Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Starcraft Frontlines #1


papier · komentarzy 15

Starcraft Frontlines

Przenoszenie znanych z gier komputerowych licencji na inne media i zarabianie na nich nie jest czymś szczególnie nowym, ale chyba tylko Blizzard jest jedyną niejapońską firmą, która oblepiła swoimi grami tyle różnych rzeczy: napoje, książki, planszówki, karcianki, klawiatury, figurki, no i komiksy, oczywiście. „Starcraft Frontlines” jest wycieczką do mojego ulubionego z blizzardowskich światów – „Starcrafta”.

Dla większości osób „Starcraft” to emocjonujące pojedynki z żywym przeciwnikiem, jednakże ja, jako osoba obdarzona słabym refleksem i koordynacją ruchową, pokochałem grę za rewelacyjną kampanię dla pojedynczego gracza, pełną zwrotów akcji, zapierających dech w piersiach momentów i charakterystycznych postaci. Wiadomo, od premiery minęło ponad 10 lat, ludzie z Blizzarda znacznie rozwinęli swoje narratorskie umiejętności przy okazji „Warcraft 3”, ale to właśnie „Starcraft” był tym przełomowym momentem, który pokazał, że strategie czasu rzeczywistego mogą opowiadać ciekawe historie. Teraz, gdy premiera drugiej części gry nadchodzi coraz większymi krokami, wydane pierwotnie przez TokyoPop komiksy są jednym z elementów rozgrzewającej się machiny marketingowej.

Pierwszy tomik „Frontlines” to zbiór czterech historii ze świata gry, które rozgrywają się gdzieś po zakończeniu „Brood War”, i zdecydowanie są kierowane do osób, które znają grę. Autorzy nie zdradzają zbyt wiele z fabuły samej gry, ale też nie zajmują się wprowadzaniem czytelnika w panujące dokoła realia, z góry zakładając, że ten je doskonale zna. „Dlaczego walczymy” to historia potyczki o pewną zapomnianą świątynię, gdzie na polu bitwy spotykają się przedstawiciele wszystkich trzech głównych ras: Terranie, Zergowie i Protossi. Straszna sieczka, która ma zadanie pokazać motywacje stron konfliktu, ale przemienia się w festiwal potwornych ryków, karabinowych wystrzałów i smutnych protosskich twarzy. „Bóg piorunów” jest durną historyjką w stylu „Siege Tank, SCV i Thor udali się na poszukiwanie kryształów i strzelają w ziemię, aby wyrąbać sobie korytarz”. Scenariusz napisał Richard A. Knaak, autor kilku książek opartych o blizzardowskie licencje, do których zajrzeć zawsze się bałem i po tym opowiadaniu prędko tego nie zrobię. „Gruby pancerz” opowiada o pojedynku dwóch pilotów, i wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że jest to pierwsza część – dalszy ciąg można będzie przeczytać w tomie drugim, o ile ukaże się w Polsce. „Narzędzia wojny” to z kolei historia o grupie twardych żołnierzy, którzy w opanowanej przez Zergów kopalni muszą opiekować się małym chłopcem. Jest to w gruncie rzeczy najlepsze opowiadanie z całego zbiorku, zarówno od strony scenariuszowej, jak i graficznej.

Starcraft Frontlines

Z rysunkami jest ten problem, że „Frontlines” ukazało się pierwotnie w TokyoPop, wydawnictwie specjalizującym się w mangowych komiksach niejapońskich autorów. Jak wiadomo, zła zachodnia manga boli przez całe życie i nie inaczej jest w tym wypadku. Najgorzej wygląda „Bóg piorunów”, gdzie cała para poszła w rysowanie robotów – problem jednak w tym, że większość komiksu to ujęcia na kokpity pilotów i ich twarze. „Dlaczego walczymy” zostało pogrzebane przez format wydania – drugi plan ginie w morzu kresek i rastrów, kompletnie nic nie widać, a na dodatek ludzkie postacie są drętwe. Najlepiej wypadają dwie ostatnie historie, głównie dlatego, że ich autorzy nie starali się udawać, że urodzili się w Japonii i wokół mangi zbudowali swój własny styl. Rysunki Jesse Elliota w „Grubym pancerzu” są całkiem bliskie „zachodniej mandze” spod znaku Cartoon Network – poprawnie narysowane, ale pozbawione jaj. Na tym tle rysunki Hectora Sevilli w „Narzędziach wojny” wyglądają naprawdę nieźle.

