Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Big Guy i Rusty Robochłopiec


papier · komentarzy 13

Big Guy is biiig!

„Wzywam wszystkie jednostki! Miller i Darrow znowu szaleją! Centrum Tokio pustoszy genetycznie zwichrowany gadający dinozaur! Niech ktoś nas ocali!”
Ludzi mających alergię na patos, śrubki i styl ligne claire prosimy o wzięcie jakichś proszków przed zabraniem się za świeżo wydane dzieło tego duetu.

„Big Guy i Rusty Robochłopiec” to komiks, z którym mam ewidentny problem, bo przy jego opisywania nie da się uniknąć wytartego i zużytego określenia: „gra z konwencją”. Wiem, że często się go nadużywa, korzystając z magicznej „gry” jak z wytrycha, by wyjaśnić dziwne zabiegi lub po prostu niedociągnięcia fabularne. Jednak do „BGiRR” to określenie pasuje jak do żadnego innego komiksu, dotyczy bowiem nie pojedynczych elementów: fabuły czy kreacji bohatera, a całości. „Big Guy i Rusty Robochłopiec” nie da się czytać bez przymrużenia oka, a i przymrużone potrafi zostać ukłute nachalną stylizacją.

Fabuła to tylko pretekst – na kilku pierwszych stronach dowiadujemy się o tajemniczej korporacji, o znajomo brzmiącej nazwie „Itsibishi”, która właśnie finalizuje nowatorski eksperyment genetyczny. Nikt nie wyjaśnia po co to robią, bo czytelnik widząc już na pierwszej stronie określenie „naukowy sukces” ma pewność, że coś zaraz wybuchnie. Istotnie – eksperyment wylewa się na ulice pod postacią olbrzymiej bestii i atakuje wszystko, co się rusza. A to dopiero pierwsze osiem stron. Początek iście w stylu guru Hitchcocka, a dalej jest już czysta akcja – Japonia i USA wysyłają dwa roboty, które za wszelką cenę mają powstrzymać genetyczną aberrację.

Big Leg is biiig!

Odtrąbiona wcześniej gra z konwencją nie jest trudna do odnalezienia – z tyłu okładki zaznaczono, że „Big Guy i Rusty Robochłopiec” najbardziej spodoba się miłośnikom filmów z Godzillą i komiksów z lat siedemdziesiątych. Inspirację gumowym potworem widać jak na dłoni – pierwsza połowa komiksu to demolka Tokio, połączony z roznoszeniem w pył konwencjonalnych wojsk. Fan produkcji z wielkimi potworami i starych komiksów odnajdzie tu na pewno wiele nawiązań. Geoff Darrow rysuje tę masakrę w tym samym stylu, co „Hard Boiled”, zgodnie z regułami ligne clare – precyzyjnie obwodzi czarną obwódką każdą lecącą cegłę i zaznacza każdą bruzdę i zgrubienie na skórze bestii. Nasyca swoje prace olbrzymią ilością szczegółów – trudno nie dostać oczopląsu. Rysunki na pewno nie pozostawią Was obojętnymi. Albo się nimi zachwycicie, albo je znienawidzicie – ale nawet wtedy zrobi na Was wrażenie kunszt rysownika i ogrom pracy jaki musiał włożyć w stworzenie tych osiemdziesięciu stron. Egmont, podobnie jak w wypadku „Hard Boiled”, zdecydował się na format większy niż A4, twardą oprawę i kredowy papier, co sprawia, że bardzo dobrze podziwia się olbrzymie dwustronicowe kadry stworzone przez niezmordowanego Geoffa Darrowa.

Niestety, o ile „BGiRR” dobrze się ogląda, to z czytaniem jest już nieco gorzej. Nie chodzi mi o płytkość fabularną, bo jest ona zupełnie na miejscu. Bardziej drażni urwany wątek. Jednak co innego powoduje, że „BGiRR” jest po prostu męczący w lekturze. Frank Miller ze starych zeszytów o herosach zaczerpnął rozbudowaną narrację, streszczającą nam to, co widać na kadrach, pełną bogatych porównań i dramatycznego zawieszania głosu. Także same postacie nie szczędzą nam patetycznych monologów i komentują podejmowane przez siebie działania. Gratuluję tłumaczowi zgrabnego oddania kiczowatego patosu, m.in. przez przetłumaczenie aliteracji, którymi raczy nas bestia. Koncepcja bohaterów również jest mocno oldschoolowa – android i robot napędzane są energią atomową, która rozbudzała wyobraźnię scenarzystów w latach czterdziestych. Do tego okresu nawiązuje też wygląd Big Guya i jego pojazdu, stylizowanego na stare krążowniki szos. Z kolei Rusty Robochłopiec to hołd dla małoletnich pomocników, z Robinem i Buckym Barnesem na czele, którzy z całych sił starają się być jak ich idole, superherosi.

