Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Zadebiutować w wyrazisty sposób


wywiady · komentarze 23

Trudy wywiadu
Zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników Motywu nie jest szczególnie zainteresowanych komiksem jako takim – to nic złego! Chciałbym jednak w tym tygodniu zaprosić Was wszystkich do lektury wywiadu z Marcinem Podolcem, Kolcem, jednym z najmłodszych i najciekawiej zapowiadających się rysowników w kraju. Kto wie, może to jego komiksy będą czytać na e-papierze Wasze dzieci. W gruncie rzeczy, Wy możecie zacząć to robić już dzisiaj, w bardziej tradycyjny sposób.

Wywiad przeprowadzaliśmy poprzez Gadu-Gadu na przestrzeni minionego tygodnia. W tym czasie Marcin zdążył narysować pięć odcinków „Kapitana Sheera”, jedną planszę w formacie A3 oraz zwichnąć kolano. To powinno Wam dać jakiś obraz na temat jego pracowitości. Nie mówiąc już o tym, że zamiast przygotować prosty obrazek do nagłówka, sporządził czterokadrowy komiks. No szaleniec, proszę Państwa.
Trudy wywiadu

Pierwszy raz poczułeś, że musisz zrobić komiks, gdy…
W przedszkolu miałem taki zeszyt, w którym rysowałem Żółwie Ninja. Kiedy wyczułem potencjał pojedynczych obrazków, postanowiłem zacząć stwarzać ich sekwencje, co w następstwie – z przymrużeniem oka i sporą dozą pobłażliwości – można nazwać moimi pierwszymi komiksami. Byłem sprawnym marketingowcem, tak sądzę: żerowałem perfidnie na popularności Żółwi Ninja wśród rówieśników. Dla niektórych te moje fankomiksy to były pierwsze historie obrazkowe, które przeczytali. Kiedy osławiony zeszyt osiągnął apogeum popularności, mój najlepszy kumpel postanowił mi go, nie krępując się zbytnio, podwędzić. Potem reklamował brulion jako własny, z racji, że nie pomyślałem o podpisaniu go. Dzisiaj zresztą też mało którą pracę sygnuję.

Kadry z komiksów Marcina Podolca
Wydaje mi się, że tego rodzaju opowieści o fankomiksach sporo osób ma na koncie, także tych, które komiksów od lat nie robią. A co sprawiło, że nie przestałeś rysować?
Chyba to, że jakoś na początku gimnazjum zacząłem czytać „ke?”, „kokoart”, trafiłem rykoszetem na „Shitodruk” i tam Maciek Pałka w końcu umieścił okładkę „Wacianych Kaflików Żyttu”. Kiedy zobaczyłem w rzeszowskim Empiku znajomy obrazek, nabyłem album, potem były pierwsze „Usagi”, w końcu kupiłem „Dom Żałoby” Pałki, Ronka i Szcześniaka. Cudowny zeszyt, naprawdę. To było coś, co potrafiło mnie zainspirować, zastanowić, oglądałem po kilkanaście razy niektóre kadry. Byłem pod mocnym wpływem tej historii kiedy narysowałem w dwa tygodnie dziesięciostronicowy komiks „Bezdany”, którego późniejszy sukces dodał mi wiary w to, że warto trenować.

No właśnie, tak naprawdę, to nie było jakoś strasznie dawno temu, a mimo to udało ci się zyskać pewną rozpoznawalność w środowisku komiksowym. Nie czujesz, że przez swój młody wiek, wszyscy patrzą ci na ręce zastanawiając się, co też z ciebie wyrośnie?
Myślę, że mało kto patrzy, a jeśli się mylę, to prawie nikt z tych-co-patrzą nie daje temu jednoznacznego wyrazu. Skarżyłem się nawet na to pokątnie w jednym z „Sheerów”. Mam kilka osób z którymi konsultuję swoje poczynania. Pierwszą z nich jest Robert Wyrzykowski, którego poznałem na forum „Usagiego” i od tamtej pory trzymamy się razem. Często dostaję od niego scenariusze, zaprosiłem go też do pracy nad serią o „Sheerze”. Jak mi napisze „Urocze to, panie” albo „Zajebiste!” to już wiem, że wszystko jest okej. Drugą osobą jest Wojciech Birek, któremu co parę tygodni robię prezentację ostatnich plansz, a on poleca mi różne wartościowe komiksy, często jeszcze niedostępne u nas w kraju. Ta znajomość pozwoliła mi zneutralizować część technicznych problemów, a także zauważyć pewne oczywistości formalne. Lubię też, kiedy czasem Daniel Chmielewski napisze od siebie parę słów w mejlu lub spotka się ze mną w stolicy i mogę sobie z nim porozmawiać o tym, co aktualnie produkuję. Co do rozpoznawalności w środowisku – naprawdę się ucieszyłem, kiedy na WSK usłyszałem od kilku komiksiarzy pokroju Dominika Szcześniaka czy Filipa Myszkowskiego: „Aaa tak, zaglądam czasem na twój blog, widziałem tę czy tamtą planszę z «Sheerem»!” lub kiedy przy okazji promocji „Ser-ca” Maciek Pałka napisał, że stale śledzi postępy. Budujące.