„Starcraft Frontlines” bezsprzeczne kierowane jest do fanów serii – zarówno ze względu na tematykę opowiadań, ich konstrukcję, jak też i ogólną jakość historii. Podobnie jak to się ma w przypadku komiksów ze świata „Gwiezdnych Wojen”, miłośnik gry przymknie oczy na wiele błędów i będzie się cieszył, że może po raz kolejny zanurzyć się w swoje ulubione uniwersum. Czytając „Frontlines”, nie mogę jednakże oprzeć się wrażeniu, że te historie zamiast budować pomost pomiędzy fabułami pierwszej i drugiej części, rozszerzać świat, są po prostu zapchajdziurami obliczonymi na wyciągnięcie kasy z kieszeni graczy i tworzonymi po linii najmniejszego oporu przy użyciu sprawdzonych gdzie indziej klisz. Jako fanini serii, czuję się zawiedziony.

komentarzy 15

  • Ja przeczytałem trylogie ze świata starcrafta, bo choć nigdy nie grałem jak maniak, raczej relaksacyjnie jak noobie, to jaram się klimatem gry. Kurcze nie była mocna ta trylogia, ale pamiętam, że fajnie się ją czytało i polecam. Na bank jedna z tych 3 książek jest na prawdę fajna, tylko kurde nie pamiętam która…

  • Kupię, przeczytam, tak czy inaczej dostanę ślinotoku… No ale jestem kompletnym fanatykiem :]
    Myślę, że nie tylko Blizzard „oblepił tyle różnych rzeczy”. Spokojnie można jeszcze wymienić tutaj Bungie z ich Halo i Eidosa z Tomb Raiderem.
    Z książek czytałem pierwszy tom WarCrafta (Dzień smoka) i podobało mi się. Było to jednak z siedem lat temu, a WarCraft wówczas też mnie mocno jarał…

  • To fakt, Bungie jest dobrym przykładem, zapomniałem. Ale Tomb Rider? Poza dwoma w miarę niezłymi filmami co tam było jeszcze?

  • No było od cholery komiksów wydawanych m.in. przez Top Cow chyba. Zarówno solowe przygody Lary jak i crossovery z Witchblade. Nawet Tm-Semic to wydawał u nas.

  • Rany, zaćma, rzeczywiście, były komiksy. Plask.

  • Nic dziwnego, że zapomniałeś. W końcu nie były zbyt udane. Przynajmniej w moim odczuciu.

  • Ale, to w takim razie podliczmy:
    Eidos:
    – gra
    – komiksy
    – wysokobudżetowy film

    Bungie:
    – gra
    – gra w innym gatunku (Halo Wars)
    – książki
    – komiksy
    – gra planszowa
    – pady do konsoli

    Blizzard:
    – gra
    – gra w innym gatunku (World of Warcraft)
    – nakładka na system RPGie
    – planszówka
    – karcianka
    – książki
    – komiksy
    – oficjalne koszulki na Jinx.com
    – napoje energetyczne
    – akcesoria komputerowe

    Oczywiście dotyczy to w większości wypadków Warcrafta, Starcraft nie został jeszcze tak sprzedany – zostały mu karcianki i napoje, a SC: Ghost jest zawieszony :)
    Jak czegoś zapomniałem z Bungie i Eidosa, to powiedzcie. Choć oczywiście te zachodnie firmy i tak nie mają startu do Nintendo z Pokemonem, Square Enix pewnie też ma masę swoich szaleństw w Japonii związanych z Final Fantasy.

