Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Louis na plaży


papier · komentarzy 27

Na plaży fajnie jest
Na plaży fajnie jest. Nie sposób dyskutować ze słowami starego szlagieru Majki Jeżowskiej. I choć już od jakiegoś czasu nie widzę nic zabawnego w smażeniu się na słońcu, to nowy komiks Guy Delisle’a przypomniał mi najlepsze chwile szczenięcych lat.

Guy Delisle dał się do tej pory poznać jako wnikliwy obserwator życia codziennego w Korei Północnej i Birmie. Obydwa komisy były specyficzne, bo choć tematyka wymagałaby raczej powagi, Guy podchodził do niej nad wyraz lekko. Dodatkowo jego ironiczne komentarze były zawsze zabarwione odrobiną naiwności, przez co sprawiał wrażenie wędrowca dziwiącego się światu i zaskoczonego jego dziwacznymi, zabawnymi lub groteskowymi elementami.

W serii komiksów o Louisie, Guy także portretuje siebie. Jednak tym razem pozostaje w cieniu, jako zatroskany i nieco roztargniony ojciec. Główna rola dziwiącego się światu przypada jego synowi. Malutki Louis wywiązuje się z niej nadzwyczaj wdzięcznie. A założenie autora jest dokładnie odwrotne niż przy „dziennikach z podróży” – świat dziecka, zwykle postrzegany jako niepoważny, tu pokazany jest może nie ze śmiertelną powagą, lecz z poszanowaniem dla reguł nim rządzących.

There's always a bigger fish

„Louis na plaży” to po prostu album ze zdjęciami ze wspólnej wycieczki ojca i syna na plażę. Choć napisanie „po prostu” odbiera temu komiksowi magię. Guy Delisle w swój specyficzny luźny sposób portretuje również to, czego obiektyw aparatu nie uchwyci – świat bujnej fantazji dziecka. Robi to zresztą dokładniej, niż szkicował swoje podróże po świecie. I choć czasem bywa bardziej straszno niż śmieszno, Louis buszuje po magicznym otoczeniu bezpieczny – w sytuacjach kryzysowych, niczym Hobbes Calvina, ratuje go pluszowy osiołek. A bezmiar zdziwienia jakie chłopiec wyraża wobec otaczającej go rzeczywistości, jest nie mniejszy niż u jego ojca zetkniętego z kulturą obcych krajów. Zaś sam dorosły śpiący na kocu nie ma pojęcia jak cudowne przygody można przeżyć na zwykłej plaży. A może jednak ma – wszak narysował o tym komiks…

Supertata to the rescue!

Atutem „Phenianiu” czy „Kronik Birmańskich” były między innymi ironiczne monologi jakie Guy Delisle prowadził w swoim dzienniku, dodając subiektywnego smaczku obserwacjom z egzotycznych dość państw. Historie o Louisie odbiegają od tej reguły, jest to bowiem komiks niemy. I choć mały bohater nie ma jeszcze tak ciętego języka jak jego ojciec, to potrafi doskonale przekazać co myśli za pomocą prostych piktogramów i uroczej dziecięcej mimiki, która mówi więcej niż słowa. Louis nie jest też takim urwisem, jak nieustannie mi się z nim kojarzący Mikołajek – malcowi przygody i niefortunne zdarzenia przydarzają się przez chęć poznawania świata, a nie jego dezorganizowania.

Zdarzyło mi się porównać „Louisa…” do poprzednich albumów pióra Delisle’a. I choć wydaje się to oczywiste, to znajomość dokonań rysownika nie jest wcale konieczna. Ba – nie jest konieczna wcześniejsza styczność z komiksem jako takim. Po przygody chłopca może sięgnąć każdy – kupcie go więc swoim dziewczynom, a zwłaszcza ojcom, bo to idealny materiał na komiksową polecankę. Zaczarowany świat Louisa to historyjka mała, ale ciesząca, ciepła jak nomen omen letnie dni. Wydawnictwo Kultura Gniewu idealnie trafiło z terminem wydania. Mam więc nadzieję, że podtrzymają dobrą passę i na początku grudnia spotkamy się z Louisem na nartach.

komentarzy 27

  • Cheshire Cat

    Ciekawe kiedy zobaczymy Shenzhen? No chyba, że wcześniej wysmaży jakieś kroniki izraelskie czy cuś. Ja bym się nie obraził :)

  • Na razie nie zanosi się na powstanie „Kronik izraelskich”, szkoda, może jednak, kiedyś :)

  • No widzisz, Guy pokazał, że wypoczynek na plaży nie musi być tylko „smażeniem się na słońcu”.;) Ja tam bardzo lubię taką formę zresetowania zaśmiecanej przez cały rok dyni.

  • Bardzo przyjemny i sympatyczny komiks (a może animacja komiksowa ;)?), który w ciemno można kupić każdemu, a bo i każdemu przypadnie do gustu.
    Jeśli do tego dodamy różne smaczki a i np. w postaci „rogów które możemy animować” – to już pełnia szczęścia.
    No chyba, że ma się jeszcze autograf autora ;) (thx, Olga).
    PS. A może Inspecteur Moroni doczeka się kiedyś polskiego wydania?

  • Dla mnie rodzinne wakacje nad morzem to zawsze była jakaś trauma – ojciec próbował mnie nauczyć pływać i wrzeszczał na mnie, że nie potrafię się utrzymać na powierzchni, słońce parzy, dokoła piasek, syf. Wakacje nad Bałtykiem to zło. Już lepiej było w Chorwacji, gdzie przy tak słonej i ciepłej wodzie taka łamaga jak ja może sobie podryfować z maską i rurką do nurkowania i patrzeć na rybki przy brzegu.

