Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Brüno, słabszy kuzyn Borata


film · komentarze 23

Brumlautno
Po sukcesie jakim była kinowa wersja „Borata”, a jeszcze wcześniej „Ali G Indahouse”, wiadomo było, że Sacha Baron Cohen nakręci następny film w którym wystąpi w jednym ze swoich znanych z telewizji wcieleń. Austriacki gej Brüno chyba jednak nie udźwignął pokładanych na swoich opalonych barkach nadziei.

Głównym problemem z „Brüno” jest to, że jest filmem zupełnie innym niż „Borat”. Założenia są niby te same: Cohen tworzy wyjątkowo ekscentryczną i drażniącą postać, będącą uosobieniem negatywnych stereotypów, a następnie zderza ją z ludźmi i obserwuje ich reakcję. Niestety, tym razem angielski komik dał się za bardzo ponieść. Główną siłą „Borata” była autentyczność sytuacji i sposobu w jaki reagowały na nie jego „ofiary”. „Brüno” miota się od paradokumentu do komedyjki o perypetiach przerysowanego geja – jak w scenach miłosnych z pigmejskim kochankiem czy burzliwym związku z asystentem i próbami zostania hetero. Momentami wręcz te sceny „fabularne” przytłaczają film i każą pytać, czemu po prostu nie zrobiono zwariowanej komedii o przygodach pragnącego zdobyć sławę austriackiego homoseksualisty w Ameryce. Być może takie coś nie przeszłoby już bez brania w paradokumentalny cudzysłów Cohena i zostałoby potraktowane jako homofobiczna agitka.

Tak naprawdę komik przesadził również w kreowaniu samej postaci Brüna. Owszem, Borat był nieźle zwariowany, ale jego austriacki kuzyn to już pewne ekstremum, które bardziej niż pastiszem gejowskich stereotypów, jest po prostu debilem. A ludzie nie lubią debili i trudno się dziwić, że reagują na niego tak jak reagują. Zwłaszcza w ekstremalnych sytuacjach. To trochę tak, jakby nagle facet w skórzanym wdzianku obcierał się o mnie, a gdy go odepchnę, zaczął krzyczeć, że jestem homofobem. Nie wiem czego miałoby to dowieść – chyba, że byłoby skierowane przeciwko homoseksualistom, aby pokazać, że są przewrażliwieni, a poprawność polityczna śmierdzi. Wtedy byłaby w tym jakaś logika.

Ich bin Bruno! Ja!

Są w Brunie sceny świetne, jak ta, w której Paula Abdul siedząc na latynoskim robotniku opowiada, jak kocha pomagać ludziom, casting na dziecięcych aktorów czy narady z agencją PRową, ale są też zupełnie głupawe i niepotrzebne – jak filmowanie skonsternowanej obsługi hotelowej, która nie chce wyciągnąć Cohenowi pilota z tyłka. Pytanie, czemu mieliby chcieć to zrobić, skoro obok stoi operator kamery o którym wiedzą, że jest z ich gościem w jednej ekipie? Albo ta, w której Brüno odwiedza koszary Gwardii Narodowej i oficerowie na niego krzyczą, bo nie słucha się rozkazów. A obok i tak stoi przecież kamerzysta. W jakim wojsku tolerowano by rekruta z obcym obywatelstwem i własnym operatorem? Podobnie sceny z zawodami MMA czy wynajętą prostytutką, która okłada Cohena po plecach, wydają mi się mocno naciągane i ustawione. I najbardziej drażni właśnie to, że autorzy filmu, umieszczając takie sekwencje obok tych autentycznych, starają się nam momentami wmówić, że to wszystko było kręcone na serio, bez prób i wynajętych aktorów. Co dziwne, ostatecznie do filmu nie trafiło kilka ze scen, które mogliśmy zobaczyć w zwiastunach. I to nie były raczej te z Michaelem Jacksonem.

