Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Tworzenie komiksów pozwala na bycie dyskretnym


wywiady · komentarzy 19

Guy Delisle

Z trzema wydanymi po polsku albumami Guy Delisle może spokojnie cieszyć się w naszym kraju statusem gwiazdy, co zresztą potwierdził tłum ludzi, który przybył pod koniec czerwca na spotkanie z nim do klubokawiarni na Chłodnej. Dzień później, w znacznie mniej dusznych okolicznościach, miałem możliwość porozmawiania z nim o jego komiksach, podróżach i krajach trzeciego świata.

Ten wywiad nie powstałby gdyby nie pomoc Szymona Holcmana z Kultury Gniewu, Agnieszki Hildebrand, która dokonała transkrypcji oraz Marty Paciorkowskiej, która całość następnie przetłumaczyła. Dziękuję.

Muszę się przyznać, że byłem zaskoczony, gdy powiedziałeś na spotkaniu, że gdy podróżujesz, nie masz w zwyczaju codziennie pracować nad komiksem. Gdy czytałem „Phenian” albo „Kroniki birmańskie”, wyobrażałem sobie, że każdego dnia, gdy wracasz do domu, siadasz przy biurku i tworzysz stronę albumu. Powiedziałeś jednak, że po prostu robisz na bieżąco notatki, a komiks tworzysz później.
Tak. Gdy byłem w Shenzen i Phenianie, pracowałem przez cały dzień, nadzorując animatorów, więc gdy wracałem do hotelu, robiłem po prostu notatki i to musiało mi wystarczyć. Nie mogłem po prostu usiąść przy biurku i rysować. Zrobienie jednej strony zajmuje mi cały dzień. To praca na pełen etat. Tak samo robię w Jerozolimie – każdego dnia notatki. Mógłbym pracować nad albumem, ale muszę być w danym państwie, poznać ludzi, porozmawiać z nimi, inaczej nie miałbym nic do powiedzenia. Gdy po prostu siedzę w domu i robię komiksy, nie mam nic do powiedzenia. Obecnie więc jeżdżę w różne miejsca i poznaję ludzi, wyjeżdżam na wycieczki i gdy z nich wracam, robię notatki.

A gdy byłeś w Birmie, pracowałeś nad „Louisem”?
Tak naprawdę pracowałem nad czymś innym, ale wziąłem się za jeszcze coś innego, co mi jednak nie wyszło, więc wróciłem z powrotem do wcześniejszego zajęcia. Gdy jestem w państwie, którego nie lubię (jak np. Birma), wolę pracować z pamięci. Czytam swoje notatki i wspominam „Ach tak, pamiętam ten dzień, był szalony ponieważ to i tamto”. Tak naprawdę notatki pomagają mi przypomnieć sobie interesujące wydarzenia, które znajdą się później w moich książkach. Tak wygląda moja praca.
Gdy pracuję „na miejscu”, w obcym państwie – tak jak to było w Birmie – zdarza się, że gdy wracam do domu i pół roku później oglądam to, co stworzyłem, okazuje się, że to, co wydawało mi się zabawne na miejscu, nie było już takie zabawne później. Metoda tworzenia na bieżąco nie zawsze działa – tworzę przecież prace dla ludzi, którzy nie żyją „na miejscu”.

Niestety, nie znam francuskiego, więc nie mogę śledzić twojego bloga, ale z tego, co wiem, jest on dosyć popularny. Stworzyłeś internetowy dziennik podróży, więc po obejrzeniu tych wszystkich zdjęć i notek w internecie nasunąć się może pytanie: czy trzeba jeszcze pisać o tym książkę?
Tak naprawdę, blog jest dla mnie interesujący, bo mogę dzięki niemu pracować nad swoim stylem pisania oraz rysunkiem. A po dziesięciu miesiącach prowadzenia bloga w Jerozolimie sytuacja wygląda tak, że z jednej strony piszę coraz mniej, a z drugiej strony coraz więcej rysuję. Więc to, co dla mnie bardziej naturalne, zaczęło dominować. Koniec końców, to blog bardziej rysowany, niż pisany, co jest dla mnie frajdą. Myślę, że będę pracować nad obydwiema metodami oddzielnie. Różni się to od zwykłego napisania książki, ponieważ mam mnóstwo historii, których nie przedstawiam na blogu; potrzebowałbym wtedy dużo więcej czasu i tak czy siak musiałbym tworzyć całe strony, aby wytłumaczyć jakąś sytuację, w jaki sposób była zabawna i jak to naprawdę było.
Narysowałem jakiś czas temu dwie strony dla pewnego włoskiego magazynu i to jest rodzaj pracy, którą wykonuję najczęściej. Gdy siedzę nad blogiem, piszę jedno, dwa zdania, aby wyjaśnić sytuację.

