Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Łups!


książki · komentarzy 10

Za chwilę będzie słychać tylko miarowe: 'Łups! Łups! Łups!'

Terry Pratchett to jeden z tych twórców, na których zwykle można polegać – choć zdarza mu się napisać książkę słabszą od innych, to nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Niektórzy mówią, że tak naprawdę pisze wciąż tę samą książkę. Można przyznać im rację, jednak jest cykl, którego będę bronił przed zarzutami o wtórność. Przygody Straży Miejskiej znakomicie rozwijają się z odcinka na odcinek, serwując czytelnikom to, co doskonale znają, lecz zawsze przyprawione nowością. Niedawno wydana część nie jest tu wyjątkiem.

„Łups!” to mniej więcej siódma, choć niektórzy uważają, że ósma lub dziewiąta książka opowiadająca o Straży Miejskiej. Można rzec, że każda podseria Świata Dysku reprezentuje inny gatunek – powieści o strażnikach sytuują się gdzieś pomiędzy kryminałem i political fiction, w Pratchettowskim wydaniu. Może dlatego nigdy mnie nie znudziły – na drugim planie jest tu żartowanie z rzeczywistości i konsystencji rzeki Ankh, specjalność pozostałych książek. Na pierwszym jest trup, wartka akcja, zagadki i tajemnice oraz problemy osobiste strażników. Nie wywołują może salw śmiechu, zwłaszcza gdy czytało się wszystkie, ale wciągają dobrze skonstruowaną intrygą. I nawet nie pamiętam, czy ten nieszczęsny żart o rzece Ankh się pojawia, więc mógłbym polecić je tym, którzy sparzyli się na innych podseriach Świata Dysku.

W „Łups!” Samuel Vimes i jego strażnicy muszą rozwiązać zagadkę śmierci pewnego krasnoludzkiego dostojnika, zanim krasnoludy zechcą wziąć odwet na trollach, które są naturalnymi wrogami i pierwszymi podejrzanymi. Oczywiście krasnoludzcy i trollowi członkowie straży mają własne zdanie na ten temat, zapominając, że „w straży nie ma ani krasnoludów, ani trolli, ani ludzi (…) są tylko strażnicy”. Na domiar złego zbliża się rocznica bitwy w Dolinie Koom, którą krasnoludy i trolle mają zwyczaj upamiętniać, tłukąc się po łbach i rąbiąc w okolicy kolan. A Samuel Vimes musi wśród całego zamieszania znaleźć chwilę czasu, by być dobrym ojcem dla swojego niedawno narodzonego syna. W tle zaś ktoś cały czas przesuwa po planszy… trolle i krasnoludy.

Samuel Vimes

W cyklu o straży uwodzi mnie konsekwencja rozwoju postaci – czego nie da się powiedzieć o Rincewindzie i innych magach, a w mniejszym stopniu da się o wiedźmach i Śmierci. Tymczasem gdy w „Straż, Straż!” poznawaliśmy strażników, ciężko było określić ich mianem służby publicznej – kapitan pijak i trzech podwładnych w obskurnym komisariacie. Przez te kilka odcinków, gdzieś w tle głównych wydarzeń, pijak stał się szanowanym przez ludzi i poważanym przez podwładnych kapitanem i zdobył tytuł diuka. Potem ożenił i doczekał się potomka, którego w „Łups!” stara się wychowywać. A Straż Miejska rozrosła się, przyjmując kształt mniej więcej zdyscyplinowanego oddziału i rekrutując coraz to nowych członków, coraz to nowych ras. Tym razem jest to pewna wampirzyca, która niekoniecznie podoba się służącemu już w straży wilkołakowi. Zmienia się nawet Nobby Noobs – robi coś, czego nigdy byście nie podejrzewali – związanego z kobietami. Czytanie książek o Straży Miejskiej ma coś z wracania na dobrze znane stare śmieci – te same postaci, wśród których każdy chyba ma jakiegoś ulubieńca i nowe problemy przed nimi stawiane. I gwarancja, że w następnej książce cyklu Pratchett podejmie zarzucone wątki, dodając kolejne kawałki do bogatego obrazu strażników. Szkoda tylko, że ostatnio tak mało czasu poświęca kapitanowi Marchewie i jego związkowi z kapral Anguą, skupiając się głównie na Vimesie. Z drugiej strony – przyjemnie jest patrzeć na ewolucję kapitana, ciekaw jestem, jak autor ocali tę postać przed skapcanieniem i porzuceniem straży na rzecz wygodnych pieleszy domowego ogniska. Jednak nie przeczę – może to nużyć i wywoływać żal, że Pratchett nie poszerza uniwersum o kolejne postacie, eksploatując stare do bólu.

