Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Sześć przyczyn, dzięki którym szósty Harry Potter daje radę


film · komentarzy 28

harrytitle
Jako zagorzała fanka książek o młodym czarodzieju z blizną na czole, uważam, że wybranie się na każdy film będący adaptacją powieści J.K. Rowling jest moim obywatelskim obowiązkiem. Dlatego też i tym razem wyruszyłam na jedyny pokaz bez dubbingu, a mając w pamięci okropne wrażenia z piątej części, przygotowywałam się na najgorsze. Spotkało mnie jednak miłe zaskoczenie – „Harry Potter i Książę Półkrwi” dał radę i, co ważniejsze, jestem w stanie wyróżnić sześć przyczyn, dzięki którym tak się stało.

Przyczyna pierwsza: Harry nie jest emo.
W książce pierwsze 600 stron to zmagania Harry’ego z depresją, smutkiem, żalem i złością po stracie Syriusza. Na byle „Dzień dobry” bohater odpowiada warknięciem, z błahych powodów czyni przyjaciołom wyrzuty i generalnie zachowuje się, jak przystało na roztrzęsionego i skrzywdzonego nastolatka. Analogicznie, w filmie Harry również powinien przejść swoją przynależną „emofazę”, ale oszczędzono tego widzom. I całe szczęście – nie jestem pewna, jak Daniel Radcliffe poradziłby sobie z tak poważnymi i emocjonalnymi scenami. A biorąc pod uwagę, że musiałaby w nich uczestniczyć również Emma Watson, całość mogłaby wyglądać dość żenująco.

Przyczyna druga: Hermiona występuje w minimalnej ilości scen.
Wspomniana już Emma Watson nie jest moją ulubioną aktorką i choć zauważyłam duży skok w poziomie jej gry aktorskiej, to wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sceny z jej udziałem są wymuszone i toporne. Na szczęście reżyser David Yates znalazł na to radę. Fragmentów, gdzie Hermiona grałaby pierwsze skrzypce jest mało i zazwyczaj są one humorystyczne. Bohaterka ma tylko jedno załamanie nerwowe i nie trwa ono długo.
felton
Przyczyna trzecia: Draco Malfoy nosi świetne garnitury.
Nie należę do osób, które piszczą na widok zdjęcia Toma Feltona w gazecie, ale muszę przyznać, że ktoś wiedział, jak ubrać nastoletnią nemezis Harry’ego. Jest to wręcz dziwne, gdyż Hogwart to typowa brytyjska szkoła z obowiązkowym mundurkiem. Ale Draco Malfoy jest typem spod ciemnej gwiazdy, który nie gra zgodnie z zasadami. W szkolnym stroju ujrzymy go jedynie parę razy – i bardzo dobrze. Odrobina elegancji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła.

Przyczyna czwarta: Romanse szkolne nie są poważnym wątkiem fabularnym.
Jedną z moich głównych obaw dotyczących filmu były zbliżające się poważne wątki romantyczne. Oczyma wyobraźni widziałam łzy, udawane uśmiechy i burzę hormonów, która miałby się rozpętać w Hogwarcie – oczekiwałam żenujących scen i kiepskich dialogów. Ku mojemu zdziwieniu wszystkie fragmenty związane z romansami szkolnymi były czysto humorystyczne – służyły jako odskocznia od poważniejszych problemów i naprawdę bawiły. Na szczególną uwagę zasługuje Jessie Cave grająca rolę Lavender Brown, adoratorki Rona. Daje ona prawdziwie aktorski popis i wywołuje salwy śmiechu na sali.
harry3
Przyczyna piąta: Fabuła została maksymalnie uproszczona.
Nie wszyscy czytali przygody Harry’ego Pottera, toteż ważne jest, aby film nie pozostawiał dziesiątek pytań i wątpliwości, na które odpowiedzieć może tylko lektura opasłych tomów. „Harry Potter i Książę Półkrwi” niemal wywiązuje się z tego zadania, pozostawia zaledwie parę pytań. Fabuła została na tyle uproszczona, że każdy, kto choć trochę wysili szare komórki podczas seansu, będzie wiedział, o co chodzi. Co więcej, widz wprowadzany jest w intrygę stopniowo, ważne szczegóły pojawiają się w odpowiednich miejscach i trudno je przeoczyć. Nie zmienia to oczywiście faktu, że niektóre sprawy są tłumaczone aż nazbyt nachalnie, a inne nie są tłumaczone wcale. Mimo to, w porównaniu do poprzedniej części, szósta jest dla nieznających książki dużo bardziej sensowna.