Big Beast is biiig!

Ciężko mi jednoznacznie polecić „Big Guy i Rusty Robochłopiec”… To rzecz obowiązkowa dla miłośników komiksów Złotej Ery i filmów z gumowymi monstrami. Obawiam się jednak, że to dość wąska grupa docelowa – nawet bezkrytyczni fani Franka Millera zostaną wystawieni na ciężką próbę w starciu z przegadaniem i patosem. Taka hiperbolizacja doskonale służy wzmocnieniu pastiszowej wymowy tego komiksu, jednak nie dla każdego okaże się strawna. Można ten komiks potraktować jako ciekawostkę naukową, przywołującą dawno zarzucony styl tworzenia opowieści graficznych. Zaś fani Darrowa i ligne claire dostaną ładnie wydany album do oglądania. Jeśli bawiły Was chociażby marvelowskie „Essentiale”, pełne kwiecistych przemów i herosów bez skazy, to „BGiRR” da Wam mnóstwo okazji do uśmiechu. Jeśli nie – przemkniecie przez ten komiks raz, niesieni wartką akcją i nieskomplikowaną fabułą, ale nieprędko do niego wrócicie. Drugi raz czytałem go już tylko z dziennikarskiego obowiązku, chwilami odczuwając znużenie. Może to dlatego, że miałem do czynienia z jednym tylko komiksem o Godzilli i dane mi było widzieć tylko plebejską amerykańską wersję.


Niech intro z animowanej serii wprowadzi Was w odpowiedni, patetyczny nastój. Za wolność! Za Amerykę!

komentarzy 13

  • po przeczytaniu pierwszej części tekstu miałem ochotę się zapoznać. po obejrzeniu intra z animki – chyba sobie odpuszczę

  • Zajebisty komiks. Nie ma co spinać dupala na patos i fabułe. To wyrachowany rozpierdol do kwadratu pięknie narysowany i poprowadzony.Osobiście polecam.

  • Ja nie spinam, ja ostrzegam tych, co ewentualnie oczekują ochów i achów fabularnych. Na pewno jeszcze do niego wrócę.

  • Spoko, że Egmont wydał coś takiego. I na dodatek cena jest znośna. Ciekawe czy dalej pójdą po Millerze czy po Darrowie? Może Shaolin Cowboy?

  • Mam nadzieję, że po Millerze – nadal czekam na Marthę Washington, gdzie zresztą gościnnie pojawia się Big Guy.

  • Czołówka jest świetna! Chce więcej tej kreskówki! JUŻ! TERAZ!

  • Have fun. :) W Wikipedii jest spis odcinków.

  • „Robochłopiec to hołd dla małoletnich pomocników, z Robinem i Buckym Barnesem na czele”

    cos mi sie wydaje ze to bardziej astroboyem jest zajawka, no ale jedno nie wyklucza drugiego w sumie :*

  • A tam. Za 3 dychy zawsze warto sobie kupić. Ale dzięki pawelk za znośny tekst; rozwiałeś pewne me obawy ;)

  • Kocham Darrowa za Hard Boiled, ale nie mam za dużo kasy aktualnie. Lepiej kupić tom 2 Lupusa czy Big Gaja i Rastiego Robochłopca?

  • Lupus vs big Guy? ale to zupełnie dwa inne światy…

    Big guy jak dla mnie wypada zdecydowanie słabiej niż w Hardboiled, ale i tak daje radę. A co do Essentiali-tam rozbawianie czytelnika to raczej wychodziło niezamierzenie, a Big Guy to jednak świadomie sam z siebie się śmieje, rajt?

  • Rajt. Ale klimat ten sam:
    „Pokonam Cię moją atomową mocą!”

  • nie pokonasz :lol:

Dodaj komentarz