Czy znajomi, którzy wiedzą o tym, że tworzysz komiksy, oczekują umieszczenia ich w twoich historiach? Np. „Guy, to, co robisz, jest takie zabawne, chciałbym znaleźć się w komiksie”.
Och tak, to się czasami zdarza. Czasem ludzie mówią mi „mam nadzieję, że umieścisz to w swoim komiksie”, ale nie jestem w stanie im powiedzieć, czy do tego dojdzie. Jestem w trakcie tworzenia komiksu o Jerozolimie i nie mam obecnie pomysłu, jak będzie on wyglądał i to, co może wydawać się innym zabawne, dla mnie będzie niewystarczająco ciekawe, aby zrobić z tego opowieść. Mam w zwyczaju spisywać historie o moich własnych doświadczeniach, chociaż czasami, np. w Jerozolimie, spotykam się z innymi ludźmi, lecz gdy opowiadam historię, to umieszczam tam siebie – to jest po prostu prostsze. Inaczej musiałbym tłumaczyć czytelnikowi, kim jest osoba, która gra główną rolę, czym się zajmuje itd. Te tłumaczenia zabierają zbyt dużo czasu i nie są zbyt interesujące. Piszę o tym, jak siedzę ja, a nie o sposobie, w jaki siedzą inni ludzie, bo tak można by miotać się bez końca. Wolę skoncentrować się na historii, która jest według mnie zabawna, i nierzadko zdarza się, że usuwam z niej zbędne osoby, chociaż z niektórymi – np. z żoną i dziećmi – tak się nie da.
A jeśli znasz „Kroniki birmańskie”, to wiesz, że na początku dużo mówię tam o moim dziecku, bo taki po prostu był nasz początek. Pod koniec historii jest on jednak już poza nią, ponieważ podróżuję głębiej w kraj oraz poznaję innych ludzi, więc na tym koncentruję się bardziej. To samo w przypadku mojej żony, która jest obecna w moich historiach, ale w bardzo prosty sposób, abym szybko i łatwo mógł dojść do sedna opowieści.

Guy Delisle

Nie obawiasz się, że zostaniesz zaszufladkowany jako autor jednego gatunku – travellogue?
Nie przeszkadzałoby mi to, miło jest mieć książki, które odnoszą sukces. Tworzę również inną literaturę, ale właśnie tamte są najczęściej tłumaczone. Z drugiej strony, piszę również książki dla dzieci i komiksy, więc nie przeszkadza mi to. Nie jest to problem, który powodowałby moją frustrację. Moje komiksy dla dzieci nie są tak popularne, ale jeśli mogę je rysować i ktoś chce je wydać, to mi to wystarcza. Książki podróżnicze mogę robić „na boku” i wiem, że ludziom się podobają, co jest dla mnie miłe. Zachęca mnie to do dalszego tworzenia, ale do pewnego etapu, bo później boję się powtarzać. I właśnie dlatego nie jestem do końca przekonany, czy chcę robić książkę o Jerozolimie, bo trafiam tam na wiele sytuacji, które przypominają mi o Birmie, jak np. osiedlanie się w nowym kraju z dziećmi. Nie chcę o tym pisać po raz kolejny, bo chociaż są to dwa różne państwa, to jednak wyglądałoby to tak samo. Gdy zdecyduję się napisać o tym książkę, to poświęcę temu maksymalnie jedną stronę i przejdę do innych, bardziej interesujących rzeczy – więcej o państwie niż o mojej rodzinie, bo to już po prostu było.

