Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Kaznodzieja raz jeszcze…


papier · komentarzy 17

Preacher zwany Kaznodzieją
Na zakończenie Ennis Invasion przyszło Wam chwilę poczekać. Zastanawiałem się nawet, czy jest sens opisywać komiks tak dobrze znany. Ale może będzie to okazja do ponownej dyskusji. A i osoby, które go nie czytały, na tym skorzystają…

Zacząłem kupować „Kaznodzieję” z dużym opóźnieniem, gdzieś w okolicach tomu 11, gdy już właściwie było wiadomo, że zostanie wydany do końca. Wcześniej starałem się unikać czytania recenzji, jednak nie sposób było nie trafić na jakieś komentarze, chociażby na forach. Z nich wyłaniał się obraz komiksowego opus magnum, przełomowego nie tylko dla Gartha Ennisa, ale i dla komiksu w ogóle. Określano też „Kaznodzieję” jako rzecz kontrowersyjną, obrazoburczą i niecenzuralną. Nabywając kolejne tomy czytałem je niezwłocznie, jednak w pewnym momencie postanowiłem zaczekać, aż skompletuję całość. Wtedy znalazłem wolne 13 godzin, by zapoznać się z „Kaznodzieją” od deski do deski – wtedy w pełni zobaczyłem jego zalety i wady.

Jeśli jeszcze „Kaznodziei” nie czytaliście, to na pewno wiele o nim słyszeliście. W recenzjach i omówieniach najczęściej uwypukla się wątek Jessego Custera – kaznodziei, który wyrusza na poszukiwanie Boga. Jego decyzja nie wynika z głębokiej wiary, a raczej z narastającego zwątpienia. A także z faktu, że został mimowolnie wplątany w rozgrywki między niebem a piekłem i obdarzony mocą Słowa, które staje się ciałem, gdy tylko Jesse je wypowie. W krucjacie przeciwko Bogu towarzyszy mu jego dziewczyna – Tulip oraz irlandzki wampir Cassidy. Tymczasem wątek „teologiczny”, choć jest osią akcji, jest jednocześnie jednym z najsłabszych elementów komiksu.

Fragment okładki 'Salvation'

Seria zbudowana jest zgodnie z hitchcockowską regułą – zaczyna się od wybuchu, już w pierwszym tomie. Potem napięcie narasta, by w pewnej chwili opaść i już nie powrócić do poprzedniego poziomu. „Zdarzyło się w Teksasie” wprowadza nas w akcję, poznaje z trójką bohaterów głównych oraz kilkoma pobocznymi. Jednocześnie dość jasno definiuje reguły jakie panują u Ennisa – nikt nie szczędzi języka, a trup ściele się gęsto. Nie zabraknie też celnych dialogów, chociaż nastawcie się raczej na dłuższe przemyślenia, niż na chwytliwe one-linery. Jedynka razem z tomem „Nowojorscy gliniarze” stanowi tylko preludium do prawdziwej akcji. Jeśli miałbym wskazać na najmocniejsze części, to zdecydowanie trzecia – „Aż do końca świata”, gdzie spór między Bogiem a Kaznodzieją nabiera osobistego wymiaru, a czytelnik poznaje przeszłość i chyba najgorszą rodzinę, jaką można sobie wyobrazić. Główny wątek toczy się wartko przez następne dwa tomy, kiedy do akcji wkracza tajemnicza organizacja Graal oraz demoniczny Herr Starr – jedna z najoryginalniejszych postaci Kaznodziei. W tomie piątym jesteśmy świadkami pierwszej jego konfrontacji z głównymi bohaterami, kiedy to życia omal nie traci jeden z nich.