Przyczyna szósta: Quidditch wciąż wygląda niesamowicie.
Osobiście zawsze postrzegałam Quidditch jako najfajniejszy sport na świecie – kto nie chciałby grać w piłkę na latających miotłach? A skoro już o tym mowa, kto nie chciałby po prostu latać na miotle? Dlatego patrzenie na tę fikcyjną rozrywkę sprawia dużą frajdę, sceny z gry są bardzo dynamiczne i żywiołowe. Prócz tego, że były to ostatnie rozgrywki Quididtcha, gdyż siódma część nie obfituje w sportowe wyzwania… ale o tym sza.

film

komentarzy 28

  • Dubbingi w Potterach są straaaaaszne. Dawno takiej amatorki nie słyszałem, nawet na gwary im się nie chce wyłożyć kasy. Ech.

  • Przyczyna siódma: dubbing ;)
    byłem na seansie z tą właśnie „zmorą” filmową do której podchodziłem jak zawsze bardzo sceptycznie, ale bawiłem się naprawdę dobrze. I ciężko mi jakoś uwierzyć, że bez tego dubbingu właśnie byłoby lepiej.

  • Przed obejrzeniem „Księcia Półkrwi” nie czytałem ani nie oglądałem żadnego Pottera. No i nie było źle, choć widać, że książka była bardzo, bardzo duża, a scenarzysta bardzo, bardzo ciął :) Film to właściwie chaotyczny zlepek scen i motywów, które momentami się ze sobą łączą w jakąś tam fabułę, a momentami są luźno i niezbyt zgrabnie w strukturę scenariusza wsadzone. A zakończenie niestety w ogóle nie działa na widza – miało być smutne i emocjonalne, a niestety i ja, i koleżanka z którą byłem [przeczytała wszystkie książki i wszystkie dotychczasowe filmy] wzruszyliśmy ramionami.

    Bardzo mi się podobały zdjęcia i szata plastyczna. Nie spodobała mi się natomiast rzecz związana jakoś tam z rysem charakterologicznym tytułowego bohatera. Otóż dlaczego Harry, mając takiego fejma w swojej szkole i mogąc sobie pewnie tym samym pozwolić na każdą laskę w Hogwarcie [wiecie – najbardziej utalentowany czarodziej, wybraniec i takie tam] wybrał sobie tę najbrzydszą, z krzywymi zębami i drugim podbródkiem?
    No bo bez jaj: http://www.exposay.com/celebrity-photos/bonnie-wright-harry-potter-and-the-order-of-the-phoenix-london-movie-premiere-arrivals-06oFaA.jpg

    Aha, Helena Bonham Carter to jedna z najlepszych wiedźm, jakie widziałem w kinie [inna sprawa, że nie widziałem ich zbyt wiele]. Mimo, że pojawia sie na ekranie ledwie kilka razy, i to za każdym razem na maksymalnie parę minut.

  • Mnie się ten film strasznie nie podobał. Z książek przebrnąłem tylko przez 1 część (a to i tak po angielsku i po sporych naciskach Konrada Okońskiego). A z filmami … cóż – ja dobrze pamiętam 2 pierwsze filmy. Cała reszta zlewa mi się w jedną mroczną papkę. Serio. Z Księcia Półkrwi nie pamiętałem już praktycznie nic po 5 minutach od jego zakończenia.

    A nie, pamiętałem jedno.
    Albus Dumbledore has been AVADA KEDAVRA’D!!!

  • Dla mnie to komedia tego roku, której przez najbliższe parę miesięcy już raczej nic nie przebije.

  • ja kiedyś przeczytałem prawie pół pierwszej części
    z czystym sumieniem mogę nie polecić.