A co sprawia ci więcej przyjemności – tworzenie komiksów dla dzieci, czy dorosłych?
Cóż, z książkami dla dzieci jest tak, że nadają się one bardziej dla dorosłych niż dla dzieci. Próbowałem tworzyć książki wybitnie dla młodych dzieci, z ich językiem itd., ale to nie działało. Pokazałem je mojemu wydawcy, a on stwierdził, że ich nie rozumie. Wyjątkiem był „Louis na plaży”. Inspiruję się codziennymi wydarzeniami i to powoduje, że moje komiksy nadają się bardziej dla starszych osób. Gdy widzimy ojca, który nie zajmuje się synem tak dobrze, jak powinien, to kłóci się to z idealnym wizerunkiem ojca, jaki widzimy w większości bajek. W moje książki dla dzieci wplatam styl myślenia właściwy dorosłym, chociaż z wierzchu wyglądają one jak książki dla dzieci. To sprawia mi przyjemność.
Jestem jedną z tych osób, która ucierpiała dużo w przeszłości z powodu stereotypu, że komiksy nadają się wyłącznie dla nastolatków. Bardzo się ucieszyłem, że poznałem niezależnego wydawcę, ponieważ nagle spotkałem ludzi w moim wieku, tworzących komiksy dla ludzi w moim wieku. Tego mi brakowało piętnaście lat temu. Lubię czytać komiksy i cieszę się, że gdy wchodzę do sklepu z komiksami, widzę mnóstwo fantastycznych komiksów, skierowanych do takich ludzi jak ja. Jest to coś, czego obecnie potrzebujemy.

Czy myślisz o sobie jak o specjaliście od krajów trzeciego świata?
Specjaliście?

Byłeś w Birmie, w Korei Północnej, obecnie jesteś w Jerozolimie. Czy darzysz jakimś szczególnym zainteresowaniem azjatyckie państwa trzeciego świata?
To w sumie dlatego, że wtedy outsourcingowano pracę do najtańszych miejsc, a najtańsze były Chiny i Korea Północna, tam powstał „Shenzen” i „Phenian”. Oczywiście, wolałbym odwiedzić Australię, ale obecnie razem z żoną pracujemy w medycznym ngosie, a takie organizacje nie mają w zwyczaju jeździć do Szwajcarii, więc trafiamy do Indonezji czy innych biednych państw.
Jednak tworzenie historii o takich państwach czy o Jerozolimie, która jest najnowocześniejsza z wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy, jest interesujące. Zamiast do Birmy wolałbym jednak pojechać do Gwatemali, ale nie było tam dla nas dobrego miejsca. Fakt, że jest to głównie Azja, jest w sumie dziełem przypadku.
Byliśmy również w Afryce, lecz nie napisałem książki na temat Etiopii, w której spędziłem rok. Chciałbym wrócić do Afryki; Ameryka Południowa również byłaby ciekawym przeżyciem, ale cóż… nie mogę wybierać.

Guy Delisle

Wyobraź sobie, że jesteśmy w połowie lat osiemdziesiątych i że możesz razem ze swoją żoną odwiedzić państwa bloku wschodniego razem z jakimś ngosem. Chciałbyś?
Jasne, że bym chciał. Korea jest w pewnym sensie państwem bloku wschodniego. Podróżowanie po niej jest jak podróżowanie w czasie. Czujesz się, jakbyś utknął w latach pięćdziesiątych i wszystko wygląda na lata pięćdziesiąte. Masz restaurację numer jeden, restaurację numer dwa. Wszystko na sowiecką modłę. Bardzo chciałbym odwiedzić państwa bloku wschodniego. W 1989 roku byłem w Niemczech, w Berlinie, i kiedy runął mur, pracowałem w studiu animacji. Pamiętam, co wtedy przechodziliśmy, chcieliśmy przekroczyć punkt kontrolny i udać się do jakiegoś miasteczka w zachodnich Niemczech… to takie zwykłe podróże odbyte za młodu ale za to bardzo ekscytujące.