I w tym momencie zaczyna być odczuwalne, że Garth Ennis zaplanował sobie historię akurat na 66 zeszytów i ani jednego mniej – zarzut ten pojawia się często, a ja się z nim zgodzę. Polski tom „Krew i Whiskey” był momentem, gdy odczułem lekkie znużenie serią – wątek poszukiwania Boga schodzi na dalszy plan, górę biorą relacje interpersonalne między Custerem, Tulip i Cassidym oraz stopniowe ujawnianie nieznanych wcześniej cech tego ostatniego. I od tego momentu główny wątek „Kaznodziei” zaczyna się rozmieniać na drobne. Jesse nadal szuka Boga, jednak sprawia wrażenie, jakby nie miał konkretnego celu, co skazuje nas na nudnawy epizod z voodoo w tomie dziewiątym i oglądanie graniczącej z farsą walki Kaznodziei z Graalem w tomie „Wojna w słońcu”. Wątek główny się ślimaczy, wracamy do niego na chwilę pod koniec tomu jedenastego, a na dobre dopiero w tomie trzynastym, przy zakończeniu, które dość mocno mnie rozczarowało. Jeśli oczekujecie konfrontacji i odpowiedzi na pytania, które Kaznodzieja stawiał Bogu, to także Was to czeka. Zakończenie jest owszem zaskakujące, ale po tak długim oczekiwaniu spodziewałem się czegoś większego. Nie spodziewajcie się obrazoburczego dzieła, rozważającego rolę Boga i podstawy religijności – możecie się zawieść.

Szatan, szatan... szaaatan, szaaatan... oł je!

Siłą „Kaznodziei” są zdecydowanie wszystkie wątki poboczne, narastające dookoła głównego i powodujące, że historia staje się kompletną, rozbudowaną całością. Jej cząstki są dawkowane i ułożone nie po kolei, dlatego właśnie lepiej przeczytać serię raz, w całości. Po takiej lekturze w głowie pojawia się kompletny obraz. W wątkach pobocznych Ennis zawarł mnóstwo charakterystycznych, zapadających w pamięć postaci, często dużo bardziej wyrazistych od głównych bohaterów. Choćby Cassidy, którego charakter, przeszłość i motywy przyćmiewają dość papierowe postacie Jessego i Tulip – niezłomnego macho, wierzącego w zasady Johna Wayne’a i samodzielnej odważnej kobiety, która nie potrafi przestać go kochać. U Cassidy’ego mamy mroczną przeszłość i sporo niejasności. Szkoda, że Ennis nie zechciał jednak konsekwentnie rozwinąć tych cech wampira, które odkrywamy dopiero po pewnym czasie i jego wątek także kończy się banalnie i idealistycznie. Wspomniałem już o ciekawej postaci Starra, którego postrzeganie zupełnie zmieniło się po zaprezentowanej w „Wojnie w słońcu” opowieści o początkach jego kariery. Religijny fanatyzm i zaciętość nagle nabrały sensu i można na Starra spojrzeć i pozytywnie – jako osobę o twardych zasadach i wyrazistym celu w życiu. Szkoda, że scenarzysta ma tendencje do groteskowego spłycania tej postaci i robienia z niej błazna – najczęściej przez okaleczanie. Jedną z ikon „Kaznodziei” stał się bez wątpienia Gębodupa, przy okazji którego Ennis podśmiewa się z fanatyków Kurta Cobaina i każdego innego młodzieżowego idola oraz z amerykańskiego stereotypu „Od pucybuta do milionera”. Podobnych przypadków, kiedy postać poboczna ma do opowiedzenia własną historię, jest tutaj mnóstwo – te opowiastki budują obraz Ameryki, ze strony, której nie zobaczycie w przewodnikach turystycznych. Ennis jest mistrzem przedstawiania aberracji, zboczeń, wynaturzeń i ciekawych życiorysów – żeby przywołać „przypadkowo” chemicznie wysterylizowanego barmana. Chociaż zdarzają mu się spadki formy – historyjki o Cassidym spotykającym wampira i młodzieńczych złodziejskich ekscesach Tulip i Jessego są moim zdaniem infantylne i zbędne.