Książki ze Świata Dysku zwykło się uważać za powieści humorystyczne. Nie odkryję Ameryki, stwierdzając, że to nie do końca właściwa szufladka. Także w „Łups!” zabawny kostium fantasy jest tylko przykrywką, która pozwala krytykować spory etniczne, podsycanie nierówności rasowych i fanatyczną wiarę w przywódców. Choć przesadą byłoby książce Pratchetta dorabiać jakieś wartości edukacyjne, to jednak nie da się ukryć, że przedstawienie problemu w lekko absurdalnych ankhmorporskich realiach, dobitnie obnaża bezsens i głupotę zachowań ludzkich. Albo krasnoludzkich. Takie podejście do rzeczywistości to już standard w serii Świata Dysku, ale nic nie przeszkadza za ten standard pisarza docenić.
Zagraj w Thud! na twoim stole

W tle akcji „Łups!” przewija się gra o tejże nazwie – planszowa adaptacja bitwy między garstką trolli i sporym oddziałem krasnoludów. Co bardziej spostrzegawczy zauważyli ją już w „Piekle pocztowym”. Zrozumienie jej zasad jest dla Vimesa kluczowe do rozwiązania sprawy i pogodzenia zwaśnionych stron. Zaskakująca ciekawostka – choć może nie tak zaskakująca, gdy wziąć pod uwagę mentalność fanów i marketingowców – gra „Thud!” powstała naprawdę w wersji planszowej i komputerowej. W tej drugiej możecie odegrać sobie bitwę w Dolinie Koom kompletnie za darmo, zaś wokół planszowej skupiona jest spora społeczność fanów.

Stęsknionym za brukami Ankh-Morpork i zapachem rzeki Ankh nie trzeba polecać „Łups!”, który będzie sposobem na radosne spędzenie kolejnych dwóch wieczorów. Odradziłbym ją tym, którzy przygodę ze Światem Dysku dopiero zaczynają – warto sięgnąć po poprzednie książki o Straży i czytać po kolei, co pozwala wyłapać smaczki i docenić rozwój bohaterów. Jeśli ktoś nie ma nie ma ochoty znów czytać o Straży Miejskiej, musi chwilkę zaczekać – lada dzień wyjdzie kolejna po „Piekle pocztowym” powieść o Moiście von Lipwigu – „Świat Finansjery”.

komentarzy 10

  • Łups! było super czytadłem (które męczyłem dość długo [kto mnie śledzi na twitterze wie] :)), ale dla mnie cierpi na tę samą dolegliwość co inne historie ze Strażą. Czyta się świetnie, ale po skończeniu ma się ochotę zanucić „ale to już było”.
    Mimo wszystko strasznie lubię Vimesa. Rozwój straży jest ciekawy, ale ja jestem wielkim fanem „Straż! Straż!” gdzie strażnikami była czwórka nieudaczników.
    Pratchett mógłby rozwijać uniwersum o więcej postaci. Świetnie mu to wyszło z Moistem. Teraz na dniach w UK wychodzi „Unseen Academicals”, który będzie o magach. Na okładce jest też Rincewind.
    Sam Pratchett powiedział kiedyś, że nie ma co robić więcej książek o Rincewindzie, bo ile można opowiadać o gościu, który ciągle ucieka? :)

  • I dobrze, bo brak Rincewinda w ogóle mnie nie martwi. Zawsze uważałem go za ciut przereklamowaną, nudną postać.

  • Ja lubię Rincewinda, bo to były takie czysto przygodowe książki. Ale w „Unseen Academicals” nie będzie główną postacią. Całość jest o Niewidzialnym Uniwersytecie, a jak wiadomo pracuje tam, więc zapewne będzie jednym z wielu bohaterów.
    Ale o nowego Moista też się boję. Bo fabuła nie różni sie zbytnio od Piekła Pocztowego.

  • „Jednak nie przeczę – może to nużyć i wywoływać żal, że Pratchett nie poszerza uniwersum o kolejne postacie, eksploatując stare do bólu.”

    Myślę że może miec to związek z chorobą autora, który powoli chyba zmierza w strone zamykania poszczególnych wątków niż rozwijania kolejnych.

  • Orion – pewnie tak, ale i tak żal, że nie zrobił tego wcześniej.

  • Mnie Pratchett przestał bawić. Nie wiem czy to jest tak, że z jego książek się wyrasta, przestają śmieszyć, czy najzwyczajniej w świecie nie są już tak dobre jak te pierwsze.

  • Książki Pratchett stają się coraz bardziej poważne. Trudniej z żartem, surrealistyczną, zabawną sytuacją. Nie zapominajmy jednak, że od kilku dobrych lat Terry walczy z Alzheimerem i to może, a nawet na pewno przekłada się na jego pracę.

  • Jak dla mnie właśnie to cykl o straży jest tym najbardziej wtórnym. W każdej książce jest jakaś tam kryminalna zagadka, rozwijanie garnizonu starych postaci i prezentacja kilku nowych. To jak taki serial – co książke wracamy do swoich ulubionych bohaterów. Ale to wciąż to samo.
    Nie zrozumcie mnie źle, ja właśnie serie o straży także lubię najbardziej zw wszystkich Pratchettowych książek. Te kryminalne zagwozdki w zwichrowanym świecie fantasy zawsze były ciekawe. Ale to ciągle to samo.

  • Ale jednak zawsze coś nowego. :) Ta dwoistość mnie urzeka Straż się zmienia, ale to nadal stara dobra straż.
    Rincewind co książkę ucieka i nijak nie uczy się na własnych błędach.
    A Śmierć zmienia się baaardzo powoli.

  • Mnie najbardziej żal cyklu o czarownicach – on rozwijał się z książki na książkę, bazował na klasyce literatury (acz nie tylko – patrz „Maskarada”) w subtelny sposób nawiązując do wielu dzieł na stałe wpisanych już w kanon literatury (głównie angielskiej).
    „Carpe Jugulum” mimo wszystko było świetne.

Dodaj komentarz