Komiksy · Filmy · Gry · Anime · Manga · Muzyka · Książki · TV · Wywiady · Warszawa

Superman: na wszystkie pory roku


komiksy · komentarze 22

Superman: For All Seasons
Czasem mam wrażenie, że wydany w złym momencie „Superman: na wszystkie pory roku” przypieczętował niejako los dalszych komiksów z tym bohaterem. Od ukazania się tego tytułu, czyli bagatela od 2006 roku, nie pojawiło się nic więcej z Kryptończykiem w roli głównej. A żadna w tym wina tegoż wydawnictwa.

„Superman: na wszystkie pory roku” po prostu nie trafił w swój czas. Ukazał się jako jeden z niewielu albumów o tym bohaterze, po długiej przerwie od upadku TM-Semic. W dodatku jest to nietypowy komiks superbohaterski, z niezbyt popularnym bohaterem i kosztował sporą sumę 89 zł; co odbiło się w kiepskich, jak mniemam, wynikach sprzedaży. Nie pomogło nawet śliczne wydanie – twarda oprawa, szycie i kredowy papier. Nie ma co dłużej biadolić nad polskim rynkiem komiksowym – skupmy się na tym, dlaczego mimo wszystko warto się za ten tytuł z Supermanem zabrać.

„Superman: na wszystkie pory roku” trzyma się niepisanej zasady, że najlepsze historie o superherosach to te, które superherosów nie dotyczą. A przynajmniej nie skupiają się na akcji, demonstrowaniu supermocy i chwytaniu superprzestępców. Można się tego domyślać już od pierwszych stron komiksu, stylizowanych na album rodzinny ze zdjęciami rodziny Kentów. Jeph Loeb postanowił jeszcze raz spojrzeć na początki Supermana, unikając jednak skupiania się na kryptońskim pochodzeniu bohatera. To nie jest komiks o kosmicie, który przybył na Ziemię i został jej wybawcą, a raczej o zwykłym chłopaku z małego miasta, który pewnego dnia zdaje sobie sprawę ze swojej inności. Taki sposób przedstawienia demitologizuje Supermana – z postaci, która zdolna jest przenosić góry wyciąga pierwiastek ludzki, sprawiając, że ta nierealna półboska istota staje się bliższa zwyczajnym ludziom. Clark, jak inni, odczuwa strach przed odrzuceniem, potrzebę akceptacji i niepewność, co czeka go w przyszłości. Bohater jest tu także przenośnią każdego młodego człowieka, dla którego rodzinne miasto robi się pewnego dnia za ciasne. Jednak ten etap życia wcale nie jest dla niego łatwiejszy niż dla przeciętnego nastolatka – wręcz przeciwnie. Clark musi unieść podwójne brzemię: ziemskiego dojrzewania i nieziemskich mocy. Loeb jak nikt inny zdołał pokazać, że nawet dla wszechmocnego Supermana bolesne jest zdanie sobie sprawy ze swoich ograniczeń.

Clark Kent: na wszystkie pory roku

Najważniejszymi cechami, wyróżniającymi komiks spośród innych o Supermanie, są kompozycja i narracja. Album składa się z czterech zeszytów, każdy zatytułowany od innej pory roku. Każda historia to także inny narrator. Superman staje się bliższy zwyczajnym ludziom, bowiem Jeph Loeb postanowił ukazać go przez pryzmat osób, których życie zmieniała obecność Człowieka ze Stali – oraz których obecność zmieniła jego samego. We „Wiośnie”, porze dojrzewania, oczami Jonathana Kenta spojrzymy na dorastanie jego przybranego syna. Loeb pokazuje rozterki związane z odkrywaniem swej inności, by w „Lecie” zgrabnie przeskoczyć do etapu, gdy Clark już jako Superman broni Metropolis. Jego działania relacjonuje Lois Lane, zadająca pytanie o jego motywy, od zawsze towarzyszące postaci Supermana. „Jesień” jako czas schyłku przypada Lexowi Luthorowi, który, niczym odrzucony kochanek, zamierza walczyć o swoje Metropolis i doprowadzić do „schyłku” bohatera. „Zima” to czas pogodzenia się z przeszłością i przygotowania na wyzwania przyszłości, w czym pomaga Clarkowi niespełniona miłość – Lana Lang. Po pierwszym przeczytaniu scenariusz może wydawać się nieco naiwny, jednak nie ma on dostarczać wartkiej akcji. Raczej zagra na emocjach, skłoni do namysłu, może nawet nieco wzruszy. Taki właśnie jest ten komiks – niespieszny i melancholijny, niczym przemijanie pór roku.

