Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Przerwany lot świetlika


film, telewizja · komentarzy 29

Firefly

Jeżeli ktoś rzuci nam hasło „serial rozgrywający się w przestrzeni kosmicznej”, naszą pierwszą odpowiedzią będzie zapewne „Star Trek”, następną pewnie „Battlestar Galactica”. W sercach fanów gatunku szczególne miejsce zajmuje jeszcze trzeci, „Firefly”, znany głównie z tego, że w przeciwieństwie do dwóch wyżej wymienionych tytułów, został skasowany w trakcie pierwszej serii, zanim zdołał wykiełkować w wieloletnią sagę.

Leżący u podstaw serialu Jossa Whedona pomysł oczarowuje swoją prostotą i potencjałem. Jako, że większość rozgrywających się w przestrzeni kosmicznej seriali opowiadała o perypetiach załóg dużych statków i krążowników, w „Firefly” bohaterem zbiorowym jest grupa drobnych przestępców, którzy rozbijają się po obrzeżach galaktyki w zdezelowanym statku. To pierwsze przełamanie schematu. Drugim jest sięganie pełnymi garściami do stylistyki westernu i mieszanie tego z kameralną operą kosmiczną. Bohaterowie włóczą się od zakurzonej planety do zakurzonej planety w poszukiwaniu zlecenia. Jednakże zazwyczaj gdy już dostaną robotę, to w jej wykonaniu przeszkadza im honor i poczucie przyzwoitości.

Załoga, a zatem poczet głównych bohaterów, składa się z dziewięciu osób: kapitanem jest Malcolm Reynolds, weteran przegranej wojny domowej, jego prawą ręką jest Zoe, która walczyła z nim w jednym oddziale, pilotem – mąż Zoe Wash, specem od brudnej roboty – cwaniakowaty Jayne, a mechanikiem prostoduszna Kaylee. Razem z piątką podróżuje luksusowa prostytutka Inara, która wynajmuje od nich wahadłowiec. W pierwszym odcinku serii na pokład zabrana zostaje trójka pasażerów, która jak się szybko okaże, będzie towarzyszyć załodze na dłużej: skrywający mroczną tajemnicę pastor Book, oraz uciekające przed rządem rodzeństwo Tanów – przystojny chirurg Simon, oraz ofiara wojskowych eksperymentów medycznych, jego siostra, River. Z całej dziewiątki na pierwszy plan wybija się kapitan Reynolds, brawurowo zagrany przez Nathana Fillona, reszta nieco snuje się na drugim planie. Pomimo faktu, że nie zapisują się w pamięci jako ciekawe indywidualności, dobrze ogląda się ich razem, jako załogę.

Firefly

Wykreowany na potrzeby serialu świat stanowi mieszankę wspomnianego westernu z fantastyką naukową, starego z nowym. Z jednej strony mamy więc podróże kosmiczne, nowoczesną telekomunikację, z drugiej technologia nie jest aż tak zaawansowana i błyszcząca, a mieszkający na rubieżach osadnicy jeżdżą na koniach i posługują się XX-wieczną bronią palną. Znaną człowiekowi przestrzenią rządzi Sojusz Anglo-Chiński, który reprezentuje centralne planety i raptem kilka lat temu zdusił opór zewnętrznych. Ludzkość nie nawiązała jeszcze kontaktu z obcą cywilizacją, a największym zagrożeniem są Łupieżcy, gang zdziczałych ludzi, który zabija, a potem gwałci, wszystko co się da. Najciekawszą z tego wszystkiego jest koncepcja wymieszania anglosaskiej, zachodniej kultury z chińską. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w mowie – bohaterowie klną po chińsku – i strojach. W obsadzie trudno jednak dostrzec mających wschodnie rysy aktorów, co jest nieco dziwne, zważywszy na nacisk położony na te azjatyckie wstawki.

