Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Śmierć


komiksy · komentarzy 16

Death is cute, aren't she?
Wydawałoby się, że czytanie spin-offów „Sandmana” Neila Gaimana, przed lekturą tegoż, nie ma zbytniego sensu. Ta świadomość nie przeszkodziła mi jednak wciągnąć się w „Lucyfera”, który bez trudu obronił się samodzielnie. Chociaż nie wątpię, że dopiero po lekturze macierzystego tekstu, odnajdę dodatkowe sensy. Ponieważ jednak zbieranie „Sandmana” jest długie i żmudne, w międzyczasie zabrałem się za „Śmierć”.

Przede wszystkim urzekła mnie gaimanowska koncepcja śmierci – a może raczej Śmierci, wszak o osobie mowa. Nie mam wprawdzie pewności, czy to jego własny pomysł, czy też kolejna inspiracja licznymi religiami, podaniami i wierzeniami, od których kipią jego komiksy. Dla niektórych to zresztą podstawowa ich wartość. Jakby nie było – jego Śmierć to młoda atrakcyjna dziewczyna, lubująca się w gotyckim stylu. Jest starszą siostrą władcy snów. To chyba najoryginalniejsza kreacja, spotkana przeze mnie w literaturze popularnej. Wyprzedza nawet dotychczasowego lidera w tej kategorii: pratchettowskiego Śmierć i jego SPOSÓB MÓWIENIA. Pomyślelibyście, że Śmierć może się uśmiechać, bawić i flirtować? Może zabrzmieć to dziwnie, ale bez trudu da się ją polubić, co zresztą autor często sugeruje. Dbają o to także rysownicy: Chris Bachalo, Mark Buckingham, Dave McKean i Mark Pennington, rysując Śmierć jako całkiem sympatyczną osóbkę. Niestety takie nagromadzenie twórców sprawia, że każdy, niezbyt przecież długi, rozdział tworzy co najmniej dwóch – strasznie mieszają przy wyglądzie postaci.

Urocza Śmierć raz jeszcze

Skojarzenia z Pratchettem nie opuszczały mnie zresztą także przy lekturze pierwszej historii: „Wysoka cena życia”. Śmierć dopełnia tu odwiecznej tradycji i na jeden dzień wciela się w ciało śmiertelniczki, by lepiej poznać wagę życia, które dane jest jej odbierać. Mam jednak wrażenie, że poza tym wątkiem opowieści brakuje wyrazistej osi, czegoś co sprawiłoby, że z zaciekawieniem przewracamy kartki. Osi wyrazistego wątku przewodniego. Banalny jest wątek nastolatka o skłonnościach emo i myślach samobójczych, który musi spotkać Śmierć, by znaleźć sens życia. Z kolei wątek tajemniczego maga i jego ucznia pojawia się znikąd i równie donikąd zmierza, podobnie jak postać Szalonej Hettie, która szuka swego serca. Możliwe, że tu właśnie wychodzą moje braki w znajomości „Sandmana” – Gaiman pisząc „Śmierć”, zakładał zapewne, że czytelnik zna już dzieło podstawowe. W pamięci najbardziej pozostały mi zabawne relacje Śmierci ze zwykłymi ludźmi i jej spostrzeżenia na temat życia – tu właśnie przypominała mi swego odpowiednika ze „Świata Dysku”. „Wysoka cena życia” zawiera też wątek, który będzie kontynuowany w drugiej historii w tym tomie – z tej racji sprawia wrażenie preludium i przedstawienia głównej postaci.

I jeszcze jedna milutka Śmierć

Druga w tomie „Pełnia życia” to zgrabna opowieść, eksploatująca znany z literatury motyw układu ze Śmiercią, który nigdy nie będzie dla śmiertelników korzystny. Choć samo zachowanie Śmierci po raz kolejny ukazuje jej bardzo ludzkie cechy. Gaiman do końca trzyma czytelnika w niepewności, przeplatając retrospekcje z bieżącymi wydarzeniami. Większość komiksu wypełniają perypetie młodej piosenkarki, zmagającej się z show-biznesem i próbującej godzić go z życiem rodzinnym – zajmujące i nawet chwilami wzruszające. Mimo tego, nadal brakuje mi wyeksponowania głównej bohaterki. W tej historii mógłby równie dobrze wystąpić szkielet w płaszczu z kosą lub blady mężczyzna mający skłonności do grywania w szachy ze Skandynawami.

