje tę ksiązkę, to styl – szybko się to czyta, nawet woda w wannie za bardzo nie stygnie. ale i tak typowa jednorazówka, do opchnięcia na allegro po jednym czytaniu. (całośc marudzenia tyczy tylko tomu pierwszego, bo na drugi już mnie nikt nie namówi:)

  • A ja miałem zacząć czytać (trochę mnie te 600 stron przeraziło), ale na wyrywki przeczytałem parę zdań i coś mi tłumaczenie jakby kulało. Na razie czeka. Ale pewnie się wezmę.

  • chudeusz

    są też fajni bogaci przecież. Pokazywanie paluchem – fakt. Pierwszy tom jest przewidywalny, drugi trochę mniej. Chociaż może się mylę, bo czytałam najszybciej jak mogłam, żeby się dowiedzieć co dalej będzie
    Kurator – dlaczego idiotyczny? Demoniczny, zły charakter itp., i owszem przesadzony, ale chyba nie można powiedzieć, że zupełnie nieprawdopodobny? Mnie się bardzo ta postać podoba, bo to jest pogranie na kolejnym ponowoczesnym strachu – że ten miły pan prawnik z naprzeciwka to tak naprawdę morderca lub sadystyczny perwers, a ty mu się kłaniasz co rano i pożyczasz od niego cukier.

  • Mnie recenzja zachęciła (komentarze ciut mniej xP), a i ładne grube tomy to są, to pewnie się zabiorę, jak przeczytam te 8 książek, któe stoi w kolejce.

  • uo, przepraszam, nie spojrzałem na nick autorki w ogóle i tak palnąłem odruchowo, jako że na motywie więcej facetów pisze. forgive me.

Dodaj komentarz