supek-forallseasons2

Demitologizacji sprzyja także czysta, oszczędna kreska Tima Sale’a, zwłaszcza zaś sposób, w jaki przedstawia Supermana. Rysownik kreuje tę postać dwutorowo: hiperbolizuje jego sylwetkę, tworząc nadnaturalnie wielkiego umięśnionego herosa; a jednocześnie obdarza go twarzą dziecka lub osoby zagubionej. Taki wizerunek dobrze zgrywa się z ludzkim obliczem Supermana przedstawionym w scenariuszu. Także pozostałe postacie rysowane są wyraziście, w sposób podkreślający ich najistotniejsze cechy. Niektórych może razić karykaturalność rysów, ale mnie urzekła – chociażby naprawdę seksowna Lois „Ostra laska” Lane*. Do tego idealnie pasują pastelowe, lekko wygaszone kolory – z wyjątkiem głównego bohatera, którego kostium ma intensywne, nasycone barwy, jakby podkreślające jego niezwykłość. Warto zwrócić uwagę na narysowane od nowa sceny kluczowe dla historii Supermana – wyjawienie sekretu Lanie Lang czy wyścig z pociągiem. Ciekawym zabiegiem są też powtarzające się kadry o podobnej kompozycji, jednak występujące w różnych miejscach historii. A dech zapierają całostronicowe obrazy z latającym Supermanem. Tim Sale ma już z pewnością liczną grupę fanów wychowanych na animowanym Batmanie – tym tytułem ma szansę zdobyć kolejnych.

Jeśli jesteś fanem superbohaterskich opowieści – nie muszę Cię chyba przekonywać. Ale uprzedzam – możesz się nieźle zdziwić, choć raczej będzie to pozytywne zaskoczenie. Warto dać szansę temu tytułowi także nie będąc fanem Człowieka ze Stali lub herosów w ogóle. Jeśli masz sięgnąć po jeden komiks o Supermanie, to niech to będzie ten – to wyświechtane podsumowanie pasuje tu, jak nigdzie indziej.

* – zwłaszcza na stronach 82 (na górze), 164 (na dole) i 203.

komentarze 22

  • bardzo lubię ten komiks. lubię takich duużych mężczyzn z takimi dłońmi jak bochny i karkiem jak krowi zad. posiadam wersję angielską, ale wszystko zrozumiałem. choć ja po angielsku miem tylko „sak maj dik” i „fakju”.

    bardzo dobry komiks.

  • Kryptonijczykiem?

  • Ma więcej wyników w google.

  • W sumie to co oni miely by wydawac z tym supermanem… All star? Jakos sie teraz Grant srednio kojarzy, bo batmanie z synem, wiec tez by pewnie nie zeszło… A szkoda, bo jak wyzej opisany komiks, dzieło to zacne…

  • Ja jakoś nie miałem ochoty kupować i czytać tego komiksu, ale po twoim tekście poważnie się nad tym zastanowię.

    Jeśli chodzi o wydawanie kolejnych komiksów z Supermanem w Polsce, to ja bym chętnie przeczytał opisywany wcześniej przez Pawła Superman: Red Son lub Lex Luthor: Man of Steel od Azzarello i Bermejo.

  • Nie jestem miłośnikiem Supermana… komiks odstałem od znajomego, przeczytałem i… byłem zaskoczony. Spokojna narracja, świetne rysunki, ciekawe przedstawienie historii, to wszystko spowodowało że raz jeszcze, ale już inaczej spojrzałem na tego herosa. Bardzo komiks polecam…

  • amsterdream

    Miałem kupić ten komiks ale jak zobaczyłem na okładce nazwisko Loeb to mnie aż odrzuciło na kilka metrów ;)

    Z Supkiem najchętniej przeczytałbym coś z nowości… jakieś historie Rucki albo Johnsa które podobno dają radę.

  • Hm..Loeb to nie tylko kiepski Hulk i reszta jego nowego syfu, to wazny tworca. W sumie jeden z architektów mrocznej wizji Batmana:). Jego Dark Victory, Hallowen oraz jego dłuższa wersja:) to totalne klasyki, genialne mroczne dzieła. Ogolnie wszystko co stworzył z Timem Salem (oprocz Darediva Yellow) to klasyki:).

  • Dlaczego wykluczasz DD: Yellow?

    Wspomnieć również trzeba o doskonałym tomiku Challengers of Unknown, z wczesnym Sale’em :)

  • JAPONfan

    Loeb jeśli nie tworzy „zeszytówki” to nawet mimo swoich sztandarowych elementów robi niezłe historyjki „Hush”. Po prostu takie wpadki jak „World Geynest” to wyniki tasmowych produkcyjniaków.