Niestety, Ennis przy budowaniu obrazu USA opiera się głównie na obiegowo powtarzanych stereotypach i kliszach, chociaż mógłby wykorzystać komiks, by je obalać. W ten sposób nieznośnie tendencyjna jest historia o przeszłości ojca Jessego – mimo że czyta się ją świetnie, to drażni ukazywanie amerykańskich żołnierzy po raz kolejny jako biednych chłopców wysłanych do dzikiego Wietnamu przez zły rząd. Podobnie traci główna historia z „Salvation”, gdzie Jesse zostaje szeryfem w małym miasteczku – znów powtarzane są stereotypy na temat nierówności społecznej i szykanowania Murzynów, a zły przemysłowiec jest postacią do bólu schematyczną, jakby wyjętą z pozytywistycznej powieści tendencyjnej. Historia Tulip to z kolei ilustracja stereotypu agresywnej chłopczycy wyalienowanej ze środowiska i nieradzącej sobie z mężczyznami w dorosłym życiu. Dzieje Cassidy’ego to zbieranina obiegowych opinii na temat imigrantów z Irlandii i zawikłanych losów walk o demokrację w tymże kraju. Ennis nie stara się dyskutować, przedstawić innego punktu widzenia – jego Ameryka jest szablonowa, przypomina czarno-biały film. Mieszkańcy południa to wiejskie ćwoki, a menedżer młodej gwiazdy jest oszustem, który ucieka z kasą. Okazyjnie zdarza się scenarzyście przełamać jakiś stereotyp, np. robiąc homoseksualnego fetyszystę z twardego gliniarza i bohatera z jego partnera fajtłapy.

Kaznodzieja: zdarzyło się w Teksasie i było jak w starym westernie...

Osobną kwestią są dwa tomy z serii Dawne Dzieje, dziejące się poza głównym nurtem akcji i dopowiadające wątki Świętego od Morderców i Gębodupy. O ile w przypadku Gębodupy dostajemy całkiem zgrabną historyjkę, ze świetną rolą ojca-ortodoksa, to wariacja na temat westernu po prostu Ennisowi nie wyszła, a Święty stał się bardzo nieprzekonującą postacią. Dodatkowo te dwa tomy rysowane są przez kogoś innego niż Steve „Mam 3 szablony twarzy” Dillon i w tym wypadku nie jest to zaleta. Historia Świętego od Morderców sporo traci przez rysunki Steve’a Pugha – są po prostu brzydkie, karykaturalne i wykoślawione. Carlos Ezquerra prezentuje się ciut korzystniej, zwłaszcza w tomie o Gębodupie. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę, ale kreska Dillona wypada najlepiej – o ile oczywiście „Kaznodzieja” będzie pierwszą, i najlepiej jedyną, pracą tego rysownika, z którą się zetkniemy. Steve „Rysuję kobiety jak mężczyzn” Dillon nie przeszkadza swoim rysunkiem – po prostu stara się towarzyszyć opowieści. Mistrzostwem za to są okładki Glenna Fabry’ego.

