Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Y – męczacy z mężczyzn


papier · komentarzy 35

YYyyyyyyyyyyyyyyyyy

Od ukazania się na rynku drugiego i trzeciego tomu „Y: Ostatni z mężczyzn” minęły już dwa miesiące i mam wrażenie, że wbrew entuzjastycznym komentarzom na forach sprzed wydania pierwszego tomu, komiks jakoś nie wzbudził zbytnich fajerwerków. Ja sam podchodziłem do niego kilka razy i jednak ciągle mi coś zgrzyta.

Muszę przyznać, po przeczytaniu pierwszego tomu byłem zainteresowany – Vaughan w „Zarazie” stworzył ciekawy punkt wyjścia dla historii, przedstawił główne wątki, więc głównym pytaniem było to, czy uda mu się pociągnąć to dalej na podobnym poziomie. Po przeczytaniu dwóch następnych tomów już sam nie wiem, czy to Vaughan zarżnął swój złoty pomysł, czy też może od początku był on kiepski.

Dla tych z Was, którzy nie mieli styczności z „Ygrekiem”, krótkie przedstawienie: pewnego dnia, w tym samym momencie, na Ziemi zmarły wszystkie samce ssaków – byki, psy, goryle, delfiny, pieski preriowe, chomiki, żubry, koty, tygrysy oraz mężczyźni. Wszyscy? Oczywiście nie: dziwnym trafem przeżył Yorik Brown, młody iluzjonista oraz jego mała, nie do końca wytresowana małpka Ampersand. Razem z super tajną rządową agentką i pewną doktor genetyki wyrusza w podróż przez Stany, aby w Kalifornii znaleźć jakiś sposób na przywrócenie równowagi w przyrodzie. Po drodze prześladuje ich gang radykalnych feministek – Amazonek oraz oddział izraelskiego wojska. Brzmi ciekawie? No, powiedzmy.

YYyyyyyyyyyyyyyyyyy

Problemem „Y” nie jest nieprawdopodobna plaga leżąca u podstaw fabuły – jest ona ciekawym punktem wyjścia i tylko głupek czepiałby się, że jest czystą fantastyką. Zgrzyt leży dalej, bo Vaughan korzystając z tego fundamentu, buduje następnie historię z klocków, które zestawione razem dają mdłą, nieco głupawą masę. Pomimo lektury trzech zbiorczych tomów, żaden z pierwszoplanowych bohaterów nie jest w stanie wywołać u mnie innych uczuć niż irytacji. W dowolnej sytuacji kryzysowej możemy mieć pewność, że Yorik zachowa się maksymalnie głupio. Ale nie w tym slapstickowym stylu, który ma wywołać u nas uśmiech. Nie, raczej w sposób, który sprawia, że twarz w dłoniach chowa nie tylko Picard, Riker, ale także La Forge, Worf, Data, a nawet Whoopi Goldberg. Oczywiście istnieje możliwość, że o taki efekt chodziło scenarzyście, ale jakoś wątpię, zwłaszcza, że reszta bohaterów zdaje się być bardziej odbiciem zgranych klisz niż pełnoprawnymi postaciami z krwi i kości. Właściwie jedyną ciekawą postacią jest Wiktoria, przywódczyni zbzikowanych feministek, która wygłasza teksty na poziomie niektórych komentarzy pod artykułami na Feminotece.

Tak jak jestem w stanie przyjąć za dobrą monetę okrutną plagę zabijającą wszystkich z chromosomem Y, tak trudno jest mi zaakceptować, że w sparaliżowanej telekomunikacyjnie Ameryce wrogowie naszych bohaterów są w stanie znaleźć ich wszędzie i zawsze w odpowiednim momencie. Ulubionym narzędziem fabularnym Vaughana jest Niesamowite Zaskoczenie, tak dobrze sprawdzające się w „Modzie na sukces”. Tam ktoś zawsze okazywał się czyimś ojcem, tutaj główny bohater powie „a niech mnie dunder świśnie” i możecie być pewni, że w następnym rozdziale pojawi się ten dunder i go świśnie.