„Firefly” to w gruncie rzeczy serial przygodowy – pełno tu strzelanin, pościgów, podstępnych planów i nagłych zwrotów akcji. Akcja toczy się wartko, od czasu do czasu rozbijana jakimś komediowym elementem czy wzruszającym momentem. Naprawdę można się miejscami wczuć w losy załogi. Jest jednak coś w dziecku Whedona, co sprawia, że trudno się dziwić, że serial został zawieszony. W większości przypadków aktorstwo jest mocno średnie, a fabuły niektórych odcinków cierpią z powodu upchnięcia ich w zbyt krótki czas, tracąc sceny, które powinny się w nich znaleźć. Największym jednak problemem jest niedofinansowanie serialu, najbardziej widoczne w scenach pełnych akcji i wymagających użycia efektów specjalnych. Oglądane dziś sekwencje komputerowe zestarzały się w o wiele większym stopniu niż powstałe w podobnym okresie te znane z pierwszego i drugiego epizodu „Gwiezdnych Wojen”. Bohaterowie podróżują od planety do planety, jednakże większość z nich wygląda identycznie – jak któryś z południowo-zachodnich Stanów Ameryki Północnej. Pomysł, aby na biednych planetach bohaterowie posługiwali się dzisiejszą bronią palną jest fajny, ale zdaje się być jedynie rozwiązaniem dla braku pieniędzy, który nie pozwalał na lekkie ucharakteryzowanie AK47 czy MP5. Ciekawostką jest, że w niektórych scenach wykorzystano kostiumy pozostałe w magazynach po „Żołnierzach kosmosu”. Widać, że Whedon chciał stworzyć w serialu atmosferę znaną z kantyny w Mos Eisley, jednakże po prostu nie miał na to środków. Ekipa bardzo się starała, jednak końcowy efekt nie robi odpowiedniego wrażenia.

Firefly

„Firefly” powstawało w 2002 roku i jest jednym z tych staromodnych seriali, które nie skrywają przed nami Złowrogiej Tajemnicy, ani nie wymagają śledzenia każdego odcinka w obawie, że umknie nam jakiś szczegół. Tutaj większość epizodów to zamknięte fabuły, które powoli budują klimat serii. W telewizji ukazało się wyłącznie 11 odcinków, które zainteresowały zbyt małą publiczność, aby stacji Fox chciało się dalej w serial inwestować. Pieniędzy starczyło na nakręcenie trzech dalszych odcinków dostępnych w wydaniu zbiorczym na DVD, jednakże pierwsza seria, jako całość, miała liczyć ich więcej. Whedon pierwotnie planował siedem sezonów „Firefly” i po obejrzeniu niedokończonego pierwszego trudno spekulować, jak wyglądałaby reszta. Serial znalazł jednak swoje zakończenie w kinowym filmie ″Serenity″, który tak naprawdę jest dłuższym, piętnastym odcinkiem i trudno go obronić jako coś oddzielnego. Dla fanów ″Firefly″ film jest jednak miłym, ostatecznym pożegnaniem z serią, a Whedon wreszcie dostał dość pieniędzy na efekty specjalne, aby zrealizować naprawdę imponującą bitwę kosmiczną – coś, czego w telewizyjnym oryginale stanowczo brakowało.

Trudno jest trochę oddzielić „Firefly” od leżącej u podstaw jej popularności wśród geeków i nerdów legendy. Oto mamy serial, którego nie doceniła masowa publiczność, ale przez lata w sklepie „PvP” można było kupić koszulki z cytatem ″Joss Whedon is my master now”, a odniesienia do jego dziecka co chwila pojawiają się w „XKCD”. Niedługo na łamach „Kolektywu” ukaże się „Recours” Roberta Sienickiego i Łukasza Okólskiego, tworzone wyraźnie pod urokiem Whedona. Jest w oglądaniu tego serialu coś z pogranicza rytuału wejścia na wyższy poziom nerdostwa, lekki snobizm, że traci się czas na urwany u zarania serial, który przecież mógł być taki świetny. ″Firefly″ jest na swój sposób czyste, niewinne, nigdy nie dotrwało do słabszych następnych sezonów. Pomimo protestów fanów nie nakręcono kolejnych odcinków na pół gwizdka – przykład drugiego sezonu ″Jericho″ pokazuje, że nie zawsze jest to szczęśliwe rozwiązanie. Miłośnicy serialu mogą więc w spokoju oglądać sobie te kilkanaście odcinków i marzyć, jak by to wyglądało gdyby się udało. Tylko trochę szkoda, że samo „Firefly” nie było dość dobre, aby zapisać się w pamięci ogółu inaczej niż „ten staromodny serial, który nie doczekał się dalszego ciągu”.

