Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Aldebaran


papier · komentarzy 6

Aldebaran - okładka integrala
Pierwszą próbę wydania „Aldebarana” podjął Siedmioróg w 2002 roku – niezadowalające wyniki sprzedaży sprawiły, że skończyło się na dwóch tomach. Mijały lata, wydawnictwa upadały i powstawały, a dopiero w 2009 roku usłyszano znów o „Aldebaranie”. Wydawnictwo Egmont zdecydowało się wydać kompletną sagę – wszystkie pięć tomów w jednym – inaugurując tym samym nową kolekcję: „Science Fiction”. Przez 7 lat można było spokojnie nauczyć się francuskiego i przeczytać oryginał. Czy warto więc było czekać?

Aldebaran istnieje naprawdę – to najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Byka. Jej średnica może nawet 52-krotnie przewyższać średnicę Słońca. Według zamysłu scenarzysty i rysownika, Luisa Eduardo De Oliveiry (Leo), wokół tej gwiazdy krąży planeta Aldebaran 4. Łagodniejszy od ziemskiego klimat, podobna flora i brak groźnych mięsożerców sprawiły, że Ziemianie zdecydowali się założyć tam pierwszą kolonię poza Układem Słonecznym, co udało się w 2079 roku. Jednak nie wszystko poszło gładko – po dziesięciu latach nagle zerwano kontakt radiowy. Aldebaran od stu lat nie komunikował się z Ziemią. Tymczasem na samej planecie zaczęły dziać się niezwykłe rzeczy. Bohaterowie ocalali z wioski zniszczonej przez obcą, nieznaną istotę, starają się odkryć jej tajemnicę. Przy okazji wplątują się w intrygę między totalitarnym rządem, a tajemniczymi naukowcami, którzy wyraźnie wiedzą o całej aferze coś więcej niż pozostali.

Aldebaran - Kim i Marc - główni bohaterowie

Zmylić może „Kolekcja science fiction”, w jakiej wydano „Aldebaran”. Elementy fantastyczne stanowią tu raczej intrygujące tło dla komiksu przygodowego, miejscami obyczajowego. Leo zrezygnował z rekwizytów typowych dla gatunku – nie ma tu laserów, teleportacji, olbrzymich miast ze stali i szkła, a i statki kosmiczne pojawiają się epizodycznie. Mieszkańcy jeżdżą drewnianymi samochodami, używają pistoletów czy sterowców i mieszkają w domach przywodzących swoją konstrukcją na myśl okolice równikowe. Doskonale da się to wyjaśnić przerwą komunikacyjną między Ziemią a Aldebaranem, która zatrzymała tę społeczność na dość wczesnym etapie rozwoju. Problem w tym, że obca planeta jest jak dla mnie za mało obca. Aldebaran jest tak podobny do Ziemi, że gdyby nie okazyjne spotkania z lokalnymi zwierzakami, można by pomyśleć, że akcja dzieje się w jakimś afrykańskim czy południowoamerykańskim kraju. Owszem, Leo wymyślił ciekawe okazy lokalnej fauny, zupełnie niepodobne do stereotypowych wyobrażeń kosmitów, a kojarzące się raczej nieco z prehistorycznymi gatunkami. Docenić należy też pracę, jaką włożył w wykreowanie planety – w tomie znajdziemy sporą dawkę informacji geograficznych, mapę oraz fragmenty z leksykonu zamieszkujących Aldebaran zwierząt. Mimo wszystko brakowało mi uczucia kompletnego przeniesienia się w inny świat. Dopiero wątek tajemniczej Mantrissy sprawił, że na plecach poczułem ten dreszczyk obcowania z nieznanym, który w science fiction uznaję za niezbędny. Nawet jeśli macie alergię na fantastykę, po „Aldebaran” możecie spokojnie sięgnąć.