YYyyyyyyyyyyyyyyyyy

Rozmawiałem o tym z Bartkiem Sztyborem i jemu „Y” kojarzy się z „Prison Breakiem” i nie sposób się z tym porównaniem nie zgodzić. Tylko nie wiem, jak to jest, że te narracyjne zabiegi tak bardzo irytują w przygodach Yorika czy Scofieldów, ale już w „Zagubionych” wszystko jest ok? Uwielbiam seriale, naprawdę, ale czytając „Y” miałem podobne wrażenie jak podczas oglądania „Jericho”, że wszystko utrzymane jest w takim starym, dobrym, oczywistym, stylu – zbieg okoliczności goni zbieg okoliczności, a wszystko koniec końców w jakiś sposób się udaje. A to trochę za mało jak na dzisiejsze czasy. Oczywiście w sytuacji, gdy na kolejne rozdziały czekamy miesiąc nie jest to jakimś problemem, jednakże w polskich warunkach nie ma mowy o regularności i historię otrzymujemy hurtem. Tak naprawdę na ten moment trudno stwierdzić, kiedy, jeśli w ogóle, Manzoku wyda następne tomy. Po trzech tomach mogę jedynie powiedzieć, że w przeciwieństwie do Łukasza, nie czuję się dość zachęcony, aby ściągać oryginały ze Stanów.

Oczywiście istnieje możliwość, że seria w następnych tomach się niesamowicie rozkręca, ale na razie „Y” nie jest niczym więcej jak przyjemnym czytadłem. Pierwotny pomysł Vaughana mógłby stanowić znakomity punkt wyjścia do dyskusji o roli płci, równouprawnieniu, miejscu kobiet i mężczyzn w naszej kulturze, ale ten komiks zdaje się być pozbawiony tych ambicji. Jednocześnie nie sposób odmówić scenarzyście jednego – znakomicie wplata w fabułę tony cytatów i aluzji do popkultury. Gdyby tłumacz chciał być konsekwentny i tłumaczyć polskiemu czytelnikowi wszystko, to przypisów byłoby tak pod setkę w każdym z tomów. Być może w tym leży źródło sukcesu serii w Stanach, jest po prostu bardzo mocno osadzona w dzisiejszej kulturze popularnej. Niestety, sama w sobie niewiele tej kulturze w zamian daje.

komentarzy 35

  • JAPONfan

    eeee sparalizowana telekomunikacyjnie Ameryka? Tu bym sie czepial samej idei tego paralizu (i wtedy feministki maja racje skoro tylko faceci umieli obslugiwac takie urzadzenia jak centrale telefoniczne). ALe w ktoryms zeszycie jest scena ze reporterka chce nadac zdjecia Y do gazet.

  • Ja się póki co wstrzymałem z zakupem. Miałem w wirtualnych rękach i odłożyłem na półkę. Nie wiem jeszcze co o tej serii sądzić. Damn! Może jakaś alternatywna recenzja innego z Drogowców? :) Czytał ktoś więcej niż 3 TP?

  • kliku klik

    Co prawda to nie Drogowiec, ale czytał całość.

  • CHC: Łukasz naściągał Ygreków ze Stanów, więc istnieje szansa, że to jednak dobry komiks jest :)

  • Ciekawe tylko czy ze względu na odniesienia do pop kultury (co przyznam może być argumentem za) czy też może dla fabuły, albo czegoś tam…

  • czytałem całą serię i w dużej mierze muszę zgodzić się z konradem – ‚y’ jest przyjemnym czytadłem, ale niczym więcej. siłą tego komiksu są właśnie dialogi pełne popkulturowych odniesień, ale to za mało by wychwalać serię wniebogłosy. przede wszystkim fabuła jest dla mnie średnio przekonująca i niestety momentami zupełnie kieruje się w odmęty absurdu. natomiast nie zgodzę się, że komiks „…mógłby stanowić znakomity punkt wyjścia do dyskusji o roli płci, równouprawnieniu, miejscu kobiet i mężczyzn w naszej kulturze…”. gdyby vaughan wziął się za historię po tym kątem, wyszłaby zupełna kupa. ‚y’ miał być czystą rozrywką i nią jest, tyle, że jak dla mnie ciut przereklamowaną. proponuję nie podchodzić do tej serii ze zbyt dużymi oczekiwaniami.

  • Skil: to już kwestia oczekiwań i zdolności scenarzysty. Może udałoby się zrobić rozrywkową serię na poważne tematy :)

  • spoko, jak nie wyszlo, to wszyscy na forach pisali, ze zajebiaszcze i ze czytali:P, teraz nagle wszyscy, ze kiepskie;). To taki sredniak jest z milymi momentami i genialnym zakonczeniem.

  • Którzy wszyscy?

  • No dobra, a ten Eisner to za co, w takim razie?

  • Dla mnie igrek to świetny rozrywkowy komiks. I tylko taki. Dlatego jestem z niego zadowolony i chętnie kupię kolejne tomy, jeśli tylko Manzoku się obudzi z letargu.

