Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Sandman przedstawia: Furie


papier · komentarzy 13

Spójrz mi w oczy

Nie zważając na fakt, że saga o Sandmanie pojawia się na mojej półce bardzo powoli, sięgnąłem po kolejną, po „Lucyferze” i „Śmierci”, historię poboczną, która wypączkowała z bogatego uniwersum Władcy Snów. I z każdym kolejnym spin-offem mam większy apetyt na całą sagę.

„Furie” kupiłem nieco w ciemno, opierając się tylko na sprawdzonych nazwiskach twórców. Scenarzysta Mike Carey ma u mnie niezłe notowania po, jak dotychczas bardzo dobrym, „Lucyferze”, chociaż zdarzyło mu się popełnić i mocno przeciętną komiksową adaptację „Nigdziebądź”. Johna Boltona mgliście pamiętam z „Ksiąg Magii”, gdzie towarzyszyło mu trzech innych rysowników – cały album zrobił na mnie dobre wrażenie. Dodawszy do tego nie najgorsze opinie, jakie słyszałem o stworzonym przez ten duet „Boże, zachowaj królową”, stwierdziłem, że mogę zaryzykować. Nie bez znaczenia była ładna i intrygująca okładka. Choć nie po tym powinno się oceniać komiksy, to przyznaję, przykuła mój wzrok na tyle, że nogi skamieniały i nie zdołałem odejść od półki, nie sięgnąwszy wcześniej po komiks. Coś jest w tych oczach…

Furia kobieca, najgorszą z furii jest

Podobnie jak w przypadku „Śmierci” miałem obawy, czy moja dość ogólna wiedza o serii „Sandman” nie zaburzy lektury – na szczęście nie. Mike Carey, podobnie jak w „Lucyferze”, bierze stworzoną przez Neila Gaimana postać i tworzy jej osobną intrygę. „Furie”, choć są w pewnym sensie kontynuacją losów postaci z sagi, bronią się jako samodzielny tytuł. Wprawdzie pojawi się tu nawet sam Władca Snów, ale jedno zdanie z tylnej strony okładki rozjaśni jego rolę ewentualnym niezorientowanym. Carey oparł się na raczej powszechnie znanych motywach z mitologii greckiej, także każdy kto uważał nieco na lekcjach polskiego jest w stanie połapać się w historii o Kronosie, który unika zemsty Furii i po raz kolejny planuje zamach na wyższą władzę. Częścią jego planów jest śmiertelniczka – Lyta Hall, której los niespodziewanie splata się z losami greckich bóstw. Początkowy lekki chaos scenariuszowy zmienia się potem w misterną intrygę i prowadzi do dość zaskakującego zakończenia – do takich standardów Carey już mnie przyzwyczaił. Na uwagę zasługuje postać Lyty – wiarygodna i przekonująca, a jej cierpienie po stracie syna jest niemalże namacalne. Ilość nawiązań do mitologii nie jest nadmierna, co niektórych odstraszało od „Sandmana”. Nie trzeba wertować encyklopedii, ale wiadomo, że im więcej się czytało, tym większa satysfakcja z rozpoznania różnych smaczków – na przykład postaci uwięzionych w Hadesie. Dodatkową intelektualną podnietą jest, standardowa u Gaimana i jego naśladowców, możliwość zobaczenia postaci ze sfery mitologicznej we współczesnych realiach. Niby nic, ale można uśmiechnąć się do myśli, jak bardzo przedstawieni na kartach „Furii” bohaterowie pasują do teraźniejszości. Nie różnią się od ludzi, którymi mieliby władać – także nie stronią od intryg, podstępów i zbrodni. Dla tych, którzy przeczytali uważnie choćby Parandowskiego, nie ma w tym nic nowego. Co nie zmienia faktu, że taka zabawa w mieszanie mitów i popkultury nadal bawi – tak jak bawi przedstawienie Lucyfera jako eleganckiego dżentelmena we fraku.

Carey Bolton i "Furie"

Zdaję sobie sprawę, że malarski styl Johna Boltona, ocierający się miejscami o fotorealizm, nie do każdego przemówi. Też miałem z początku mieszane uczucia, jednak po lekturze nie mam wątpliwości, że mroki Hadesu i oniryczne przestrzenie Śnienia w jego wersji pasują idealnie do treści komiksu. Szalenie podobało mi się jak rysuje rozmaite wynaturzone bestie, od tradycyjnych harpii, aż po niesamowite postacie Pań Łaskawych. Dzięki „Furiom” zacząłem zauważać, jak mroczna i posępna potrafi być grecka mitologia. Carey przedstawia nam świat okrutny, gdzie bogowie walczą wykorzystując ludzi jako narzędzia, a Bolton udanie go portretuje.

„Furie” to chwila dobrej rozrywki i szczypta intelektualnej zabawy. Na szczęście Egmont nie przesadził z ceną i można sobie nań pozwolić, nie narażając się na ból portfela. Maniacy „Sandmana” i tak nabędą, ale jeśli ktoś jest na tę serię uczulony, to polecam chociażby przejrzenie – strona graficzna nie pozwala przejść obok tego komiksu obojętnie, więc najwyżej będziecie go tylko oglądać.