  • Jako popcorniak jest ok, ale ogółem to seria jakoś nieszczególnie mnie wciągnęła. Ot, kolejny filmik z taśmociągu sygnowanego znakiem HP, na którym można wyłączyć myślenie coby oglądać jeno efekty specjalne.

  • Ale zgadzam się z Malfoyem. Evil character w garniaku – yes please. No i najlepsza scena filmu jak kopie nieprzytomnego Harry’ego w twarz.

  • najgorsza- wiązanie buta.
    jak dla mnie fabula zostala wlasnie okrojona do minimum, rezyser zaś prawie wyłącznie skupil sie na nastoletnich romansach. co więcej- zrezygnowano z ciekawych wątkow [poszukiwanie filizanki, pierscienia itp] na rzecz scen, ktorych nie ma w książce [gonienie sie wte i wewte po polu].
    kurcze, mi sie zrobilo przykro jak to oglądalam, bo ksiązki naprawde dają rade, a filmy…

  • Emma Watson jest super :*

  • Nie zgodzę się z punktem pierwszym. (Jako maniakalna fanka Syriusza.) Dla Harrego umiera najbliższa osoba na świecie, ojciec chrzestny, którego odzyskał na dwa tomy, a on idzie do knajpy wyrywać murzynki. Ok, gdyby był to osobny film, jakoś mogłoby się to obronić, ale część 6 nijak ma się do zakończenia 5, które też maksymalnie spłyciło rolę najważniejszej postaci. Really, wolałabym emoHarrego.

    Z piątą przyczyną też się nie zgadzam. Przez uproszczenia fabularne cała bitwa w Hogwarcie uprościła się do zabicia starego Dumbla i to też jakoś mało efektownie. A mi z całego cyklu najbardziej podobały się nawalanki.

    Za to bardzo śmieszne były teksty Dumbledora. I doszukiwanie się wątków homoseksualnych.

    No i skopanie Pottera. Epickie.

  • @Maciej – chciałem tu wrzucić jakiś demotywator, ale nie wypada. :D

  • podzielam w większosci zdanie asdf, przez cały film byłam zażenowana nastoletnimi problemami i czekałam na bitwę finałową, chciałam, aby po kiczowatym filmie była jednym wielkim JEBS! wciskającym w fotel. sorry, ale to był jeden z najbardziej dennych filmów na jakim kiedykolwiek byłam w kinie, dwie dychy poszły się.

  • Ostatnie 2 książki HP dają radę najbardziej.

  • Jakoś nie czuję potrzeby obejrzenia…

  • Według mnie dzięki drewnianej grze aktorskiej nowy HP jest dość zabawną komedią romantyczną z końcówką zupełnie od czapy. A dubbing pasuje do tego idealnie. Polecam oglądanie z kimś rzucającym komentarze.

  • emoharry w filmie byłby żenujący… uzasadniony- ale żenujący.

  • Mi się nowy Garncarz podobał. Było parę scen totalnie debilnych (romantyczne wiązanie sznurowadła czy śmierciożercy wlatujący w tarczę ochronną Hogwartu), ale dużo też naprawdę dobrych, jak pojedynek Harry’ego z Malfoyem, Dumbledore urządzający barbecue z inferiusów, właściwie większośc scen z Draco czy Slughornem (ci dwaj zagrali naprawdę dobrze)
    Opuszcza wiele wątków z książki, ale jako kino rozrywkowe jest jak najbardziej ok. Nie to co Zakon Feniksa, na którym prawie zasnąłem i z którego NIC nie pamiętam.

    PS.
    Jak dla mnie Emma Watson jest całkiem haawt.

    PS2
    No jasne, zapomniałbym.
    Helena Bonham Carter była zajebista

  • Musze w końcu nadrobić i przeczytać 6 i 7 część. Ale bym się pogubił, to chyba by trzeba było przeczytać znowu od początku.

    Co jednego czytać o rozterkach, załamaniach i depresji, a zupełnie co innego oglądać to w kinie. Zawsze wychodzi bardziej żenująco. Nie uważacie?