Kadry z komiksów Marcina Podolca
Jednym z twoich znaków rozpoznawczych jest wygrywanie różnych komiksowych konkursów. Co daje początkującemu twórcy uczestnictwo w tego rodzaju zawodach?
Nie będę pisał o doświadczeniu, „ograniu”, próbie sił etc. Mnie to daje jedynie termin, którego muszę dopilnować i dzięki temu moja komiksoteka sukcesywnie się powiększa. Choć i bez tych konkursów dyscyplina raczej nie ulega zbytniemu rozluźnieniu. Dla przykładu – rok 2008 był rokiem, w którym każdego dnia musiałem narysować coś komiksowego. Na feriach w Krynicy zbudziłem się nawet jednej nocy koło północy, bo niczego nie stworzyłem przez cały dzień, a już mi się przedsięwzięcie zakodowało. Narysowałem szybko jakąś komiksową mordkę i padłem dalej. Z latami na pewno da się wyrobić taki eisnerowski czy schulzowski rytm, choć – wiadomo – jest to strasznie eksploatujące. Nie dążę więc do tego na ślepo.

Wspomniałeś wcześniej o swojej współpracy z Robertem Wyrzykowskim. W czym lepiej się odnajdujesz – w rysowaniu do czyjegoś scenariusza, czy gdy wszystko w pełni zależy od ciebie?
Zależy to od kilku czynników. W „Sheerze” na przykład chodzi głównie o przekaz – rysunki są przeważnie tylko dopełnieniem. Robert potrafi bardzo dobrze zaaranżować sytuacje wyjściowe, często dodaje ciekawe drobiazgi do akcji, ale czasem nie podobają mi się teksty, które wkłada w usta Kapitana czy Bosmana i wtedy dyskutujemy. Porównujemy nasze pomysły i najczęściej je miksujemy. Od Roberta dostaję zawsze elegancko spisany scenariusz. Kiedy sam robię „Sheera”, przeważnie mam wszystko tylko w głowie i muszę się streszczać z rysowaniem, żeby nie zapomnieć całej sytuacji. Bo jakbym zaczął spisywać teksty, pomieszało by mi się wszystko i wyszło najpewniej przekombinowane. Jeśli więc chodzi o „Sheera” – myślę, że mimo iż scenariuszowanie jest rozbite na dwie osoby, to zachowuję własną wizję serii. Czasami jednak moja część pracy bierze swój początek od samej formy. Wymyślam sobie styl, w którym chciałbym się sprawdzić i kiedy dostanę tekst, do którego da się go wykorzystać, to już mało myślę o tym, co jest w scenariuszu, bo pochłania mnie rysowanie. Tak było m.in. w „Bossie” czy komiksie o Rosji, którego nazwy nie mogę spamiętać. Kurde, momentami mnie skręca, że nie mam od kogoś pomysłu na album na powiedzmy sto stron, bo jak już sobie wymyślę styl to się podpalam i umiem szybko pracować. Tak więc, odnajduję się dobrze zarówno we własnych, jak i w cudzych scenariuszach, bo nawet do tych drugich zawsze zapcham nieco kolcowych rozwiązań.

Kadry z komiksów Marcina Podolca
Czujesz się związany z jednym gatunkiem komiksu? Większość wychodzących spod twojej ręki historii to zazwyczaj różnego rodzaju komedie obyczajowe, widzisz siebie pracującego nad komiksem pełnym wybuchów, broni czy horrorem?
Nie umiem rysować broni, taki Adler chyba by mnie zjadł. Co do horroru, to zabawna sprawa, bo ostatnio rozmawiałem o komiksie w tych klimatach z jednym scenarzystą. Jeśli chodzi o horror to poradziłbym sobie, czemu nie. Oczywiście zachowując odpowiednią konwencję i umowność. Co się tyczy wybuchów i broni, to zacząłem w pewnym momencie rysować „Dampca” dla Jerzego Szyłaka. Scenariusz mi się podobał, miałem już rozrysowane parę stron, ale zdecydowałem, że współpracę należy przerwać. To jednak nie moja bajka. Chcę zadebiutować w wyrazisty sposób. Mam już nawet pewne plany. „Ser-ce” nie było autorskim debiutem, tylko zleceniem. Wiem, że nie do końca o to chodzi w pytaniu, ale chcę zaznaczyć, że „Sheer” komedią nie jest. To w sumie komiks o beznadziei, pustce i związanych z nimi przemyśleniach.

