Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Dillingera obraz sztampowy


film · komentarzy 18

Prawdziwy John DillingerTo prawdziwy John Dillinger, do którego boski Depp jest całkiem podobny.

Na „Wrogów publicznych” wybrałem się bez specjalnych oczekiwań, namówiony przez fankę Johnny’ego Deppa i skuszony wizją współczesnych kowbojów w starych Buickach i kapeluszach Fedora, strzelających do siebie z Tommy Gunów. No i mniej więcej to dostałem. Sęk tkwi w „mniej więcej”.

Postać Johna Dillingera już nie raz pojawiała się w rozmaitych adaptacjach filmowych. Nic dziwnego, bowiem jego życie samo prosi się o przeniesienie na ekran, mogąc bez zmian i upiększeń konkurować z wypoconymi scenariuszami filmów sensacyjnych. Zdaniem FBI – trwający w latach trzydziestych w USA Wielki Kryzys sprawił, że nastroje społeczne były wyraźnie antyrządowe, a ludzie przychylniejszym okiem patrzyli na opryszków łamiących prawo i okradających okradający obywateli rząd. Spośród nich największą sławę zyskał właśnie John Herbert Dillinger, porównywany do współczesnego Robin Hooda. Opinii publicznej nie przeszkadzał nawet fakt, że Dillinger wraz ze swoim gangiem od września 1933, do lipca 1934 terroryzował środkowy wschód USA, a w czasie krwawej kariery zabił 10 osób, ranił 7 innych, rabował banki i składy policyjne, a także dokonał sławetnych trzech ucieczek z więzienia.
Dobry Szeryf Melvin Purvis (Christian Bale)
Wydawałoby się, że mamy materiał na dobry film akcji, z elementami prawdziwej męskiej przyjaźni. Niestety Michael Mann zdecydował się przyjąć punkt widzenia opinii publicznej i wystawił Johnowi laurkę, aż do przesady idealizując postać gangstera. Żadnych prób wyłamania się i polemiki. Jego Dillinger jest papierowy – lojalny wobec przyjaciół i łaskawy wobec ofiar – kasjerce w banku ofiaruje płaszcz, a pieniądze kradnie tylko z sejfu, nie od pracowników. Mężczyzn urzeka jego spryt i buta z jaką umyka niezdarnym agentom FBI czy policjantom. Jest elegancki, hojny i szarmancki, czym podbija serca kobiet. Zakochuje się w zwykłej szatniarce (Marrion Cottilard), niczym Kopciuszka ocalając od biedy. I zawsze zdoła wykiwać ścigających go stróżów prawa – kuriozum jest scena, gdy bez przeszkód przechadza się po biurze FBI – miała ukazywać spryt, a jest niezamierzenie zabawna. Zupełnie w cieniu tego medialnego obrazu Dillingera, który Mann skrzętnie przenosi na ekran, pozostaje fakt rabowania banków i mordowania ludzi. Za to gangstera podziwiamy i mu kibicujemy, przez cały film widać wyraźną opozycję dobrego gangstera i złych agentów FBI – brutalnych, cynicznych, bezkompromisowych i zawsze o krok do tyłu – choć to akurat do czasu. Bezbarwni są także wspólnicy Johna Dillingera – albo jako nie dość sprytni, jak „Pretty Boy” Floyd – albo bezsensownie okrutni i ograniczeni, jak „Baby Face” Nelson. Wszyscy są dla Dillingera tłem, a z kina gangsterskiego robi się raczej teatr jednego aktora. Bez trudu mogę pochwalić grę Johnny’ego Deppa, który idealnie pasuje do roli gangstera-amanta-idola, tworząc wyrazistą postać, która bez trudu zyskuje sympatię widza. Christian Bale, jako agent Melvin Purvis, niedaleko odbiega od tego, do czego przyzwyczaił nas w „Mrocznym Rycerzu” – jest twardy, marszczy brwi i krzyczy na podwładnych. Na szczęście już nie cedzi przez zęby.

Dziewczyna gangstera Billie Frechette (Marion Cotillard)

Przeszkadzało mi, że nie do końca rozumiałem, czy Mann chce zrobić paradokument, czy raczej film obyczajowy. Z dokumentu zapożyczono liczne ujęcia z ręki, które w jednych scenach (konferencja prasowa na posterunku) pasowały, a w innych (strzelanina w hotelu) zupełnie odstawały od konwencji. Z kolei za filmem obyczajowym przemawiają przydługie sekwencje z udziałem Johna i Billie. Ta niekonsekwencja męczy. Nieco irytował też zbytni nacisk kładziony na wątek obyczajowy, kosztem pokazywania działalności przestępczej – trzy napady na bank pokazane są niemalże identycznie, choć z drugiej strony podkreśla to jak Dillinger drwił sobie ze stróżów prawa, stosując jeden i ten sam plan. Czekanie na akcję wynagrodziła mi z nawiązką nocna strzelanina w pensjonacie pośrodku lasu i pościg oldsmobilami. Miłośnicy współczesnego kina mogą narzekać na mało dynamiczny montaż i statyczność scen walk, ale jak dla mnie trzyma to klimat i pasuje do lat trzydziestych i dżentelmenów w garniturach.