  • Bo jakos wyjatkowo nie lubie akurat Yellow;P , chyba dlatego, ze jedyny origin D. z jakim sie zgadzam to ten Millerowy:P. a Challengers nie znałem :P Obacze sobie z przyjemnoscia;)

  • Ale Yellow to nie jest origin. To, co ma miejsce w retrospekcjach tego komiksu, dzieje się po TMWF :) Zresztą to sentymentalna rzecz udowadniająca, jak ciekawie można przedstawić wyjątkowo słabe pomysły (ci co czytali Essentiale DD z ś.p. mandragory wiedzą o czym mówię). No i te akwarele…

    Jednoczesnie nie zgodze się z Japonem odnośnie „Husha”, który osobiście uważam za porażkę. Powód (a właściwie jeden z nich) jest prosty – Ujęcie Batmana w estetyce X-Menów z lat 90. jest głębokim nieporozumieniem. Jako rozrywkowy komiks może jeszcze ujdzie, ale według mnie to jest taśmowy produkcyjniak.

  • JAPONfan

    O moim stosunku do „Husha” można sie dowiedziec z B180. I co prawda uważam że to nie Loeb na najwyższych obrotach ale dobry komiks i zdecydowanie lepszy niż Grant „nic sam nie wymyslam” Morrison.

  • Słuchałem twojej recenzji i osobiście uważam, że Batmana XXI wieku można było pokazać inaczej i lepiej, aniżeli w klimatach „mody na sukces”. Jest jedna czy dwie dobrze zrobione sceny, ale tak generalnie patrząc to tam nie ma nic ciekawego. Fabuła jest przewidywalna, rysownik nieodpowiedni i na dodatek niszczą mój ukochany mit o śmierci Todda. Porażka.

    W ogóle obecnych Bat-komiksów, poza nielicznymi wyjątkami, nie da się czytać. Z smutkiem to przyznaje.

  • Anyway, co się dzieje z B180?

  • Y-y , w TMWF i D:Y. Mamy pokazana smierc ojca Matta, w pierwszym umiera on gdy Matt jest jeszcze dzieciaciek, w drugiej, gdy jest na studiach:). Ogolnie w tym aspekcie wypada to duzo gorzej i lagodniej… Dla mnie wlasnie ta czesc Origininowa jest w Yellow najgorsza…

  • No dobra, ale Loeb nie poświeca originowi tyle czasu, co Miller. Zresztą, ja to widzę przez pryzmat ostatnich dwóch stron TMWF, gdzie na trzecim czy czwartym planie pojawia się DD w pierwotnym, wieśniackim stroju akrobaty. I z tego powodu śmiem to łączyć. Niemniej rozumiem o co ci chodzi :)

  • JAPONfan

    B czeka na moje sanctum a ja caly czas jestem na walizkach i mam urwanie glowy z innymi bzdurami wiec sobie czeka.

  • Roy_v_beck

    Chudy – przecież w Hushu nie ma nic o zmartwychwstaniu Todda, trzeba dokładnie przeczytać. To właściwie w Batman Annual 25 zmartwychwstał Todd i później z tego cały event powstał – Family Reunion czy jakoś tak się to nazywało.

    A Hush to naprawdę fajne historia, ale głównie dzięki rysunkom Lee, który każdą postać fantastycznie pokazał.

  • Roy, Hush to preludium do tego, co miało nadejść. O Toddzie mówię. Edytorzy zaplanowali to w momencie publikacji Husha, łącząc później wątki Loeba z tymi Winnicka z „Under the Hood”.

    Nie akceptuje Lee jako rysownika Batmana. Jego interpretacja jest bardzo „masowa”, plastikowa, nadmuchana. O wiele lepiej sprawdza się jako rysownik Supermana, co zresztą pokazał w „Fot Tommorow”. On został nawet urodzony, by rysować Esa.

    Batmana zostawiłbym awangardzistom.

    P.S. Radziłbym czytać wywiady i plotki z lying in the gutters na CBR. Można sobie wykoncypować mały proces realizacji historii komiksowych zarówno w DC, jak i Marvelu, jaki wpływ maja edytorzy na scenarzystów i rysowników itd. A wiara w kontinuum, jaka jest wyczuwalna w twoim poście jesto bardzo naiwna.

  • JAPONfan

    Roy, w Hushu jest bo grób Todda był pusty a Riddler nie chciał powiedzieć co zrobił z ciałem.

  • Żeby dobrze zrozumieć Yellow najpierw trzeba przerobić Essa. Wtedy komiks pozostawia dobre wrażenie. Przychylam posta Chudemu.

Dodaj komentarz