A nie uważasz, że z opowiadaniem o beznadziei i pustce jest nieco jak z bluesem? Trzeba mieć parę lat na karku, swoje przeżyć. Gdy w liceum ktoś nam złamie serce wierzymy, że to jest już koniec świata. Parę lat później, okazuje się, że nie miało to znaczenia. Co więc może czytelnikowi przekazać nastolatek?
…którego na dodatek przygody pod każdą postacią omijają szerokim łukiem… W „Sheerze” jest w sumie sporo motywów zaczerpniętych z autopsji. Odcinek pierwszy – o zapadniętej klatce piersiowej – wymyśliłem, kiedy leżałem dłuższą chwilę na łóżku i rozmyślałem o znikomej objętości własnych płuc. Pewnego dnia, podczas zawiei przygarnęliśmy małego czarnego psiaka. Wieczorem już był o tym gotowy odcinek. W miniserii o wydawnictwie Bosmana przemycam osobiste poglądy na światek komiksowy. Zacząłem robić te plansze w dziwnym dla mnie okresie, w którym to dążyłem do możliwie jak największej alienacji i w którym nie umiałem się cieszyć praktycznie z niczego. Zauważ, że w kilku pierwszych odcinkach szczury nie uśmiechają się ani razu… Kapitan z Bosmanem tworzą nową jakość – jak mówi Daniel Chmielewski – demokracji. Dla mnie są jedną istotą, która na dodatek mówi moimi ustami. Chyba traktuję ten komiks jako rodzaj terapii dla siebie. A czy ty uważasz, że temu nastolatkowi udaje się coś przekazać przy pomocy dwóch szczurów o za krótkich ogonach, psa oraz puszki po sardynkach na środku… niczego?

Kadry z komiksów Marcina Podolca
Cóż, dla mnie „Sheer” to taki komiks, hm, o szczurach jakby.
A szczury to podobno strasznie inteligentne zwierzęta i dlatego w tych swoich labiryntach zasuwają… tylko moje szczury jeszcze nie umieją znaleźć wyjścia. Czyli beznadzieja i pustka. No a taki labirynt to dodatkowo zawsze składowa czyjegoś eksperymentu…

Skoro Bosman i Kapitan są tobą, to kto przeprowadza eksperyment?
Są mną jeśli chodzi o emocje, a eksperyment przeprowadzamy z Robem jako komiksiarze. Zastanawiamy się ciągle, czy Sheer i Bosman potrafią zaintrygować ludzi jako bohaterowie komiksowi. Niektóre reakcje wskazują na to, że tak. Nawet zinowcy chętnie przyjmują nasze historie – pierwszy Kapitanowi dał szansę Tomek Pastuszka, dzięki. A to dopiero początek serii, więc jestem optymistą.

A czy patrząc na bohaterów „Sheera”, czujesz, że to jest właśnie to, że są bohaterowie, że to jest komiks, który chciałbyś tworzyć przez następne kilka lat? Czy też może nie masz ochoty się tak ograniczać?
Nie umiałbym „Sheera” traktować jako ograniczenia. Mogę w nim opowiedzieć dosłownie o wszystkim i nie zasieje to większego zgorszenia. Moim celem jest lekkie wypromowanie serii na starcie, do internetu trafi około 20 odcinków. To będzie dopiero 1/5 lub 1/6 objętości albumu. Kiedy już będzie tyle stron, ile chciałbym mieć wydane, podpiszę się pod tym w końcu „Marcin Podolec”, poproszę paru znajomych o pinupy i to będzie dla mnie naprawdę ważny dzień, dla którego warto rysować te same ryjki przez powiedzmy dwa lata. Bo jeśli jakiś wydawca zechce przygarnąć „Sheera”, to marzy mi się na premierę 2010 rok. Na boku pracuję nad kilkoma innymi komiksami, ale na pewno chcę zadebiutować albumem konkretnej grubości. Zresztą nawet teraz „Sheer” nie jest ograniczeniem, skoro aktualnie pracuję nad 4 komiksami. Zarówno jako scenarzysta i rysownik.