„Śmierć” to wbrew tytułowi komiks lekki i niezobowiązujący. Napisany w miarę sprawnie, z arcyciekawą bohaterką, ale jednocześnie nie wykorzystujący jej potencjału. Jednak chyba nieprędko po niego sięgnę ponownie. Być może zmienię zdanie po zapoznaniu się z „Sandmanem” – miło, że w obszernym posłowiu Neil Gaiman przybliżył genezę Śmierci i jej wystąpień w tej historii – w sam raz dla sandmanowych laików. Ciekawe są też wstępy uwielbianej przez Gaimana Tori Amos i aktorki Claire Danes. A jako bonus można znaleźć grafiki m.in. Moebiusa czy Billa Sienkiewicza. A jeśli ogólnie mierzi Was twórczość Neila Gaimana, to chociaż pożyczcie od kogoś ten komiks i przeczytajcie siedmiostronicową miniaturkę, w której Śmierć opowiada o odpowiedzialnym seksie i uczy się zabezpieczać. Z pomocą przychodzi jej zresztą sam John Constantine. Wyborne.

komentarzy 16

  • Krystian

    Fajny, przyjemny, lekki, zbyt duzo nie wymaga. Smierc uczaca zakladac kondoma na banana jest naprawde urocza :D

  • O tak, Śmierci gaimanowskiej ciężko nie pożądać. :)

  • Bohaterki z drugiej opowieści (nie tej instrukcji z bananem ofc) pojawiły się w Sandmanie przy okazji. To nie są całkowicie nowe postacie(postaci?).

  • Taka gothycka, to ona jest jak przejmuje ciało tej małej. Na co dzień to raczej albinoska-anorektyczka.

    Trudno powiedzieć, na ile to oryginalne, skoro nawet samo śnienie Neil zerżnął z mitologii aborygeńskiej (Amerykanie to w większości kretyni, nikt się nie skapował; chyba).

    Ogólnie zacny komiks i ma rysunki, które nie gwałcą oczu jak niektóre tomy Sandmana. I nie ma pseudointelektualnego onanizmu.

    Ot, taka sobie zwykła historia z dobrym warsztatem.

    Więcej takich.

    A komiks o seksie, to, że zapożyczę określenie „kupsztal”. Scenariuszowo i rysunkowo. McKean jest dobry w swoich fotograficznych kolażach, ale rysowanie, hm, ma specyficzny styl. Co najmniej jak Pałka. Albo się to wciąga, albo nie.

  • Mnie się ta smierć nie podobała jak on się wziął za nią ;[ jakas taka koścista sucha i wogóle zbyt śmierciowata. I tak – Uświadamianie czytelników komiksów jak się uzywa gum jest cienkie.

  • Akurat wypożyczyłem Śmierć, fajnie się trafiłeś z tekstem ;) więc sprawdzę :)

  • Krystian

    Bo czytelnicy ze Stanow maja problemy z kobietami. oni potrzebuja takich instrukcji.

  • W „Sandmanie” Szalona Hettie pojawia się co prawda kilka razy i parę razy jest wspomniana, ale absolutnie nie ma to żadnego znaczenia w tej historii. Osobny wątek, całkowicie.
    Tak samo Eremita i jego uczeń – kompletnie obce postaci, nie ma ich w Sandmanie.

  • @Krystian – w Polsce też kiedyś pewna minister uczyła w TV jak zakładać na banana. Skandal był, pamiętam. ;)

    I tak czułem, że ktoś napisze o pseudointelektualnym onanizmie. ;)

    Zdobyłem pierwsze cztery stare tom Sandmana. Zabieram się za lekturę.

  • Hazel i Foxglove pojawiają się dopiero w „Zabawie w Ciebie”, więc późno, ale i tak niewiele znajomość ich wcześniejszych losów wnosi do odbioru „Śmierci”

  • Krystian

    Wychodzi na to, ze w USA tylko garstka pryszczatych czytelnikow wymagala edukacji w tym kierunku, a u nas calkiem spora grupa ludzi xD. Tylko o czym to wszystko swiadczy? o dziwnym poczuciu humoru rysownikow? o glupocie naszych ministrow?

  • GRuBshy

    Eremita w ‚Sandmanie’ sie nie pojawia, ale w jest w ‚Ksiegach Magii’.

  • hmm. Istotnie warto przeczytać wpierw oryginalną historię Sandmana przed przeczytaniem któregokolwiek spinoffu bo wtedy o wiele lepiej można ogarnąć i zrozumieć zawartą historię. Co więcej, zauważyłem podczas ponownego przeczytania przeze mnie oryginalnej serii, że dopiero wtedy można zrozumieć jak bardzo ta historia jest logicznie poprowadzona i rozbudowana, a przez co spójna oraz kompletna. Wcześniej po prostu nie zauważa się na prawdę sporej ilości rzeczy, które oddziałują na wydarzenia zawarte w późniejszym okresie opowieści lub też wspomnianych spinoffów. Przykładowo Lu został całkiem nieźle przedstawiony w swojej serii, jednak tak na prawdę jego motywy postępowania, historię oraz sposób życia, czyli dopełnienie tej postaci, możemy uświadczyć właśnie w oryginalnym sandmanie. Przez co jak najbardziej można brać sagę lorda kształciciela jako swojego rodzaju bazę wszelkich analogii.

  • A i z „Sagą o Potworze z Bagien” warto się zapoznać – zwłaszcza przed czytaniem „Śnienia”.

  • A czym tak naprawdę jest śmierć.
    smierc

Dodaj komentarz