  • Pewnie, że Japończykom nikt nie dorówna… Niemniej będę Cię musiał trochę po poprawiać, bo Tomb Raider jest zdecydowanie mocniej eksploatowany (przynajmniej dawniej był, za czasów pięciu pierwszych części). Sam fakt, że powstał film był wystarczającym powodem do wypuszczenia masy gadźetów. Pamiętam, że kiedyś mignął mi zegarek sygnowany logiem Lara Croft (a nie Tomb Raider!) i nie była to żadna tandeta, tylko całkiem solidna rzecz. Teraz poszukałem i znalazłem jeszcze inny z tej serii. O tutaj: http://www.emerchandise.com/product/WATRD0001/s.TrXZHhvL

    Oprócz tego są jeszcze książki i figurki (właśnie – w swoich wyliczankach zapomniałeś o figurkach, a to całkiem znaczący fragment popkulturowego rynku). Oto książka: http://www.amazon.com/Lara-Croft-Tomb-Raider-Bronze/dp/0345461738
    A tutaj figurka (jedna z wielu): http://www.mrcollectoronline.com/index.php?main_page=product_info&products_id=826

    I tak wydaje mi się, że to zaledwie wycinek ze sposobów zarabiania na Larze.

  • No tak – ale w takim razie figurki możemy dodać też spokojnie i do Blizzarda i Bungie. Choć w sumie bym się spierał w kwestii gadżetów związanych z filmem – bo jasne, korzeniem jest licencja Tomb Ridera, ale gadżety były raczej brandowane jako „film z Angeliną”.

    Hm, można by jeszcze dodać do Tomb Ridera gry na komórki, bo to mimo wszystko jest co innego niż multiplatformowość w przypadku większości ostatnich gier z cyklu.

  • SC: Ghost mogli by zrobić na komórki ;) Jakby się za to zabrał Gameloft to mogłoby całkiem nieźle wyjść.

    Z tymi figurkami, to psiałem, że ogólnie zapomniałeś, nie tylko odnośnie TR. Wiadome, że WarCraft wygrywa tą kategorię.

    Zastanawiam się, czy można by do tego dodać działalność typowo fanowską. Rozmaite kostiumy, amatorskie filmiki, wypieki, zabawki etc. (StarCraftowe lego rządzi!).

  • Nie no, działalność fanowska to zupełnie inna sprawa kaloszy :)

  • Mogli napisać o zergch komiks bo jakoś nie przepadam za terranami .

  • W tym temacie i tak nic nie pobije Warhammera 40k:
    – bitweniaki (4 różne)
    – gry komputerowe
    – książki (cała masa)
    – komiksy
    – karcianka
    – rpg
    – planszówka (birewniak – space hulk)
    – długomertażowy film fanowski
    I to właśnie z tego systemy zrzynał Blizzard tworząc Starcrafta.

  • Oh, nie tylko z WH40K – Blizzard zrzynał z mnóstwa innych rzeczy, oni ogólnie są średnio odkrywczy, są po prostu świetnymi rzemieślnikami w łączeniu znanych motywów w spójną całość – Hydraliski wyglądają jak Obcy, „twarz” Guardiana jak Predator, a cała myśliwska kultura Protossów i Zealoci przypominają to, jak zostali przedstawieni Łowcy w komiksach.

  • Protossi to taka wypadowa Predatorów i Klingonów (przez swoje psioniczne moce, świątynie etc. mogą kojarzyć się trochę z jedi). Zergowie mają trochę z Obcych i dużo z robali z „Żołnierzy kosmosu”. W ogóle jeśli chodzi o filmy to StarCraftowi najbliżej do drugiej części „Obcego” i „Starship Troopers”.

    A WH40K wpierw objawił się jako bitewniak, a nie jako gra komputerowa, zatem nie jest dobrym przykładem. Gdyby iść tym tropem to bezdyskusyjnie wygrałyby Gwiezdne Wojny.

Dodaj komentarz