komentarzy 29

  • karolkonw

    z tym nerdostwem to roznie bywa akurat ten serial to rzecz absolutnie ukochana mojej lepszej polowy ktorej trudno o nerdostwo posadzac bo dla niej np BSG to za duży poziom SFnerdostwa

    mi się to oglądało mega miło i szczerze mówiąc jakoś kompletnie nei raziła mnie „taniość” tego filmu

  • Miałem się zabrać za ten serial – ale tak kobieta z dużymi ustami mnie za każdym razem trochę od niego odstraszała nie wiedzieć czemu.

  • Musze zdobyć w końcu „Firefly”
    Musze zdobyć w końcu „Firefly”
    Musze zdobyć w końcu „Firefly”

  • JAPONfan

    Najpierw powiem „Lexx” a potem „czerwony Karzel” potem „star trek”. a przed Galactica jest Andromeda z boskim Kevinem Sorbo.

  • „Ciekawostką jest, że w kinowej wersji wykorzystano kostiumy pozostałe w magazynach po “Żołnierzach kosmosu”. ”
    W serialu właśnie, nie w kinówce (oporządzenie starszip truperów przemalowane na fioletowo).
    A w ogóle to starzejące się efekty? Kiepska gra aktorska? Nie przyjmuję do wiadomości :)

  • Windom: dzięki, pomieszało mi się od równoczesnego czytania obu działów z trivią na IMDB :) „Kiepska”, to może nie, ale Sean Maher, Baccarin czy Baldwin są momentami tak drewniani, że aż zęby mi zgrzytały. No i te sceny ze strzelaninami na poziomie „Drużyny A” :)

  • Konradzie, jeśli spróbujesz szargać świętość „Drużyny A”, to wyzwę Cię na pojedynek na przerobione furgonetki… Albo ilość łańcuchów na klacie… Więc uważaj.

  • Baccarin jest super piękna.
    A ja myślę, że po „Serenity” nie było po co krecić kontynuacji. Ładnie zakończyli główny wątek.
    Whedon czasami powraca do Firefly w komiksach. Był komiks pomost pomiedzy serialem a filmem. I teraz jakaś druga miniseria, która też jest pomiędzy osadzona.
    Najfajniejsze jest, że Nathan Fillion wciąż uważa Malcolma Reynoldsa za swoją najlepszą rolę. :)

  • Hmm, czy tylko mi się to kojarzy z Million Miles Away? ;]

  • „MMA” nie oglądałem, ale „Cowboy Beepop” też gdzieś w tle dzwoni.

  • http://mma.rut.pl/

    Raczej nie czytałeś, a nie oglądałeś. :P

  • Plask, pomyliło mi się ze „Spirited Away”. A MMA próbowałem czytać, kiedyś.

  • Tylko trochę szkoda, że samo “Firefly” nie było dość dobre, aby zapisać się w pamięci ogółu inaczej niż “ten staromodny serial, który nie doczekał się dalszego ciągu”.

    Osz ty wstretny oblśizgły galaretowaty glucie !! Jak smiesz !! oełg…

    Mnie serial od razu spasował idelanie. Łyknołem cały chyba w jeden weekend. Jak dla mnie miazga. Żadnej z wymienionych przez ciebie wad nie zauważyłem. Nawet żdziwiłem sie skąd je wziołeś…. :O ==> :P

    Byc moze jest z tym serialem cos takie go jak z malarzem co sie za wczesnie przekręcił. Byc może…
    Z tym nerdostwem i strata czasu na oglądanie serialu co sie zaraz kończy sie nie zgodze. Ma przecież zgrabne zakończenie filmem i można to traktowac jako całośc i taki mini serial. Jest to po prostu kawał dobrego s-f i kwestia tylko czy podpasuje czy nie.