  • „Musze w końcu nadrobić i przeczytać 6 i 7 część. Ale bym się pogubił, to chyba by trzeba było przeczytać znowu od początku.”

    Mam ten sam problem, w dodatku w liceum miałem koleżankę, która mi pożyczała kolejne tomy. Niestety po 5. liceum skończyłem… To kto mi pożyczy? :)

  • Taka specyfika medium. Wyobraźnia lepiej układa klocki.

    Wydaje mi się, że trzy ostatnie części są najbardziej wzajemnie powiązane istotnymi wątkami fabularnymi.

  • Trudno mi się zgodzić z opinią, że uproszczenie fabuły działa na korzyść filmu. Tym samym nie mogę się oprzeć

    wrażeniu, że fabułę Pottera (szczególnie przy ostatnich częściach – „Zakonie Feniksa” i „Księciu Półkrwi”) ogranicza

    się do stworzenia byle pretekstu do walk czarodziejów, żeby błyskało i była ta komercyjnie pojmowana „magia”.
    W „Księciu” główne wątki zostały kompletnie okrojone (przeszłość Voldemorta, horcruxy i Książę Półkrwi), na rzecz

    tych romantycznych i czysto bawiących publikę (niektóre sceny to już był przesadyzm – Ron na meczu quidditcha w

    slow-motion, momentami Lavender i od kiedy Potter jest takim flirciarzem? W tym filmie więcej było Radcliffe’a niż

    Harry’ego). Same horcruxy, tajemnicze artefakty Voldemorta zostały sprowadzone do bezimiennych, nieciekawych przedmiotów. A to przecież na nich opierała się ta część. Na podróży po wspomnieniach dziesiątek ludzi (a nie zaledwie dwóch, jak to było w adaptacji), poznawianiu korzeni Mrocznego Pana, okoliczności jego narodzin, analizowaniu jego poczynań i motywacji, obserwowaniu pierwszych morderstw. W związku z tym czytelnik mógł zrozumieć istotę horcruxów – to artefakty, które początkowo należały do jednych z najpotężniejszych czarodziejów tego świata, założycieli Hogwartu, który Voldemort uznawał za swój pierwszy prawdziwy dom, miejsce z którym czuł się emocjonalnie związany. Przedmioty godne jego ambicji i zwichrowanej rządzy władzy. A w tej ekranizacji po horcruxach pozostała praktycznie tylko nazwa. Prawie w ogóle ich nie było, a kiedy Dumbledore’a już nie ma, to nie wiem, jak Potter ma je sam znaleźć. Przecież oryginalnie Dumbledore przez całe podróżowanie we wspomnieniach i poznawanie osoby Voldemorta, prowadził go za rękę – teoretycznie Harry sam nie ma prawa sobie poradzić. Chociaż, to pasuje do konwencji ostatniej części. Epickie zakończenie serii o czarodzieju, Potter samodzielnie sobie poradzi z horcruxami, itd.
    I tutaj można by rozpocząć rozprawę pt. „Ekranizacje książek – tak czy nie?”. W jakim stopniu można się opierać na książce, żeby nadal była nazywana ekranizacją książki? Czy wymagane jest dokładne przedkładanie każdej strony na język filmu? Naturalnie nie, ale w wypadku tego Pottera po raz n-ty pojawią się głosy, że film płytki i dla dzieciarni (właściwie, paradoksalnie ograniczenie wieku obniża się wprost proporcjonalnie do klimatu kolejnych części. I wersja z napisami praktycznie całkowicie zanikła na rzecz tej z dubbingiem – jaki wniosek?), a prawda jest taka, że najciekawsze i najkonkretniejsze wątki z powieści (ba – główne, najistotniejsze wątki!) okrojono do minimum. Nie uważam, że seria powieści „Harry Potter” to dzieło godne najwyższych laurów. Ale jest na pewno ciekawszy i mniej infantylny niż mogło by się wydawać po tym, co prezentuje nam się w ekranizacjach.