Trzeba przyznać, że historia napisana przez Leo wciąga i nie ma problemu, by skończyć ją za pierwszym podejściem. Jednak fabuła nie jest najwyższych lotów – właściwie chwilami razi prostotą. Choć Leo jest niezawodny w wymyślaniu perypetii, które mogą przydarzyć się postaciom, to gorzej mu idzie wyplątywanie ich z kłopotów. Zazwyczaj ucieka się do cudownego zbiegu okoliczności. Bohaterowie tropią tajemniczą istotę i badających ją naukowców, uciekają przed władzą, gubią się, zostają schwytani – i tak w kółko, w telenowelowym stylu. Niezależnie od wszystkiego wiadomo, że ich ścieżki w końcu ponownie się zbiegną. Gdy w pewnym momencie rozgryzłem Leo i zorientowałem się, że prowadzi bohaterów w jedno określone miejsce i wszyscy muszą dotrzeć tam żywi – „Aldebaran” przestał wciągać tak bardzo. Nie zaskakuje też rozwój wątku obyczajowego dotyczącego głównych bohaterów, który – mimo licznych perypetii Marca Sorensena z różnymi kobietami – zbliża się do jedynego słusznego końca. Czyta się to całkiem zgrabnie, czasem uśmiechając się z nieporadności głównego bohatera, a czasem zgrzytając zębami nad jego naiwnością i egzaltowanymi monologami wewnętrznymi. Postacie nie są niestety specjalnie skomplikowane psychologicznie – mają jasne motywacje, a w toku wydarzeń prawie się nie rozwijają. Fabułę w moich oczach ratowała tylko niewyjaśniona zagadka niezwykłych wydarzeń na planecie i istoty za nimi stojącej.

Aldebaran - Marc ma wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty

Historia napisana przez Leo ma niestety wiele białych plam i niedopowiedzeń. Nie dowiadujemy się, jak władzę na planecie przejęli kapłani i wojskowi oraz czemu sprawują rząd totalitarny. Wygląda to tak, jakby głównych „złych” scenarzysta wymyślił na poczekaniu i dopasował do fabuły, nie zagłębiając się w meandry polityki. Zakończenie dotyczące bohaterów jest rozczarowujące – sztampowe i przewidywalne – niczym zakończenie baśni, gdzie dobro tryumfuje, a książę poślubia księżniczkę. Kwestia obalenia władzy i przywrócenia porządku na planecie też rozwiązała się na zasadzie deus ex machina, niezależnie od działań bohaterów. Zło zostało ukarane w niemalże magiczny sposób, a cały wątek polityczny wygląda na dosztukowany na siłę. Jednak największe rozczarowanie czekało mnie w kwestii wyjaśnienia sekretu Mantrissy – być może doczekam się rozwiązania w zapowiadanej „Betelegezie”. Opowieść o kolejnej planecie ukaże się prawdopodobnie w tym roku.

Mam mieszane uczucia w stosunku do „Aldebarana”. Ma swój urok prostej, lekkiej historii i za pierwszym razem bardzo mnie wciągnął, tylko co jakiś czas zniechęcając zbytnią oczywistością lub nagłym wyprostowaniem zawirowań fabularnych. Pozostawił jednak niedosyt i wrażenie, że Leo mógłby napisać dwa razy dłuższą i bardziej rozbudowaną historię. O tej dość szybko zapomniałem – to dobre jednorazowe czytadło, które dzięki niewielkiemu skomplikowaniu może być świetną lekturą podróżną. Nie sądzę, bym szybko sięgnął po ten komiks drugi raz. Wiążę za to spore nadzieje z „Betelgezą” oraz jeszcze powstającym cyklem o Antaresie.