Kadry z komiksów Marcina Podolca
W 2010 roku będziesz miał 19 lat. A co w takim razie zamierzasz robić w 2015?
Pewnie dalej będę prowadzić swojego bloga, przywiązałem się do niego. Będzie już wtedy niezłym wglądem w postępy. Mam nadzieję, że przyda się młodym rysownikom. Nie wybrałem jeszcze kierunku studiów – trąbienie, że „z komiksu wyżyć się nie da” jest uzasadnione, więc się zastanawiam, czy warto doświadczać tego na własnej skórze. Z drugiej strony naród się chyba ukomiksawia coraz bardziej… W przypadku planów komiksowych myślę, że sprawę przesądzi akceptacja lub jej brak dla mojego debiutu. Na czerwonym świetle daleko nie pojadę. Aaale, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to powinienem mieć już wtedy parę albumów na koncie. Marzy mi się zrobienie serii kreską podobną do loiselowskiej z „Piotrusia Pana”. Scenariusz do komiksu, gdzie mógłbym jej użyć, byłby dla mnie prestiżową sprawą i pewnie dłubałbym się niemiłosiernie z każdą planszą. Ale ja już chyba to lubię.

Jesteś największym, najwyższym i chyba też, dzięki „Ser-cu”, najmłodszym polskim twórcą komiksowym z albumem na koncie. Jakie jeszcze „naj” masz w planach w najbliższej przyszłości?
„Ser-ce” wyszło we wrześniu, a „Rycerz Janek”, z rysunkami Igora Wolskiego, też rocznik ’91, w październiku, więc wydaje mi się, że dobrze to sobie obliczyłeś. Ale to w ramach ciekawostki oczywiście. W komiksie z nikim nie powinno się konkurować, bo zatraca się własną wrażliwość. Spodobało mi się zdanie KRLa, a poniekąd Śledzia, z wywiadu przeprowadzonego przez Tomka Pstrągowskiego: „Żeby robić dobre komiksy niekoniecznie trzeba być na bieżąco ze wszystkim. Bo wtedy włącza się jakaś taka zwykła zazdrość i zawiść, i zamiast siedzieć, i robić swoje, to analizujemy czyjeś rysunki, a to tylko rozprasza uwagę”. Poznałem tę prawdę jakiś czas temu, tylko nie umiałem jej ładnie nazwać. Myślałem już nawet, że przestają mnie komiksy kręcić. Ale wtedy z kolei rosło tempo rysowania, więc już całkiem mi się zaczęło mieszać. O, mogę być najbardziej pomieszaną głową w naszym światku. Najchudszy nie będę, żeby cię nie detronizować, największej ręki też nie mam, bo przewodzi Koko, Bele z kolei najbardziej nie wie, gdzie jest Jarosław; najfajniejszy kapelusz ma godai, ale może jakbym się nieco zapuścił to pobiłbym Gonza w kategorii najbujniejszej bródki.

I na koniec, specjalnie dla Motywu, odcinek „Kapitana Sheera”:
Kapitan Sheer

komentarze 23

  • Ha, a ja na blog kolca zaglądam już od jakiegoś czasu :)
    Dobry wywiad, znakomity odcinek specjalny xD

  • Bardzo fajny wywiad.

    Z tym, że jeśli chodzi o debiuty to niepobitym do dziś rekordem jest LBDY. Tkachoz miał wtedy 14 lat.

  • No ale zaraz. To chyba coś innego jak ktoś sam się wydaje, czy debiut w jakimś zinie, a co innego debiutowanie komiksem wydawanym przez jakąś zewnętrzną firmę i to jeszcze w nakładzie 3000, czyli takim, którego dajmy na to Tkacz (żeby już nie wymieniać Macieja Pałki) jeszcze długo nie osiągnie. Oczywiście popraw mnie, jeśli się mylę.

  • Może przyjmij kryterium kredy (to akurat Kolec w SerCu miał) i twardej okładki?

    Oczywiście, że się mylisz. W kontekście naszego rynku nie ma znaczenia czy wydałeś się sam czy wydał Cię kolega (Godai, Timof) czy dostałeś kasę za zlecenie, którego nawet nie można traktować jako pełnoprawnego (czy też tytułowego „wyrazistego”) debiutu.