    Stronie wizualnej trudno coś zarzucić. Film został ciekawie zrealizowany jeśli chodzi o montaż (operowanie barwami, kolory w kadrze sprzyjały atmosferze scen – ciepłe i przyjemne przy Potterze i Ginny w przytulnej Norze, zimne i mroczne z Malfoy’em i Snape’em na chłodnych i ponurych korytarzach Hogwartu). Aktorom właściwie nie ma nic do zarzucenia. Niektóre sceny zostały naprawdę godnie zrealizowane (scena z zaklętym naszyjnikiem, walka Pottera i Malfoya w toalecie). Ale podróż po horcrux w jaskini mogła być zdecydowanie lepiej zrealizowana – ciekawiej, pełniej. Ale to w powieści Dumbledore krok po kroku objaśniał Harry’emu – w domyśle czytelnikowi – wszelkie pułapki, tajemnice związane z Voldemortem czy jego czarną magią. Tej konwencji nie było w filmie od początku, więc nie pojawiła się i w tym momencie.

    Także sposób prowadzenia historii wyjątkowo mnie drażnił – to rzucanie widza ze skrajności w skrajność (Harry wesoły zaleca się do dziewczyny, żeby za 5 minut prawie wypruć flaki z Malfoya) moim zdaniem było niekonsekwentne. Fakt, Rowling miała z pewnością większe pole do popisu – swobodę narracyjną, więc całą historię poprowadziła bardziej stonowanie, bez rzucania czytelnikiem wtę i wewtę. Ale nie można wszystkiego podpisywać pod to, że książka była „długa”. Swoją drogą, ze wszystkich siedmiu ta część mieści się na czwartym miejscu pod względem długości. Więc jak dla mnie, ten przez wielu używany argument jest nietrafiony. „Czara Ognia” była dłuższa od „Księcia Półkrwi”, a w adaptacji zmieszczono praktycznie wszystko z książki – prawie zupełnie nie odczuwało się dziur fabularnych, jak to miało miejsce w przypadku tej drugiej.

    „Insygnia śmierci”, ostatnia część jest podzielona na dwa filmy. Co oznacza, że znajdzie się w niej wszystko. Pojawią się wszelcy bohaterowie, którzy w poprzednich filmach, uznani jako mało „filmowi”, zostali potraktowani po macoszemu. Walki z pewnością będą rekompensowały brak tych poprzednich (vide ta, której brakowało pod koniec w „Księciu”), efekty specjalne może osiągną poziom tych z Transformersów, a orgia akcji i zagadek sprawią, że widzowie będą lali pod siebie. Potter musi się przede wszystkim dowiedzieć, CZEGO ma w ogóle szukać, kiedy w oryginale, na początku „Insygniów Śmierci” wiedział już praktycznie wszystko na temat tych 7 horcruxów. Ale twórcy z pewnością z tego wybrną. Zwłaszcza Yates. W końcu udaje mu się to do dzisiaj.

  • O fakin szit. No tak, muszę dla Heleny Bonham Carter obejrzeć…

  • -uwaga spojler-

    gdy Malfoj zniknął jabłko, uwierzyłem w magię… szok

  • A mi się podobało… Na pewno było lepiej niż w piątej części. Ale o to nie trudno ;)

  • @zuziako – więcej wiary. W końcu ten facet (chłopak?) biegał nago z koniem po scenie, może poradziłby sobie z zagraniem nastolatka w depresji po stracie najbliższej osoby.

    @Spell – nie. Zależy jeszcze od scenariusza i gry aktorskiej, ale preferuje emopostacie od obrońców świata i uwodzicieli kobiet. Nadal czekam na dobrą ekranizację „Cierpień młodego Wertera”.

    @Micielin – jak dla mnie podzielenie siódemki na dwie części to tylko skok na kasę, z utworzonych wcześniej luk fabularnych śmiało reżyser się nie wywinie, a tom równie dobrze mógł się zmieścić w jednym filmie. I mogę się założyć, że dadzą jej PG, jak szóstce, żeby zwiększyć zasięg odbiorców. Z krwawej śmierci [spojer]Hedwigi[/spojler] nici. :<

  • @asu

    Ja uwierzyłem w magię, gdy Joker zniknął ołówek.

  • A ja, gdy Prosiaczek pęknął balonik…

Dodaj komentarz