Komiks to świetny sposób na wizualne przedstawienie państw, w których istnieje cenzura, nie uważasz? W Korei Północnej nie mogłeś mieć ze sobą aparatu fotograficznego, a gdybyś ograniczył się wyłącznie do pisania, to nie byłoby to samo, co wzbogacenie historii o ilustracje.
Całkowicie się z tobą zgadzam. Gdy byłem w Korei Północnej, pozwalali mi odwiedzać tylko dokładnie określone miejsca i nie miałem żadnej wolności. Dla mnie był to jednak idealny układ, ponieważ nie planowałem stworzyć książki. Myślałem, że fajnie byłoby napisać książkę, ale poprzestałem na spisywaniu notatek. Myślałem, że co będzie, to będzie. Nie miałem ze sobą aparatu fotograficznego, więc chodziłem z tymi ludźmi i odbywałem zwykłe, codzienne rozmowy, ale ponieważ było to tak interesujące miejsce, pytania i odpowiedzi również takie były.
To były idealne warunki dla dziennikarza, ponieważ nikt nie spodziewał się po mnie, że będę zbierał materiał. Mogłem rozmawiać z tymi ludźmi bez ograniczeń, poruszać się mniej więcej bez ograniczeń, więc wszystko było idealne. Gdy wróciłem do domu, odtworzyłem wszystko z pamięci: miejsca, w których byłem, ludzi, których poznałem itd. Myślę, że tworzenie komiksów pozwala na bycie dyskretnym – nie robisz zdjęć, nie zadajesz trudnych pytań. Po prostu spacerujesz, robisz notatki, a na końcu tworzysz książkę. Jest to więc bardzo dyskretne. Daje ci to również dużo możliwości przy tworzeniu, bo możesz spojrzeć na swoją pracę jak na opis wycieczki, stworzyć kilka stron bez tekstu, potem dodać jakiś dialog… Gdy więc pracuję, często zaskakuje mnie ilość narzędzi, którymi mogę się posługiwać oraz to, jak te narzędzia działają. Czasami chcę być bardzo skoncentrowany w przekazie i chcę zawrzeć go w jak najmniejszej ilości tekstu, a resztę zawszeć w rysunku. Ta metoda, wbrew pozorom, jest bardzo bogata i świetnie sprawdza się w tym rodzaju książek, które tworzę.

W „Phenianie” możemy przeczytać, że do Północnej Korei bierzesz ze sobą Orwella. Czy łatwo jest być turystą w takich krajach jak Korea lub Birma? Czy czujesz się tam turystą, czy raczej chciałbyś coś zmienić, ale nie możesz?
Nie, nie wchodzę w tą całą „zmianę świata”. Nie mam misji przywrócenia pokoju na Bliskim Wschodzie. Nie wjeżdżam do Północnej Korei czy do Birmy z zamierzeniem obalenia reżimu. Jestem zwykłym turystą, który odwiedza dane państwo przez rok, zbiera informacje i tworzy z nich zabawne historie, które podobają się ludziom i dają im jako tako pojęcie o tym, co widziałem. Jest w nich zarówno aspekt turystyczny, jak i nieco poważniejsze problemy danego państwa. Lubię tę różnorodność, gdyż tworzy ona ten typ książki, który lubię czytać i bardziej przypomina rozmowę z przyjaciółmi, w której polityka miesza się z innymi, lżejszymi tematami. I tak, w dużym skrócie, wyglądają moje książki – duże pocztówki, które mogę wysłać do swojej rodziny, a oni będą dzięki nim wiedzieć, czym zajmowałem się w danym roku.
Zanim trafiłem do Korei Północnej, przeczytałem wszystkie książki na jej temat, które mogłem znaleźć, a było ich niewiele. Gdy byłem w Chinach, nie miałem pojęcia o polityce tego państwa i bardzo tego żałuję, ponieważ gdybym cokolwiek poczytał na ten temat, mógłbym zadawać ciekawsze pytania. Jak więc mówiłem wcześniej, chciałem czytać o Korei, ale nie mogłem znaleźć wielu książek. Te, które znalazłem, przypominały bardziej „1984” Orwella. Czytałem już tę książkę, gdy byłem młodszy, ale postanowiłem zrobić to raz jeszcze, dla zabawy. Doszedłem do połowy, gdy musiałem wyjeżdżać, więc postanowiłem wziąć ją ze sobą i dokończyć na miejscu. Okazało się, że ludzie, z którymi miałem do czynienia, oczekiwali ode mnie możliwości kontaktu z literaturą po francusku, bo u siebie nie mieli zbyt wiele – tylko trochę nudnej klasyki. Ucieszyli się więc, że mogli przeczytać coś nowego, więc pokazałem im tę książkę.