Aldebaran - tom 1- Katastrofa
Właściwie nie mam zastrzeżeń do rysunków Leo, ale też nie padnę przed nimi na kolana. Bardzo podobają mi się projekty bestii zamieszkujących Aldebaran oraz kreślone z rozmachem i fantazją duże kadry je przedstawiające. Sama kreska nie przeszkadza, czytelnie przedstawiając wydarzenia. Uwagi można mieć do sposobu rysowania twarzy – wszystkie są dość podobne do siebie, a rysownikowi zdarza się nadać im nieco karykaturalny wyraz lub pogubić się w proporcjach. Równie lekkie jak historia są za to pastelowe, jasne kolory – nieco nie pasują do zakładanej obcości przedstawianego, nie do końca przyjaznego, świata. No i ludzka skóra ma często jakiś dziwny połysk.

Szeroko dyskutowana była jakość wydania „Aldebarana” – zmniejszony względem A4 format i miękka okładka. Wbrew obawom nie wpłynęło to na czytelność rysunków, papier jest kredowy i gruby, a oprawa ze skrzydełkami wygląda całkiem elegancko – taki trade paperback o nieco wyższym standardzie. Choć mogę zrozumieć tych, którzy czują niedosyt przy całostronicowych planszach – chciałoby się móc bez przeszkód rozłożyć komiks i je oglądać. Do tego idealnie nadawałby się „albumowy” standard wydania – jak „Big Guy i Rusty Robochłopiec” – format większy od A4 i twarda oprawa, za zapewne wyższą cenę. Nie upominałbym się o to, gdyby mój egzemplarz nie zaczął się rozklejać już po pierwszym przeczytaniu. Dlaczego mam wrażenie, że polskie drukarnie mają kiepski klej albo na nim oszczędzają?

komentarzy 6

  • To świetny komis. Wspaniale wykreowany świat. Kojaży mi się trochę z muminkami. Zgadzam się też, że historia mogła być dłuższa i że końcowe odcinki są trochę napisane tak jakby autor był zmęczony i chciał szybko zakończyć serię. Co pewnie jest prawdą zważywszy na to, że tworzył sam (za co też wielki szacun, bo jest to piękna precyzyjna robota) W sumie ciesze się, że Egmont wreszcie wyda pozostałe tomy, szkoda, że łącznie, bo mam dwa pierwsze z Siedmiogrodu. Swoją drogą do tej pory zastanawiam się jak działał ten pojazd – przyczepa(ale bez komina)z pierwszego odcinka. Wydaje mi się, że stosowano tam jakiś mechanizm sprężynowy:)

  • bardzo ok komiks;)

  • Swietny cykl:)

  • Kupiłem ten pozaziemski klimat podczas czytania. Dlatego bardzo przyjemnie się go czytało. Gdyby nie on, to czułbym te w/w zgrzyty. Póki co Aldebaran zaskarbił sobie miejsce na mojej półeczce, choć nie wykluczone że z niej kiedyś spadnie, jak każda gwiazda.

  • To jest dokładnie taki komiks na jaki byłem głodny w dzieciństwie i tak mi zostało :) Aldebaran kocham za kompletnie stworzony świat i ładnie nakreślone postacie. Kim jest bardzo fajnym przykładem niestereotypowej „komiksowej laski”. Przekonuje mnie dużo bardziej niż blondas. Niestandardowym dla komiksu rozwiązaniem jest też pokazanie dorastania/starzenia się bohaterów. To była mocna strona Thorgala. Projekty stworów, mapy itp. – to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Takie rzeczy zawsze będą mnie wciągać.

    Co do jakości wydania to format nie przeszkadza zupełnie – jest fajny. Natomiast kompletnie s….lono druk. Czerń nie jest „nałożona” na kolor tylko „wycina kolor”. Łatwo to zauważyć gdy kontury są na ciemnym tle bo wtedy bardzo często czerń ma białą obwódkę :(((

  • Blacksad

    Ten komiks jest dla mnie wyjątkowy, bo wcześniej zawsze wahałem się przed wyborem w kategorii: „umoczona kasa roku”.
    W 2009 nie mam wątpliwości – „Aldebaran” rządzi!

Dodaj komentarz