Teraz z perspektywy mogę sobie na ten film ponarzekać, jednak w czasie seansu poza kilkoma dłużyznami i przesadną idealizacją niewiele mi przeszkadzało. Urzekł mnie świetnie oddany klimat Chicago lat trzydziestych – wspomniane płaszcze, kapelusze i stare samochody albo Biograph Theater wystylizowany na rok 1934. Obrazu dopełnia świetna ścieżka dźwiękowa z bluesowymi i bluesrockowymi standardami oraz jazzem. Kobiecą część publiczności na pewno poruszy ballada „Bye Bye Blackbird” ilustrująca związek Johna i Billie.

Mogę salomonowo stwierdzić, że nie oczekiwałem za wiele po „Wrogach publicznych”, więc za bardzo się nie zawiodłem, ale i zachwytu ten film nie wywołał. Zamiast mrocznego filmu gangsterskiego dostaliśmy solidne kino dla dwojga, chwilami krwawe, chwilami sentymentalne, które może się podobać, ale i szybko się o nim zapomina. Fanom ostrzejszych klimatów gangsterskich pozostaje obejrzeć znów „Ojca Chrzestnego”, zagrać w „Mafię” w oczekiwaniu na część drugą lub z zupełnie innej beczki – posłuchać muzyki Dillinger Escape Plan.

film

komentarzy 18

  • Jako, że bardoz lubię filmy/książki/wszystko inne o gangsterach, mafii i gangach, to na „Wrogów publicznych” się wybiorę. Jeszcze bardziej niż sam temat zachęca mnie Depp, ale to na marginesie już : ) W każdym razie, nie oczekuję od tego filmu fajerwerków, ale mam nadzieję, ze stylizacja mnie zachwyci (ach te retro).
    Cóż, jak było okaże się po seansie.
    A ja nie wiem, ja Bale’a widze teraz w każdym filmie : O

  • Mnie w filmie uderzył schizofreniczny charakter Dillingera. Z jednej strony oddaje zakładniczce płaszcz, ale chwilę wcześniej używał jej jako żywej tarczy. Podobnie ma się sprawa ze sceną w szatni. Nagłe przejście z eleganta w brutalna bestię. Odniosłem wrażenie że Mann chciał w ten sposób ukazać, że tak naprawdę Dillinger był zwykłym bandytą który miał dobry PR. A swoją drogą to brakowało mi jakiegoś głębszego charakteru postaci. Czegoś takiego co doskonale było pokazane w „Heat”.

  • czy cały film jest taki jak trailer, w sensie, że sprawia wrażenie nakręconego kamerą telewizyjną? nie znam się na tym na tyle, żeby dokładnie powiedzieć na czym polega różnica między telewizyjną a kinową- niech mi ktoś kto pracuje w studiu filmowym podpowie- ale tę różnicę się widzi.

  • To nie kamera telewizyjna, acz cyfrowa. Owszem, różnicę się widzi, ale to co wyróżnia kamerę cyfrową od zwykłej – analogowej to fakt, że nie wymaga takiego naświetleni jak przy kręceniu zwykłą kamerą ;).

  • Jestem praktycznie świeżo po wyjściu z kina. To że 3/4 filmu było kręcone z ręki to straszliwa rzecz. Nie była irytująca tylko bardzo irytująca tak samo ilość kadrów na zbliżeniu. Watek miłosny był cienkiutki. Betoniasta, z drugiej jednak strony jednak zabawna była scena wywiadu. I generalnie, film powinien sie skończyć na scenie w lesie, bo potem niemiłosiernie się dłuży.

  • JAPONfan

    Ziarno. W telewizyjnej i cyfrowej jest bardzo male ziarno ( w sumie w cyfrowej to jest dodawane zeby bylo). A tasma kinow ma ziarno wieksze bo ma wieksza czulosc barwna.

  • no, w kazdym razie. trailer wyglądał pod tym względem jak kawałek Teatru Telewizji. bardzo napakowanego akcją Teatru Telewizji.
    cały film jest taki?

  • Jak pisałem u siebie, ten film fajnie zarysowuje pewien wątek i mnie np. zmusił do pomyślenia skąd się biorą gangsterzy, którzy wychodzą przed szereg i robią coś takiego jak Dillinger. Ale to ja sam sobie dopisałem, film stawia na schematyczny melodramat i sporo całkiem fajnej akcji.