A jak „Phenian” odebrany został w Korei Południowej?
Nie mam pojęcia. Koreańczycy byli pierwszymi, którzy zechcieli przetłumaczyć tę książkę (co mnie bardzo zaskoczyło). Jedyną informacją, jaka do mnie dotarła, było to, że im się spodobała. Oni są Koreańczykami z południa i różnią się bardzo ode mnie, ale ja jestem obcokrajowcem mówiącym o kraju, który jest im bardzo bliski i z którym wiele ich łączy. Bardzo jestem zadowolony z tego komplementu, ale poza tym niestety nie wiem nic więcej.

Twoje komiksy prezentują Europejczykom twoje spostrzeżenia i obrazki z Azji, z krajów trzeciego świata. Co sądzisz o globalizacji? Czy przerobimy cały świat na zachodnią modłę?
Hmm… wygląda, że nieco tak. Nie jest to nic nowego. Czytałem książkę napisaną w 1950 roku przez jakiegoś dziennikarza. Podróżował po Europie i szokowało go to, że wszystko było tak bardzo zamerykanizowane. Możemy sobie wyobrazić, jak bardzo zszokowany byłby dzisiaj. Dla mnie globalizacja nie jest fajną sprawą, ponieważ straciłem pracę jako animator, gdyż wszystko przenoszono do Azji. Miałem jednak tyle szczęścia, że poproszono mnie o bycie szefem tych ludzi, podczas gdy gros animatorów we Francji straciło pracę i skończyło jako nauczyciele lub w branży gier komputerowych. Z jednej strony jest więc ten aspekt globalizacji, z drugiej natomiast tworzymy miejsca pracy w Chinach. Tak jest teraz i to nie zmieni się w przyszłości, może pomoże im to stworzyć lepsze społeczeństwo. Chociaż, szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, aby tak miało być. Z Europy do Chin transferujemy pensje, ale nie bezpieczeństwo socjalne. Gdy pracuję we Francji i zostaję zwolniony, jest ktoś, kto może mi pomóc. Społeczeństwo zapewnia taką pomoc. W Chinach nie ma co liczyć na coś takiego. Starasz się pracować jak najlepiej – i tyle.
W drodze z Europy do Chin znikają wszystkie pozytywne aspekty społeczne i to jest do bani. Nie wydaje mi się, aby ten transfer miał uczynić to państwo lepszym, demokratycznym miejscem. Chińczycy dostają więcej pieniędzy, ale gdy patrzę na polityczną sytuację, te pieniądze wcale nie pomagają. To, że ludzie stają się bogatsi, nie oznacza, że stają się zarazem bardziej wolni. Potrzeba czegoś więcej, aby sytuacja polityczna w Chinach zaczęła się zmieniać.

Guy Delisle

Obecnie coraz więcej obywateli Europy Zachodniej obawia się inwazji muzułmanów. Mieszkasz obecnie w Jerozolimie – czy uważasz, że czeka nas jakieś zderzenie cywilizacji?
Nie widzę tego problemu z muzułmanami. Gdy jestem w arabskiej dzielnicy, to jestem w najpopularniejszych miejscach. W niedzielę dzieje się tam wiele rzeczy, których nie spotkasz w innych rejonach miasta, gdzie wszystko jest zamknięte. Muzułmanie w Jerozolimie może nie są najbardziej bezpośredni, ale chcą spędzać czas w spokoju ze swoimi dziećmi, chcą mieć możliwość zapewnienia im dobrej szkoły. Mają podobną do mojej koncepcję rodziny. Z drugiej strony w Jerozolimie żywią również nienawiść wobec sytuacji, w której się znajdują, ponieważ żyją w pojebanym miejscu. W pojebanej sytuacji. Nie widzę tego zderzenia z muzułmanami. Nie piją piwa, ale poza tym nie widzę dużej różnicy. W religii też nie. Co prawda modlą się pięć razy dziennie, ale to religia pokojowa – jeśli naprawdę wczytasz się w Koran. Chociaż zawsze znajdzie się paru szajbusów. Muzułmanów jest bardzo dużo… spotkasz ich w Afryce, w Indonezji. W Indonezji są piękne, seksowne dziewczyny, które potrafią tańczyć w seksowny sposób, chociaż noszą czador. W Afryce wygląda to zupełnie inaczej, jakby była to zupełnie inna religia. Wszyscy wierzą w tego samego boga, ale sposób, w jaki tę wiarę wyrażają, jest diametralnie różny.