Mam z tą serią problem, bo mimo widocznych braków i uproszczeń oraz spadków tempa, czyta się ją co najmniej dobrze, z momentami wybitnymi. Prawdopodobnie nigdy nie dołączę do chóru chwalących ją za przełomowość – rok 1995 był dawno temu, dziś mało kogo szokuje tematyka religijna, przemoc i wulgaryzmy. Sam Ennis eksplorował to w pozostałych swoich komiksach, co zresztą wielokrotnie mu wytknąłem. Nie szafowałbym określeniami: obrazoburcza i kontrowersyjna – wolę patrzeć na tę serię jak na solidne sensacyjno-obyczajowe czytadło, gdzie wątki nadprzyrodzone to tylko dodatek, a istoty pozaziemskie są identycznymi skurwielami jak ludzie. Plusem „Kaznodziei” jest serialowa moc przyciągania i mieszanie motywów znanych z literatury i filmu. Trzeba patrzeć na niego, jak na filmową opowieść, czerpiącą garściami z westernów, pulpowych kryminałów i kina akcji. Brawa należą się też Ennisowi za liczne cytowanie popkultury. Przykładem, że świetnie mu to wychodzi, niech będzie historia swojskich chłopaków z tomu siódmego, która doskonale wyśmiewa tanie filmy o tajnych agentach albo historia Cassidy’ego, która, choć nudnawa, fajnie podkpiwa z hollywoodzkiego postrzegania wampirów. Poza tym cała seria pełna jest smaczków: miejsc, nazwisk, tytułów piosenek, które dostrzega się za którymś razem, a które budują tę wielką, może i czarno-białą, ale wciągającą amerykańską historię. Szkoda, że trudności z nabyciem niektórych tomów uniemożliwiają spokojną lekturę całości. Bo to komiks, który aż prosi czytelnika, by uwalił się w gorący dzień na tarasie, z chłodną whisky lub piwem w ręku i leniwie przewracał kolejne kartki przy muzyce Kyuss, Johnny’ego Casha, Nashville Pussy, Down, Nicka Cave’a, Pantery i Danziga. Wtedy można poczuć atmosferę tej przygody, która zdarzyła się w Teksasie.

komentarzy 17

  • to taki komiks który sie kocha jak czlowiek nie jest jeszcze za bardzo oczytany:P. Z przeczytaniem wiekszej ilosci rzeczy na mojej prywatnej liscie najulubienszych spadał i spadał. Niestety chyba sie juz nawet do jakiegos top 100 nie łapie, ale wciaz dobrze wspominam to czytatadło:). Tekst miły tak btw.:)

  • A gdzie piątkowy rebus?

  • Rebus jest na dole :).

  • hm, rzeczywiście.

  • Zapomniałeś o fajnych kreacjach tak otyłego arcybiskupa, że psuje samoloty i pojebanego spadkobiercy Jezusa. Choć jasne, ten pierwszy podpada pod stereotyp duchownego-sukinsyna, który wydaje tylko pieniądze i żre, ale to była przyjemna hiperbola.
    Ogólnie spisałeś to, co sam myślałem o tej serii i jeszcze więcej dodałeś, co sobie uświadomiłem podczas czytania tekstu. Po tym, jak akcja nagle stanęła i Ennis zaczął ględzić coś tam o stosunkach Jessy-Tulip-Cassidy, to zupełnie odbiłem się od kolejnych tomów i przeszła mi jakakolwiek ochota poznania zakończenia. To tak jakby fajny film akcji nagle zmienił się w romansidło.

  • W sumie to co można było napisać o Kaznodziei zostało zapisane ale i tak pawelk zawarłeś wszystko w „pigułce” ;)
    Seria ma swoje lata, ma wzloty i upadki, ale wspominam ją pozytywnie. Mimo tych spadków formy, historia nadal się broni (nie mówiąc o postaciach). Po prostu – dobra rzecz i warto ją skompletować jeśli ktoś nadal nie ma jej na swej półce.

  • Czytam oryginał. Wolno idzie, bo jest napisane, wydaje mi się, slangiem meksykańskim jakimś :D Doszedłem na razie do War in the Sun. W wakacje pewnie skończę ^^ Podoba się.

  • Jestem miłośnikiem postaci Cassidiego – jeden z najlepszych bohaterów komiksowych ever. I bez wątpienia najlepiej zbudowana postać w całej serii.

  • Cassidy ma ten plus, że się rozwija, nawet jeśli jego rozwój to nieco ślepa uliczka.
    Ciekawa jest też jego przeszłość, chociaż historia o przeistoczeniu w wampira jest do bólu nijaka – może Ennis specjalnie chciał zerwać z motywem romantycznego ugryzienia o północy…

  • I każdym innym elementem bramowo-stokerskiego folkloru, jak sądzę :D

    Ale wampiryzm Cassidiego jest o tyle interesujący, że ze znanej z pierwszych tomów postaci „Hej, patrzcie, jestem fajnym, porządnym gościem, a picie krwi to tylko taka mała niedogodność” przeistoczył się w wampira gorszego nawet od tych z kiczowatych filmideł o Draculi – to chyba najlepsza ironia, jaką znajduję w całej twórczości Ennisa. Wampir, który łamie stereotyp wampira okazuje się wampirem o wiele gorszym i groźniejszym od tych, od których sam się odcina.