  • Ja jakoś nigdy nie przepadałem za serialami sci-fi, ale ten artykuł przypomniał mi o dość starym felietonie, który ukazał się bodajże w fantasy. Anyway, jeżeli komuś przypadł firefly do gustu, to z takich „zakończonych w połowie” seriali )w identycznych klimatach) można jeszcze polecić: kosmiczną krucjatę, nową ziemię i gwiezdną eskadrę. Ponoć fani sci-fi cenią sobie te tytuły. Ja tam się nie znam ale jeżeli komuś przypadną do gustu owe – to dobrze ;)

  • Nową Ziemię lubiłem. Ale to było ładny kawałek czasu temu (jeśli nie pomyliłem seriali). Ładnych wiele lat. Z pół życia prawie.

  • „Nowa Ziemia” to było to o chłopcu, który mieszkał w bazie wyglądającej jak namiot cyrkowy? Bo była jeszcze „Ziemia 2” na Polsacie z demonicznym Timem Curry i potworami wyskakującymi z ziemi.

  • Gwiezdna eskadra klasyk. Bardzo fajny ale teraz juz efekty specjalne trącą. Ziemia 2 też fajne. Musze tego poszukac bo ogladałem to chyba ze 100 lat temu.

  • Przychylam posta Karolowikonw.
    Firefly jest ulubionym serialem sci-fi mojej żony. Ja też uważam, że jest to kapitalna seria a po „Serenity” nie ma sensu zastanawiać się „co byłoby dalej”. Pełnometrażówka właśnie odpowiada na to pytanie.

  • Najzabawniejsze jest to, że u nas pełnometrażówka była w kinach, a serial chyba wcześniej nie był emitowany. Co się nieco mija z celem, bo jak dla mnie „Serenity” to właśnie epicki „Series Finale”.

  • ziemia 2 to jest kufa dobry serial. tylko, że nic z niego nie pamiętam. ale pamiętam, że był dobry.

  • A i tak wszystkie wymienione tu seriale „Babylon 5” zjada na śniadanie. Bez popicia. No i ma tą zdecydowaną przewagę nad chociażby „Firefly”, że udało się go dokończyć.

  • „Firefly” jest jednym z ulubionych seriali mojej konkubiny.

  • Nom, kult-serial z wybitnym klimatem. Od „Firefly” lepsza jest tylko „Drużyna A”.

    Tyle że.
    „Firefly” powstawało w 2002 roku i jest jednym z tych staromodnych seriali, które nie skrywają przed nami Złowrogiej Tajemnicy, ani nie wymagają śledzenia każdego odcinka w obawie, że umknie nam jakiś szczegół”

    Oj nie zgadzam się. Dla mnie Firefly jest właśnie jednym z pierwszych seriali z tajemnicą, a konkretniej miliardem tajemnic: w ciągu zaledwie kilkunastu odcinków dowiadujemy się przecież mnóstwa sekretów z przeszłości całej załogi, przede wszystkim River, a potem cały wysyp wyjaśnień następuje jeszcze w „Serenity”.

  • Burzol: niby, ale to dla mnie zupełnie inna konstrukcja niż „Zagubieni” czy „Prison Break” – nie ma tutaj jakiegoś jednego określonego celu, jak ucieczka z wyspy czy więzienia. Owszem, każdy z bohaterów ma jakąś przeszłość, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, kim był wcześniej Book i co robiono River.

    Inna sprawa, że mnie konkluzja wątku River w „Serenity” średnio przekonuje.

  • zapomnieliście o SG

  • i Farscape

  • karolkonw

    czyli ulubiony serial zon i konkubin…\ładnie

  • ja bardzo przepraszam, ale kiepskie aktorstwo, do chuja pana?! gdzie i kiedy niby? i te mniamniuśne whedonowskie dialogi podane tak, że lepiej nie można… wzburzyłam się ;))
    jakby kto chciał, to dysponuję hamerykańskim devede.

  • W pierwszym zdaniu powyższego artykułu brakuje mi „Babylon 5”. Sam nigdy nie oglądałem, ale słyszałem, że rzecz wybitna. No i wiadomo: Straczynski.

    „Ziemia 2” – jeden z pierwszych seriali, które regularnie śledziłem… Teraz pamiętam z tego tylko czarnoskórego androida, który nazywał się tak jak ten uniwersytet w USA.

    W temacie odcinkowego, kosmicznego s-f polecam mini-serial „Diuna” (i kontynuację pt.: „Dzieci Diuny”). Dla fanów książkowego oryginału powinno być bardziej strawne niż wersja Lyncha.

Dodaj komentarz