Czy uważasz, że komiks jako medium ma szansę przetrwać w skomputeryzowanych czasach? Wszyscy naokoło przepowiadają śmierć prasy, śmierć książki… co z komiksem?
Myślę, że Francis [Francis Groux – dyrektor festiwalu w Angoulême – red.] udowadnia rynkowi komiksów we Francji, że można na tym zarabiać. Ilość pieniędzy, które zarabia ten przemysł, wzrosła o 3-4% w stosunku do poprzedniego roku. To całkiem dużo, chociaż inne media drukowane odnotowują straty. Nie wiedzą, co zrobić. Wchodzą w internet, starają się zróżnicować swoją aktywność, a komiksy po prostu mają się dobrze. Dla mnie jest to dowód na to, że świetnie wpisują się we współczesny skomputeryzowany świat. Wystarczy spojrzeć na popularność blogów. A blog to przecież nic innego, jak miks czyichś zdjęć z małą ilością tekstu. Mieszanka tekstu i obrazu świetnie działa. I to właśnie masz w komiksie; oczywiście z bardziej rozbudowaną strukturą, ale mimo wszystko to właśnie mieszanka tekstu i obrazu tak oddziałuje na ludzi. Mało się widzi rysunku obecnie, a szkoda, bo ludzie lubią rysunki. Nie mamy wystaw rysunku, tylko malarstwa, rzeźby itd. Komiksy zapewniają ludziom tę dawkę rysunku.
Nie wiem, czy próbowałeś czytać komiksy lub książki na ekranie komputera, ale obecnie spędzamy tyle czasu przed komputerem robiąc muzykę, rysunki w photoshopie – że zazwyczaj człowiek cieszy się, że może wziąć do ręki książkę, aby przeczytać jakąś powieść, może usiąść na zewnątrz lub wrzucić książkę do torby… to bardzo wygodne. Z komiksami jest naturalnie tak samo. Każdy z nas tak ma, że chce w pewnym momencie odwrócić się od ekranu komputera, bo przecież nie można spędzić przed nim całego życia. Książki na szczęście nie są drogie i dają o wiele więcej przyjemności. Myślę, że czytanie książki na papierze jest po prostu naturalne. Widziałem, że dużo komiksów jest skanowanych i udostępnianych w internecie. To bardzo nudne, próbowałem kilka razy czytać komiksy w ten sposób, ale miło jest trzymać książkę w ręku.

Cóż, istnieje również dużo komiksów, które tworzone są specjalnie pod internet, a ich autorzy traktują internet jako nowe komiksowe medium. W ten sposób mogą komunikować się z czytelnikami. Mogą tworzyć komiksy w odcinkach. Czy myślałeś nad tym?
Wiem, że są plany na zaadaptowanie komiksu na potrzeby telefonu. Niemcy chcą to zrobić z „Louisem na plaży”. To będą małe obrazki, a ten komiks nie został stworzony w sposób, który by się do takiego formatu nadawał. Może się sprawdzi, może będzie można dodać do niego dźwięk. Czas pokaże.
Myślę, że najlepiej jest przeanalizować nowe media i następnie spróbować stworzyć coś, co pozwoli zaadaptować komiks do internetu. Nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu, ale wydaje mi się, że wiele ludzi ma podobne poglądy do moich i że w pewnym momencie po prostu muszą uciec od tych wszystkich ekranów, monitorów i chcą położyć się na kanapie oraz chwycić książkę, przekładać strony… Myślę, że mi tak zostanie do końca życia, a nowe pokolenia będą czytać książki przy pomocy telefonu. Ja jestem staroświecki i oglądanie filmu przez telefon nie pozwala na zrozumienie, o czym ten film tak naprawdę jest. I tak samo z komiksem – bo ważna jest kompozycja strony. Ja lubię pracować ze stroną i czerpię przyjemność z tworzenia komiksów, bo są fizycznymi obiektami. Gdy robisz animację, nie masz obiektu – masz film. Gdy masz książkę – możesz ją przeczytać, później komuś dać i dla mnie jest to duży plus. Masz papier, a ja jestem bardzo czuły na punkcie wysokiej jakości druku. Lubię, gdy druk jest dobry. Gdy się w to wkręcisz, trudno jest przerzucić się na ekran.

komentarzy 19

  • Bardzo ciekawy wywiad i kilka ciekawych spostrzeżeń Delisle’a o medium komiksowym. Świetna lektura.