Bez względu na to, „Brüno” jest całkiem zabawnym filmem, choć nie spodziewajcie się, że przy okazji pokaże Wam tyle „prawdy o Ameryce” co „Borat”. Momentami jest cudownie obleśny, na tyle, że moi znajomi wyszli z kina po 40 minutach, a Marta miała łzy w oczach i gryzła mi rękę. Świetną robotę wykonał również tłumacz, bardzo udanie oddając przedziwny miszmasz językowy jakim posługuje się główny bohater.

Cohen wymyślił Brüna mniej więcej w tym samym okresie co Borata, więc nie było tu mowy o gorączkowym tworzeniu postaci na potrzeby nowego, jeszcze bardziej skandalicznego filmu. Jednakże coś tutaj nie zagrało, autorzy chyba po prostu przedobrzyli, przekombinowali świetny materiał wyjściowy jaki mieli pod ręką. Być może miałem zbyt duże oczekiwania, w przeciwieństwie do polskiego dystrybutora, który po prostu postanowił promować film osobą Gracjana Roztockiego. Plask.

film

komentarze 23

  • „W jakim wojsku tolerowano by rekruta z obcym obywatelstwem i własnym operatorem?”
    W prywatnym. To był jakiś ośrodek przygotowawczy lub coś podobnego.

    Nie zgadzam się z zarzutami o ustawianie scen tylko dlatego, że ofiara widziała kamerę. Kamera nic nie zmienia wg mnie. Jeśli scena z terrorystą była autentyczna nie sądzę aby szalona dziwka była udawana. Tak samo MMA o czym Cohen opowiada w dość świeżym wywiadzie u Lettermana.

  • „Bruno” był słaby. Trącił mi robieniem szoku na siłę. Był zabawny momentami, ale fabuła – cholernie zarżneła film. Wciąż najlepszą rzeczą do której przylożył rękę Cohen to serial „Ali G Show” w którym nie było dokręcania fabuły. Proste wywiady przeprowadzane przez zwariowanych ludzi.

  • „I najbardziej drażni właśnie to, że autorzy filmu, umieszczając takie sekwencje obok tych autentycznych, starają się nam momentami wmówić, że to wszystko było kręcone na serio, bez prób i wynajętych aktorów.”

    Ale przecież dokładnie tak samo było w „Boracie”. Scen ewidentnie ustawionych było tam niemało, nie rzucały się one jednak w oczy tak bardzo, jak w „Brüno”. Tam równowaga między scenami ustawionymi i nieustawionymi zachowana była idealnie, tutaj wydaje się, że ściemniona jest większa część filmu.

    Co więcej – podczas, gdy większość żartów w „Boracie” była podszyta jakimś drugim dnem, błyskotliwym komentarzem społecznym, tak tutaj Cohen przez większą część filmu po prostu robi sobie jaja, przekracza kolejne granice dobrego smaku dla samego przekraczania. W „Boracie” nie podobał mi się tak naprawdę tylko jeden moment – słynna hotelowa scena z dupą. Niestety, „Brüno” to dla mnie jedna wielka scena z dupą, film, w którym bawi parę minut, a męczy i żenuje cała reszta.

  • Templer: oczywiście, że to, że „ofiara” widzi kamerę nie zaprzecza autentyczności danej sceny – w „Boracie” w końcu udawali, że są ekipą telewizyjną. Chodzi mi o to, że trudno się dziwić niektórym reakcjom, gdy obok jest kamera, jak w scenie w hotelu właśnie.

    leMur: no właśnie, jasne, że w Boracie były sceny ustawiane, jak choćby gonitwa po hotelu, ale były inne proporcje.

  • Konrad, test na homofobiczność wg „Przekroju”:

    Nagle facet w skórzanym wdzianku obciera się o Ciebie, co robisz?