  • Nie, wampirem Cassidy nie jest takim najgorszym. Jest za to złym i słabym człowiekiem. Na tym chyba polega siła opowieści Ennisa – wszystkie jego postaci, nieważne jak fantastyczne by były, wykazują bardzo ludzkie cechy.

  • Tzn. jest wampirem właśnie przez to swoje skrzywione człowieczeństwo – bo żeruje na emocjach, nadziejach i skrzywdzonych duszach, które go spotykają. A co gorsza, robi to nie z przekory nawet, ale zupełnie nieświadomie, naturalnie.

  • Poniekąd obydwaj macie rację… Cassidy po prostu tak przyzwyczaił się do bycia nieśmiertelnym hedonistą, że zapomniał jak to jest być człowiekiem. Gdy próbuje być ludzki, kończy się to fatalnie, bo całkowicie pogubił się w tym, co mu wolno, a co nie… I stąd jego błędy. Jeśli byłby zupełnie zły i słaby, jak sugeruje Gordon, to skąd zakończenie i jego postępowanie tamże? Cyba, że uznamy, że z wygodnictwa i działał głównie we własnym interesie. Wtedy dopełnia to obrazu.

  • Jak mówię – wyżyny Ennisowskiej ironii. Bo element wampiryzmu aż do tomu 12 wydawał się wyłącznie dodatkiem, ot, taką super-mocą, która nadaje postaci smaczku. A tu nagle okazuje się, że jako człowiek Cass jest gorszy niż wampir, a jego krwiopijcze umiejętności chowają się przed podświadomym „darem” do czerpania z ludzi tego, co się da.
    Caasidy w finale to swego rodzaju rozwinięcie wątku Guntera z „Salvation” – sytuacja jest niemal identyczna: dwóch dawnych przyjaciół naprzeciw siebie, jeden szuka u drugiego zbawienia i wybaczenia win. I ex-nazista, i Cassidy zadają pytanie o wyciągnięcie ręki. W ostatnich chwilach „życia” Cass jednak nic nie ryzykuje, bo przecież wie, że Bóg go wskrzesi. Jednak czy to można potraktować jako zagranie nie fair? Bądź co bądź, wybaczenie nadchodzi, bo i postrzeganie zbrodni i kary Jessego nieco się zmieniło. Ale o ile Gunter traktował Jessego jako symbol Ameryki, który da mu zbawienie i spokój sumienia, tak Cass widzi w kaznodziei przyjaciela, a nie ideę – i to jego dobrem się kieruje, a nie „wygodnictwem”. Tak mi się wydaje.

  • mr.ciacho

    Pamiętam, że jedną z spraw które strasznie mnie śmieszył był fakt ludzi wchodzących w skład Gralla. Jak taka organizacja mogła posiadać takich ludzi jak ten murzyn(nie pamiętam jak się nazywał)który niczego nie potrafił sam załatwić. Może to miał być element komiczny, ale jak dla mnie tylko psuł efekt , który organizacja miała wywołać.

  • Tutaj się trza zgodzić – Murzyn (a nazywał się Hoover) jest jakąś straszną luką w logice rekrutacyjnej Graala – ani strzelać nie potrafi, ani żadnych umiejętności nie ma, które za przyjęciem go do organizacji by przemawiały. Wiadomo, że był ratownikiem na basenie, i to też kijowym, bo ludzie mu się pod nosem topili. Tutaj Ennis przedobrzył w kreacji rozkosznego pierdoły :)

  • się odezwał ten co to nigdy nie przedobrzył w kreacji:P

Dodaj komentarz