    „Louisa na plaży” jeszcze nie kupiłem, jakoś nie jestem do końca przekonany po lekturze „Louisa na nartach”, ale wszyscy mówią, że to drugie to byłą tylko taka wprawka na szybko, więc pewnie się skuszę jednak.

  • Zgadzam się co do Bałtyku:)

  • Ja się na plażach po prostu nudzę – pływanie w słonej falującej wodzie idzie kiepsko, wolę jeziora. Leżenie i obracanie się z brzucha na plecy jest nudne, a jak zacznę czytać, słuchać muzyki, to zasypiam i spalam się na skwarkę. Poza tym jest tłok, hałas i gorąco… Jeździłem z rodzicami, teraz nie jeżdżę. Wolę góry.

    Ale „Louis” mnie urzekł.

  • Ja tam nie mam zamiaru nikogo przekonywać, bo każden robi na wakacjach to co lubi, ale są plaże gdzie nie ma tłoku i hałasu, woda często nie jest tak falująca, że nie da się w niej pływać, a na gorąco pomaga zestaw: morska bryza + prasol plażowy + zimny browczyk lub drinek, jak kto nie lubi gazowanego.

    A góry i Mazury też lubię:)

    A Louis mnie urzekł, zarówno na nartach jak i na plaży.

  • konradh – a dlaczemu się nie zanosi? Mnie się podczas wywiadu wydawało, że Delisle raczej się za to weźmie. Tak tylko mówił, że nie chce się deklarować. No i najpierw musi skończyć komiks o Czeczenii.

  • Cheshire Cat

    Właśnie. Ja polecam plaże w rejonie Punta Cana :) a z tych bliżej to… są takie :D Celować trzeba tylko w małe mieściny. Co kto lubi. Niektórzy lubią tłok. Jak rok temu gościłem babeczkę (nawiasem mówiąc z Shenzhen) to bardzo niekomfortowo się czuła w Polsce. Nie odpowiadał jej brak tłumu ludzi na ulicach! :)

  • pstrąg – być może, być może, po prostu brakuje mi właśnie tej deklaracji. Ale może to dlatego, że wszyscy wiedząc gdzie jest, z miejsca oczekują, że już teraz tam siedzi i dłubie o tym komiks.

  • Hmmm, ja tam na nic nie specjalnie nie liczę. Wspomniałem go razem z Shezhen, bo dla mnie mają porównywalny stopień prawdopodobieństwa ukazania się. Być może jestem w błędzie i Shenzhen ukarze się jednak prędzej niż później.

  • Shenzen ma wyższy, bo już powstało przecież :)

  • Wiem. Jestem niepoprawnym optymistą.

  • Pany… Na plażę idzie się o 7. Jak dziecko już ubrane (mała wstaje ok. 6). Zjada się śniadanie na pustej plaży. O 8 otwiera się barek, obala się dwa piwa. Można popływać trochę. Ok. 10 zwija się manele i spierdala z piachu, zanim zejdzie się reszta bydła i słońce się podniesie i idzie się na miasto. Albo na piwo. Albo na piwo na mieście.

  • Ostatnio byłem między 4 a 5 w Gdyni na plaży – syf, bezdomni, butelki, namioty, wykrywacze metali… Ale wschód słońca ładny.

  • w sobotę jadę do sopotu, oby było ok :.

  • mieszkam na mazurach. mam domek w lesie, który jest 20m od wody, a jeszcze nie miałem okazji zamoczyć dupska w tym roku.

    natomiast wyjazdy nad morze nie wspominam za dobrze, bo co tam pojechałem to za każdym moim wejsciem na plaże wyciągali topielca. i już całkiem odechciewało mnie sie morza.
    więc tylko spałem na plaży i zrzucałem skórę…

    komiks faktycznie nadaje się dla wszystkich, nawet babcia poczytała.

  • Guy właśnie skończył przygodę z Jerozololimą http://www.guydelisle.com/WordPress/
    Wydaje mi się, że mówił, że skoro pisze bloga to już komiksu nie będzie robił, ale „kto wie”.

  • Mógłby, bo może komiks byłby w jakimś zrozumiałym języku. ;)

  • To fakt, mógł pisać po angielsku. A tak tylko wybrani mogli śledzić teksty. :D
    Choć sporo tam też rysunków.

  • Cheshire Cat

    Jest jeszcze ostatnia rybka ratunku. Kiedyś pływała na altaviście teraz na yahoo (czyli wg ostatnich wieści M$).

  • Jest jeszcze translate.google.com

  • Żartujesz? translate.google.com jest na niższym poziomie niż oficer Crabtree.

  • Na takie zorientowanie się mniej więcej, chyba wystarczy. Zresztą, używałem tego do tłumaczeń z angielskiego na włoski i efekty były całkiem zadowalające.

  • Trzeba brać wyniki mocno przez palce, ale nie powiem, bywa pomocne. Kiedyś chętnie korzystałem z systranet.com, ale nie potrafię wskazać które narzędzie jest lepsze.

    CHC: „Wiadomo też, że zanim Kultura Gniewu zabierze się za „Shenzen”, ma zamiar wydać kilka innych prac Guya Delisle (w tym m.in. zapowiedziany już „Louis à la plage”).” (informacja z lutego)

Dodaj komentarz