Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Lucyfer #4: Boska komedia


papier · komentarze 3

Boska Komedia

Przez trzy ostatnie tomy „Lucyfera” mogliśmy obserwować, jak tytułowy bohater wprowadza w życie swój cwany plan i osiąga to, co chciał. „Boska komedia”, czyli tom czwarty, daje nam szansę zobaczenia, jak z twarzy Gwiazdy Zarannej na chwilę znika pogardliwy uśmieszek. To nie zdarza się często, więc warto z niej skorzystać.

Jak dowiedzieliśmy się z poprzednich części cyklu, Lucyferowi udało się podstępem wywalczyć własny kawałek Stworzenia i spędza teraz swój wolny czas na zabawie w pana wszechświata, zasiedlając go wszystkimi tymi, których coś uwiera w naszym świecie. Siłą rzeczy kontrolę nad tą nową krainą będą chcieli przejąć ci, którzy czują się za słabi na konfrontację z zarządcą starej, to jest Bogiem. Nie będzie dużym psuciem niespodzianki, jeśli napiszę, że tym razem będą to Basanosy, znana z pierwszego tomu talia tarota, która w stworzonym przez Lucyfera świecie postanowi stać się czymś więcej.

W recenzji „Potępieńczych związków” Paweł pisał o rozstawianiu przez Careya figur na planszy. „Boska komedia” jest tym punktem gry, kiedy ważniejsze figury są wysuwane naprzód w zdecydowanym ruchu, jednakże jako że jesteśmy dopiero w czwartym odcinku, liczącej 11 tomów serii, to wiadomo, że mamy do czynienia z taktyczną zmyłką i roszadą a nie zaszachowaniem przeciwnika. To jest czytelnika. Pojawia się ktoś nowy, ktoś stary umiera, ktoś komuś następuje na odcisk. Co do różnych śmiesznych głupot, to przygotujcie się na centaura biegającego po ulicach Nowego Jorku oraz Jill Presto uciekającą przed mistyczną spermą, która goni ją po schodach wysokiej wieży. Pojawia się też najpopularniejsza komiksowa gotka – Śmierć. Lucyfer oczywiście nadal jest nadętym bubkiem, dla równowagi Carey wprowadza więc Gaudiuma, upadłego cherubina, a Mazikeen wyrasta na moją ulubioną postać w całym cyklu.

Boska Komedia

Miałem pewne zaległości z serią, więc czwarty tom wchłonąłem naraz z trzecim i muszę napisać, że „Boska komedia” mniej mi przypadła do gustu niż „Potępieńcze związki”. W gruncie rzeczy te drugie są jak na razie moją ulubioną częścią cyklu, więc trudno mi stwierdzić, czy najnowsza jest spadkiem formy, czy też poprzednia była chwilową zwyżką. „Lucyfera” bardzo przyjemnie się czyta, podoba mi się sposób w jaki Carey, podobnie jak Gaiman, łączy różne mity, legendy i wierzenia w jedną, w miarę spójną całość. Nawet jeżeli czasem nieco bełkotliwą. Niestety „Boska komedia” cierpi na nadmiar deus ex machina, bohaterów pojawiających się znikąd w najbardziej odpowiednim momencie, aby przybyć z odsieczą którejś ze stron. Trochę też nie przekonuje mnie wizja świata stworzonego przez Lucyfera, a właściwie jej brak – najpierw przez trzy tomy jesteśmy świadkami wielkich podchodów i starań prowadzących do jego powstania, a gdy ten już istnieje, to nie dowiadujemy się o nim więcej niż to, że są w nim wielkie latające statki i spokojne plemiona centaurów. Aczkolwiek pomysł na świat bez Boga, dosłownie i w przenośni – jako urzeczywistnienie wiekowych dąsów Lucyfera na swojego stwórcę, jest całkiem interesujący.

W warstwie graficznej na szczęście ustała nieco szalona żonglerka rysownikami, która w „Potępieńczych związkach” była nie do wytrzymania. Tym razem każda z historii rysowana jest przez kogo innego, a Dean Ormston dostał mniej do roboty, co jest dobrym rozwiązaniem, bo nieszczególnie pasują mi jego prace.

Już kiedyś o tym pisałem – wolę „Baśnie” od „Lucyfera”, ale tak czy siak, to interesujący serial. Jeżeli mieliście dość po dwóch tomach, to koniecznie nadróbcie trzeci i jeżeli Wam się spodoba, to sięgnijcie po „Boską komedię”, obecnie na naszym rynku nie znajdziecie zbyt wielu lepszych cyklicznych czytadeł. Słabszych w sumie też nie, ale z zupełnie innych powodów.

Rubin

komentarze 3

  • 4 jeszcze nie czytałem, ale 3 którą wchłonąłem, bodajże, przedwczoraj bardzo mi się podobała. Od Czwartego tomu odstrasza mnie trochę cena. Zwłaszcza, że zbliża się październik, wolałbym zachować trochę kasy. W każdym bądź razie 4 Lucyf trafia do mojej listy must have do nadrobienia w przysżłości
    i też wole basnie ;P

  • Ja wolę Lucka od Baśni, a czwóreczkę stawiam na drugim miejscu listy – ax equo z „Potępieńczymi”, zaraz za „Dziećmi i Potworami”.

  • Jak na razie bardzo dobra seria, w związku z tym, że to spin-off spodziewałem się znacznie gorszego, wtórnego cyklu, a tu Carey nieźle sobie radzi wcale nie powielając pomysłów poprzednika. Czwarta tom faktycznie jest trochę słabszy od trzeciego, ale trzyma poziom – obecnie moja ulubiona seria. /A Ormston jako rysownik przekonał mnie do siebie w ostatnim odcinku 4 tomu (takie zabawne nie do końca związane z całości opowiadanie dla odreagowania po utrzymanych w poważnym tonie poprzednich w tym tomie częściach)/

Dodaj komentarz