  • bo to eisnera nie dostawały średnie rzeczy?
    zresztą, ja wcześniej słyszałem, że ‚y’ jest rewelacyjny i kiedy sam po niego sięgnąłem – oczekując właśnie rewelacji – okazał się ‚tylko’ dobry. czyli norma; to co dla jednych jest niesamowicie dobre, dla innych będzie średnie, a nawet słabe. i jak się tu sugerować czyimś zdaniem? :)

  • Pomysł był dobry, ale za często zdarzają się momenty, że chce się przekartkowywać z nudów strony. Tak sinusoida wzlotów i upadków; seria nierówna i tyle.
    Tak jak mówi skil Y jest „tylko” dobry i nic więcej. Końcówka trochę rekompensuje całość, ale też… mogło być lepiej, ciekawiej.

  • Seria dobra, nic nadzwyczajnego, ale miło odpocząć, oka na rysunkach nie zawiesisz, ale sympatyczne są. W sam raz do poczytania zaraz po powrocie do domu, gdy umysł łaknie relaksu.

  • Od kiedy batony myślą? o.O
    :P

  • JAPONfan

    bo to feministyczny baton. Batonik.

  • Konrad, przeraża mnie fakt, że tak lekko czytujesz sobie komentarze na feminotece. I niech mnie feministki zadziobią, ale ten portal jest w jakiś sposób upośledzony.

  • Lekko to bym nie powiedział, czasem po dłuższym seansie zaczynam się bać o własnego penisa, czy przypadkiem nie zostanie odgryziony w szale na ulicy. Ale też biorę poprawkę, że gdzieś musi w sieci być miejsce, aby babki dały ujście stereotypom na temat facetów.

    Jaki baton? Oo

  • maggotsinside

    przez pierwszą połowę 4 tomu nic się nie dzieje. w drugiej fajna jest tylko pani mechanik. może kup od razu 5? y mogło dostać eisnera za świetne zakończenie i jeszcze kilka wgniatających fragmentów. przynajmniej nie wyszła z tego „sexmisja”…

  • Trreker

    mataforyczni wszyscy (?)…
    a feminoteka to niezła rozrywka…

  • A co jest złego z „Seksmisją?”

  • bo to feministyczny baton. Batonik.

  • maggotsinside

    głównie to, że już była.

  • Zachęciliście mnie do zajrzenia na tą feminotekę. Przykre to, oj przykre…
    „chujocentryzm” – to określenie najbardziej mi utkwiło w pamięci :)

  • jak dzis pamietam to ględzenie na forach, to pieprzenie i przynudzanie tekstami: wydajcie Y. kiedy wyjdzie Y? czy ktos w końcu wyda Y, najbardziej chciałbym żeby wyszło Y…

    i dupa.
    więcej mielenia jęzorem, mniej kupowania i niedługo komiksy Timofa w nakładzie 200 sztuk będa biły na łeb sprzedarzą te mainstremowe chujnie.

  • Mi tam się nadal podoba.

  • Ja też nadal uważam że to kawał nadzwyczaj dobrego komiksu z rewelacyjnym zakończeniem:)

  • Czytaj.ąc tę Feminotekę miałam wrażenię, że całe zło tego świata to wina mężczyzn.
    Bedę miala koszmary.

  • o, uważaj, bo bana dostaniesz, jak Trojanka :]

  • Czyli… jak napsizę tam, że lubię mężczyzn to… dostanę bana?
    Super!

  • dobre czytadło dla odprężenia… dla niektórych dick4dick taki był ;-)

    Ja sie po „Y” niczego nie spodziewałem, znałem punkt wyjścia- plagę, zarazę, zwał jak zwał- zainteresował mnie, kupiłem, chcę wiedzieć jak się skończy (tylko pliz, nie zdradzajcie tego genialnego zakończenia :-)) i będę kupował do ostatniego tomu- jesli oczywiście wyjdzie- złapałem się w typową pułapkę seryjną. I o to pewnie twórcom chodziło.

  • Zwłaszcza, że dziesięć tomiszczy to nie tak dużo. No, zależy tylko oczywiście, jak wydawnictwo da radę.

  • Blacksad

    „Y” jest wciągający, zabawny, bez „kaznodziejowskiego” napinania na super twardzieli i „sandmanowego” na mistycyzmy oniryzmy. Zwykły koleś i przerastająca go sytuacja. Czasem owszem – kiksy logiczne, czasem deus (nomen omen, bo to też Vaughan’a) ex machina, ale ogólnie – lepszego „sensacyjniaka” naprawdę ze świecą szukać. Świat przedstawiony jest logiczny, narracja płynna, a zakończenie szczypie w oczy. Aż ciężko mi znaleźć serię, która dotrzymałaby kroku.

  • E tam „napinania na super twardzieli”. Są komiksy o twardzielach i miękkich fajach. Dla każdego coś miłego. Ja tam wolę Kaznodzieję.

Dodaj komentarz