  • Zgadzam się, wywiad świetny, bardzo przyjemnie się czytało. Ciekawe pytania, ciekawe odpowiedzi.
    Będę musiał przy najbliższej sposobności w końcu zakupić jakiś jego komiks. Który wg. was najlepiej chwycić jako pierwszy?

  • świetne! zachęcił mnie ten wywiad do kupna w końcu Birmy, czy czegoś. zdecydowanie.
    i co racja to racja, w przewracaniu kartek jest coś wyjątkowego. pejdż daun ssie.

  • karolkonw

    fajnie…
    tylko kurde… jak pojawił sie Phenian niejaki Mykupyku nawrzeszczał ze to pacan ten deliseeee ze psize o obozie koncentracyjnym przyjemnie i z dowcipem i myku dostal w sumie po glowie
    teraz po kilku artykulach jednej ksiazce o korei plus po tym wywiadzie cholera trudno nie przyznać mykowi racji on kompletnie tego nei czuje i zdaje sie nei zauważa…

  • Karol, jak powiedziała jedna chora psychicznie pani, jaką ostatnio spotkałem – „Nie zmieniaj świata, zmieniaj siebie”. Może Guy też ją wcześniej spotkał i skorzystał z jej rady?

  • Trochę niebezpieczne Danielu.

  • Świetny wywiad. Kolejny przykład, iż Guy jest ciekawą osobą i warto sięgnąć po jego komiksy.

  • Ale co miał Delisle w tym wywiadzie zrobić? Otwarcie potępić reżim i odżegnać się od swojej pracy zawodowej?

  • ciekawy wywiad, inteligentnie poprowadzony, bardzo przyjemna lektura

  • Rob, a kto tego wymaga? Czy opowiedzenie się po jakiejkolwiek stronie, zwłaszcza w tym wywiadzie groziło by mu utratą pracy?
    A wywiad też mi się podobał, chociaż ja osobiście nie lubię turystów

  • „Ja nie chcę umierać za Gdańsk
    Ja chcę tańczyć”

    Bliżej mi do postawy pana Delisle niż pozy Ivana Bruna.

  • „A wywiad też mi się podobał, chociaż ja osobiście nie lubię turystów.”

    Też nie lubię. Człowiek powinien żyć i u umrzeć tam gdzie się urodził. Świat można poznać z książek i telewizji.
    A ten Delisle to w ogóle huncwot z tą swoją żoną, co to jeździ po świecie i leczy ludzi. A co to we Francji już nie ma kogo leczyć?

  • Podobały mi się pytania. Dobry wywiad.

  • Gwoli ścisłości – to Korei Guy nie przyjechał nikogo leczyć, do Birmy zresztą też nie, bo sam lekarzem nie jest, tylko zarabiać pieniądze.

  • I jak Ci teraz Jaszczu ;-)

    A ja zdecydowanie wolę Macieju Ivana Bruna bo konformiści zawsze mnie przerażali.

  • @Kuba, dziękóweczka za uściślenie.

    @Znikt – chłodno. Klima działa w fabryce na medal.

  • Zanim to się wymknie spod kontroli, myślę, że nie ma sensu kontrastowanie Bruna z Delislem, jako dwóch przeciwległych biegunów.

    Temu drugiemu wcale się w Korei czy Birmie nie podoba i nie lekce sobie waży tego co się tam dzieje. Jak już zostało napisane – z granatami nie miał po co tam jechać, zamiast tego stworzył komiksy, z których lektury każdy może sobie wysnuć odpowiednie wnioski dotyczące obydwu krajów.

  • U mnie ukrop, mam wprawdzie wentylator, ale stoi na stole i jak go włączę to mi wysusza oczy i gardło.

    Konradh bez obaw, my nie mówimy o wszczynaniu rewolucji.

  • My mówimy o odcinaniu kuponów od rewolucji.

Dodaj komentarz