Zastanawia mnie jeszcze oznaczenie „Tylko dla dorosłych”… Za tę odrobinę przemocy i śladowe ilości seksu?

komentarzy 13

  • A właśnie już miałem pisać, ze ilustracje jak z Arlekina I Walentynek Gaimana, po obejrzeniu tych ilustracji do tekstu – szkoda, że go wcześniej nie przeczytałem.
    Bolton faktycznie ma swój charakterystyczny styl – jakby rysunkowej obróbki fotografii – zazwyczaj świetnie to wypada.

  • Zajebista polska okładka, w której grafik namęczył się, wycinając literę „S” i zostawiając tytuł przesunięty w bok. Tak tylko, mała uwaga. Bo poza tym, to nie czytałem. Jakoś Sandmana nie wciągam.

  • Jestem maniakiem Sandmana a jakoś mnie rączki nie świerzbią żeby to kupić;)

  • No to wychodzi na to że słaby, a wręcz marny, z Ciebie maniak Sandmana :P

  • JAPONfan

    Furries?

  • Też zakupiłem Furie. Jeszcze nie czytałem, bo się boje, że mi przyjemność z „Sandmana” troche zabije, bo nie skończyłem go jeszcze czytać. Ale skoro mówisz, że nieźle to się przełamię.

  • Sandamana przeczytałem dwa razy i przy drugiej lekturze, mimo, że znałem zakończenie, ani razu mi się nie nudziło. A przy Furiach mało nie usnąłem… No nie wiem, ale zaintrygowała mnie taka ocena tego komiksu, więc sięgnę raz jeszcze.

  • Zważ, że ja Sandmana ni znam. Może Furie bledną przy całej sadze. ;)

    A i fakt, że bardziej podobały mi się za drugim razem.

  • Ej, Pawle. Nie przesadzaj. Cała erudycja Gaimana to poziom klasy humanistycznej ogólniaka. Gaiman jest rewelacyjnym kompilatorem. Do jednego wora wrzucił mitologię, postaci historyczne, uniwersum DC, ikony popkultury, obyczajówkę, horror itp. Wszystko porządnie ale z głową zabełtał i voila.
    Ale nie jest to jednak mikstura wymagająca od czytelnika niebywałego oczytania a raczej tylko (i aż) „obycia” w kulturze popularnej.

    Przy okazji polecam ten chyba zapomniany a świetny tekst Tomasza Sidorkiewicza z 2003 roku:
    „Sztuka występów gościnnych”
    część pierwsza: http://esensja.pl/magazyn/2002/09/iso/10_025.html
    część druga: http://esensja.pl/magazyn/2003/01/iso/10_02.html
    część trzecia: http://esensja.pl/magazyn/2003/01/iso/10_025.html
    część czwarta: http://esensja.pl/magazyn/2003/04/iso/10_02.html
    piątej części nie znalazłem :/

  • Dziwię się dość mocno, że czytasz namiętnie wszelkie kontynuacje „Sandmana” nie znając serii źródłowej. To, co zrobił z Lytą Hall sam Gaiman ma ogromne znaczenie dla lektury „Furii”

  • Kupuję to, co jest dostępne, zanim zniknie, jak sam Sandman, którego po kolei dokupuję.
    A jak kupuję to czytam. :)

  • @ Maciej: o! właśnie! „kompilator”, w samo sedno trafiłeś. Trzeba jednak przyznać, że ma ogromny talent do opowiadania, do snucia opowieści. W Sandmanie to się fantastycznie sprawdziło, wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsce.

    @ pawelk: czy Furie bledną? Być może nie, ale po pierwsze: należę do tej grupy, która za takim rysunkiem nie przepada. Poziom akceptowalności realistycznego rysunku to u mnie Alex Ross- zresztą w tych jego komiksach, które znam (Marvels, Kingdom Come, i jakaś krótka historyjka z Gackiem) ten rysunek ma dodatkową funkcję- bohaterowie maja byc wystylizowani na prawdziwych, pomnikowych herosów. Po pierwszej lekturze Furii nie znajduję dodatkowego uzasadnienia dla obrania takiego stylu.

    A po drugie, przyzwyczaiłem się w Sandmanie do tego, że to jest opowieść, wielowątkowa, gdzie wszystko się zazębia, dopasuwuje przez dłuższy czas. Śnienie było zbiorem krótkich form, ale czułem w nim tę atmosferę. Śmierć to inny pRzYpAdEk, bo pisał ją sam Gaiman. Ale już do Lucyfera musiałem sie przekonywać i zaskoczyło dopiero po trzecim razie. W Furiach nie poczułem jeszcze klimatu. Może są za krótkie?

  • Macieju, wiem i dlatego napisałem:
    „Carey oparł się na raczej powszechnie znanych motywach z mitologii greckiej, także każdy kto uważał nieco na lekcjach polskiego jest w stanie połapać się w historii(…)”

    Nihil novi ale fajnie się czyta taką układankę i przypomina sobie, skąd są kolejne jej elementy.

Dodaj komentarz