  • tak, film jest taki. Srogo sie zawiodlem, koszmarne dialogi, Bale caly czas mowi jakby w trakcie tego jadl bulkę, w jednej scenie myslałem, ze sie zaksztusił… Szkoda, oj szkoda, bo pare scen wygladalo fajnie… Ten poscig w sadzie byl milutki… Banalny, bezscenariuszowy film…

  • Hmmm, czyli Dillinger przywodzi na myśl Arsene’a Lupin, jakby z tej recenzji wynikało? Narobiłeś mi jeszcze większego smaku :)

  • Raczej szukałbym pierwowzoru obu tych postaci w Robin Hoodzie, postaci z angielskiego folkloru. Arsene Lupin to już przetrawiony początkami popkultury bohater.

  • au – film był kręcony dwoma kamerami, w scenach budynkowych itd mocno czuć cyfrę, w tych większych mniej, ale odpowiadając na twoje pytanie to tak, cały film tak wygląda.

    „a w innych (strzelanina w hotelu) zupełnie odstawały od konwencji.”
    Hotelowa strzelanka to imo geniusz, ale mniejsza. Pytanie – jakiej konwencji? W PE brak jakiejkolwiek konwencji, Mann odrzucił „stylizowane” zdjęcia, stylizowane cokolwiek na rzecz maksymalnie realistycznego, paradokumentalnego stylu.

    „Nieco irytował też zbytni nacisk kładziony na wątek obyczajowy, kosztem pokazywania działalności przestępczej” Jak dla mnie trochę czuć że Mann dokręcił te scenki żeby było więcej strzelania i żeby widz niedzielny nie narzekał. W sensie – jak dla mnie PE to jest kontynuacja ideowa dwóch poprzednich filmów MM, Thiefa i Heat. We wszystkich trzech pojawia się wątek kolesia, który postanawia zostawić gangsterkę na rzecz kobiety/życia rodzinnego. Więc trudno byłoby nie kłaść nacisku na wątek obyczajowy. : )

    „Miłośnicy współczesnego kina mogą narzekać na mało dynamiczny montaż i statyczność scen walk.” Nie mogą. : ) Strzelanki w PE są cholernie intensywne.

    „które może się podobać, ale i szybko się o nim zapomina.” Miałem w sumie na odwrót, film zaczął mnie naprawdę ruszać dopiero po wyjściu z sali kinowej.

    Generalnie oczekiwania miałem gigantyczne i film ich do końca nie spełnił. Najbardziej zawodzi pierwsze 20 minut, niemiłosiernie pocięte i nie emocjonujące. Natomiast wszystko co dzieje się gdzieś tak po ucieczce z paki w Indianie to jak dla mnie wielkie kino sensacyjne najwyższej próby. I do tego dość depresyjne.

  • Zgaduję, że pruderyjni Amerykanie nie odnieśli się w filmie do legendarnego penisa Dillingera?

  • Postaram się bez spojlerów.

    Ej no, „Wrogom publicznym” zarzucić można wiele, ale absolutnie nie to, że są „sztampowi”. Począwszy od nowatorskiego podejścia do scen akcji [abstrahując zupełnie od tego, czy ta cała koncepcja z roztrzęsioną, cyfrową kamerą i chaotycznym montażem to pomysł trafiony, czy nie – Mann wykazał się w tej kwestii, w czasach wszechobecnego i nierzadko bezmyślnie używanego CGI, niemałą odwagą], przez wybitnie nieholiłudzką konstrukcję scenariusza [miało być bez spojlerów, więc w tym wpisie tego nie rozwinę], aż po miażdżące zakończenie [i mówię tu o tej naprawdę ostatniej scenie, tuż przed napisami] – wszystko to składa się na obraz mocno nieszablonowy, szczególnie jak na kino amerykańskie.

    Krytyka postaci Dillingera nie do końca mnie przekonuje – powiem szczerze, że trochę zmęczony już jestem filmowym gangsterem, który obowiązkowo musi być zezwierzęconym, niehonorowym i cynicznym chamem, miotającymi „kurwami” na prawo i lewo. Taki klasyczny badboy-romantyk, na którego pewnie poleciałyby Wasze dziewczyny – przystojny i wygadany Wujek Cięta Riposta, który potrafi powiedzieć coś słodkiego o miłości, ale i przypierdolić umie, to może nic nowego, jednak w kinie współczesnym to całkiem miła odmiana.
    A scena w biurze FBI to kapitalne zwieńczenie postaci głównego bohatera, mające moim zdaniem udowodnić nie tyle spryt, co raczej bezczelność i nonszalancję Dillingera. Czyli właśnie te cechy, na których zbudowany został jego mit. Scena ta zresztą wcale nie jest „niezamierzenie zabawna” – jest zabawna całkiem zamierzenie :)

    A tak w ogóle, to muszę w końcu obejrzeć „Gorączkę”…

  • Gość – po części odnieśli.

  • @bekon – a, to to już jest insza inszość. Ale opis obu bohaterów – i Amerykanina, i Francuza – bardzo podobne :D

  • „Zakochuje się w zwykłej szatniarce (Marrion Cottilard), niczym Kopciuszka ocalając od biedy.”

    Pewnie, zwłaszcza na końcu – Kopciuszek pełną gębą. ;)

Dodaj komentarz