    A- odpychasz go
    B- wygłaszasz wykład o pięknie stosunków heteroseksualnych itp
    C- odwzajemniasz uścisk

    Odpowiedzi:
    A- jesteś homofobem
    B- jesteś homofobem
    C- jesteś homofobem, ale nie dałeś się nabrać na prowokację

  • Cholera, już kilka razy rozwiązuje ten test i za każdym razem wychodzi mi, że jestem homofobem.

  • „liczne, znane z tv wcielenia” – w sensie Ali, Borat i Bruno?
    Zarzuty o ustawione sceny są póki co tylko przypuszczeniami, sam ciekaw jestem na ile niektóre rzeczy były inscenizowane. W „Boracie” oficjalnie przyznano się do sceny z Pamelą i grubą czarną prostytutką, która była koleżanką po fachu Cohena.
    A film może i był ciut słabszy od Borata, ale i tak pozostaje najzabawniejszym filmem od czasu Borata, ja się śmiałem przez cały czas.

  • Tak, właśnie te trzy.

  • Mi wszystko o filmie powiedziała scena w której Bruno pokazywał projekt swojego show. W chwili gdy penis po sekwencji gimnastycznej krzyczy „BRUNO”, było już tylko DO NOT WANT

  • kto to jest Gracjan Roztocki?

  • au: to ten koleś, co kiedyś w sieci umieszczał swoje zdjęcia, jak tapla się błocie. Pewnego razu któryś marketingowiec stwierdził, że to świetny pomysł aby zatrudnić go w reklamie i wystąpił w kampanii Media Marktu. Bo jest tego, no, kultowy. Przynajmniej wg marketingowców.

    Radek: krzyczący penis był spoko :)

  • Gracjan znany jest ze swoich fotograficznych sesji naturystycznych. Zaufaj mi na słowo i nie googlaj ich.

  • Z Gracjanen Roztockim po raz pierwszy zetknąłem się w komiksie lobstera, tym o maszupach trio.

    Nie wiem czy to dobrze o mnie świadczy.

  • No i Gracjan jest też świetnym piosenkarzem. Ależ kurczę frajda!

  • O ile Borat był świetny, tak Bruno wyszedł tragicznie. Nudnie, sztuczno i najgorsze – gro scen mocno wymuszonych i nieśmiesznych. W połowie seansu normalnie sobie podarowałem.
    Jedyne co w miarę ratuje film to scena z dzieciakami i Meksykańcami (czy kim oni tam byli ;)) Ale ogółem – mocny zawód. Słabe toto i tyle.

  • Ja też po raz pierwszy zetknąłem się z Gracjanem w komiksie Lobstera. Było to na długo zanim Gracjan stał się „kultowy”.

  • Widocznie marketingowcy z media markt też czytali „Mashup trio”.

  • A ja będę przekorny: dla mnie „Bruno” był lepszy niż „Borat” właśnie dlatego, że było więcej scen inscenizowanych, a nie robienia w jajo biednych „wieśniaków” z Rumunii.

  • Ale „Borat” przecież nie był o wieśniakach z Rumunii, ale z Ameryki:)

    Dla mnie, skoro chcieli zrobić komedie, to trzeba było pójść na całość i taką komedię nakręcić, bez bawienia się w paradokumenty – pomysł i postać Bruna wydaje mi się do tego idealna. A tak ten film trochę siedzi okrakiem na płocie, trochę tutaj, trochę tam, a i tak coś uwiera w tyłek.

  • Być może masz rację. trudno powiedzieć co by było, gdyby… Mi sam pomysł wkręcania ludzi się podoba. Tylko, że bardziej mnie bawi nabijanie się z Amerykańskiej (szerzej:zachodniej)wiochy (i w tym „Borat” był świetny), niż z niczego nieświadomych Rumunów (i tu mam zastrzeżenia)

  • Jasne, z naśmiewaniem się z nieświadomych Rumunów pełna zgoda.

  • Biedni Rumuni.

  • Borat kompletnie nie przypadł mi do gustu, jeśli wiec Bruno jest znacznie gorszy, to podziękuję.

Dodaj komentarz