    Album to album.
    W LBDY były nawet trybuty w wykonaniu śmietanki komiksowego półświatka :)

  • Tak czy inaczej, młode wilki polskiego komiksu uratują to, zniszczyli ich starsi koledzy,o! :-)

  • Ja wchodze na Kolcowego bloga mniej więcej raz w miesiącu. Za każdym razem opada mi żuchwa na podłogę bo progres jest konkretny.

  • karolkonw

    kolec ja na młody wiek to pytuje maksymalnie:|
    tak se patrze i zaliczam opad szczeny i drapanie sie po glowie vel kroczu myśląc to komuś jeszce się chce:|

  • Maciej, a to sorry. Bo dla mnie ma znaczenie, czy wyda się samemu, czy wyda timof obok takich hitów jak „Odwrócenie” Bolkowskiego, czy może wyda KG.

    To skoro tak, to myślę, że i tak wszystkich na głowę bije pszren, który pewnie w wieku 4 lat wydał już jakiś eksperymentalny komiks w nakładzie dwóch sztuk.

    Ale cóż, każdy liczy inaczej, jak widać ;).

  • Liczy się debiut, album, autorskie dzieło.

    A teraz zaczynasz wprowadzać podział na „lepsze” debiuty i „gorsze”. Gdybyś przynajmniej różnicował biorąc pod uwagę treść, a Ty jedziesz kryterium kredy i hardkowera?

    No bez jaj.

  • Łukasz jesteś bucem. Nadal. Wygnanie z internetu nic Cię nie nauczyło.

    Wywiad ciekawy, Marcin ładnie pociska. Ja tam lubie śledzić jego postępy.

    I nadal nie wiem gdzie jest Jarosław. To napewno nie jest gdzieś na Kabatach?

  • Sheer Kapitan bardzo ok:).

  • Obecność numeru ISBN może być takim cwanym mykiem na określenie, na ile debiut jest poważny. „Ser-ce” takowy numer ma, właśnie sprawdziłem swój egzemplarz.

    A co do Kolca i jego progresu – mi regularnie szczęka opada od prawie dwóch lat. Marcin to jeden z nielicznych rysowników na naszym podwórku, który dąży do operowania licznymi stylami – czego mogą chociażby dowieść zamieszczone w tekście kadry.

  • Rob – LOL. Przywoływany Pszren też ma ISBNy. To nie jest żaden argument.

  • Jak to nie jest?

    Macieju, czyżbyś nie uznawał dzieł Piotra Szreniawskiego za pełnoprawne albumy?

  • przez wzgląd na osobe tkachoza powinien mu sie laur należeć. kaman – 14 lat.

  • Dla Kolca wielki szacu. Za pracowitość, progres i zapał.

    @Rob – ja bym w tych poczynaniach Kolca, widział raczej szukanie krechy, w której w końcu najlepiej się poczuje, niż dążenie do operowania różnymi stylami.
    O operowaniu różnymi stylami to można mówić w przypadku Gawrona czy Frąsia.
    U Kolca wszystko na razie kręci się wokół cartoonu. Fakt, że w różnych manierach, ale zawsze.
    Ale to już pewnie sam Kolec wie najlepiej do czego dąży:)

  • Rysunkowo to mnie się osobiście najbardziej podoba kiedy Kolec pociska w czerni i bieli.

  • Kurde nie wiedzialem ze kolec taki mlody jest…

    Dobrze ze moj mozg nie uznaje ze taki stary ze mnie pierdziel i zyje w krainie w ktorej ciagle mam 17 lat…
    sialalalala

  • Już samo wydanie w wieku 14 lat, nawet bez ISBNów, hardkowerów, kredy i trajbutów czy innych wyznaczników klasy i lepszo-gorszości debiutu zasługuje na laur :) Kto się może czymś takim pochwalić w ostatniej podstawówki (starsi) / połowie gimnazjum (młodsi), nawet (a może zwłaszcza?) jeśli własnym kosztem wydał?

  • Panowie, ja tylko sprostowałem fakt. Widzę, że się mega offtop zrobił i Kolcowi może być przykro. Jego pracę powinniśmy komentować a nie deliberować czy prawdziwy debiut jest tylko wtedy gdy komiks zostanie wydany przez Marvela.

  • @ Jaszcz – o te maniery mi właśnie chodziło.

  • Mi też się zrobiło przykro, ale dzięki Macieju, debiut Tkachoza był już tak dawno, że o nim zapomniałem :)

  • @pjp: nakład Ser-ca to 4000, 3200 dostali krakowianie, 200 komiksiarze, resztę połkął był szpital.

    A skoro już piszę, to dzięki za komentarze i maile.

Dodaj komentarz